stockholm-4738105_1280

Pobyt w Sztokholmie, nie powiem, żeby mi nie był na rękę. Zresztą ludzie pchają się za granicę. Moje tematy będą z reguły sztokholmskie i dziś jeszcze bardziej postaram się dostosować. Trzy lata temu, w połowie lipca trach, ciach-mach, że aż strach. Jestem w Sztokholmie po raz pierwszy. Hurra! Jak widzę Sztokholm? Otóż widoczność ostatnio była nieszczególna. Ciemno i ponuro. Kilka tygodni temu nawet śnieg nieprzyjemnie padał za kołnierz. Mimo wszystko, wiosna kiełkuje. Rozmowy o pogodzie należą do rozmów najstarszych. Z czasów, gdy człowiek uzależniony był od pogody znacznie bardziej niż na przykład ja od redaktora naczelnego ”Nowej Gazety Polskiej”, a występująca w moich felietonach nauczycielka Inger ode mnie. I tak pewnie niedługo zmienię ją na inną, bo bez zmian personalnych daleko nie zajedziemy. I teraz ja, jak zwykle o jedenastej, czasami o dwunastej, czasem nieco później, czasem nieco wcześniej, piszę sobie żwawo.

Widoczność jak wyżej. A jak ze słyszalnością? Otóż też nieszczególnie. Niby znam szwedzki, ale w Sztokholmie jestem prawie głuchoniemy. Hindus z Indii, Arab z Iraku, moja nauczycielka Inger oraz król – wszyscy mówią po szwedzku, a każdy inaczej. A od nich wszystkich inaczej mówię ja. I dochodzi do tego, że gdy żądam czegoś w sklepie, to żądam tego na migi.

W Sztokholmie pod koniec czerwca i na początku lipca słońce zachodzi na krótko, ale nawet i wówczas jest w mieście zupełnie jasno. Zachodzi zjawisko tzw. białych nocy. Trzeba by mieć pióro Iwaszkiewicza, żeby te parady słoneczne opisać.

Podróże kształtują podobno, ale nie wiem czy ta moja do Sztokholmu była kształcąca czyli wychowawcza, pouczająca, edukacyjna. Może pojadę do Polski, gdzie mnie zapraszają. Gdzie nie mam żadnych interesów i gdzie nie ma w ogóle nic. Nawet spokoju. Jak już, to wolałbym gdzieś za granicę, nie do Polski, ale nikt mnie nie zaprasza.

Jak tzw. grom z tzw. jasnego nieba (ale nie przesadzajmy, przecież od dawna nic mnie nie dziwi) spadła na moją szkolną ławkę kartka, którą Inger rzuciła z takim spojrzeniem, że po plecach zaczęły spacerować mi mrówki. Był to program wycieczki szkolnej do dwóch muzeów malarstwa. – Też pomysły – myślałem, czytając program. Zwiedzanie nie doszło do skutku z pewnych osobistych powodów (mniejsza z tym, jakich). I bardzo żałuję, bo teraz nie mogę tych muzeów zachwalać lub krytykować.

Widząc taki tytuł felietonu Czytelnik może się zasugerować, iż będzie to opracowany przeze mnie nowy, kompleksowy i kompletny, ale skrócony przewodnik po Sztokholmie. Otóż nie, nie będę wytyczał nowych tras wycieczkowych. Ale być może stare są już przeładowane. Przyjdzie wiosna, przyjdzie lato i może jednak wypadałoby skierować tłumy gdzie indziej. I kto to ma niby zrobić? Ja?

Dobrze mówić: skierować ludzi na nową trasę wycieczki. Ale ile trudniej to zrealizować. Pierwszy dzień przybysz może opić. Drugiego dnia chce na ratusz, może też iść do skansenu, choć osobiście nie polecam. Wieczorem opija ten dzień. Po kilku takich dniach przybysz raczej nie będzie nadawał się do chodzenia, ale wciąż będzie chciał więcej. Nie oprowadzasz go po królewskich siedzibach, których on żąda kategorycznie. Podprowadzisz go, powiedzmy, pod blok, gdzie ja mieszkam – będzie burzyć się, szemrać. Burzę tę wyładuje na Bogu ducha winnemu przewodniku.

Jadąc w metrze, zacząłem sobie snuć rozmyślania, a pociąg – ponieważ słońce już zaszło – szedł w stronę coraz gęstszego zmierzchu, potem w stronę coraz czarniejszą, ja zaś w tym pociągu – w nicość.

BYŁEM TU. DZIŚ JESTEM TU. CZY JUTRO TEŻ TU BĘDĘ?

Dawid Jabłoński

Tekst z NGP 2008 rok

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer