Szewska pasja, czyli 119. załamanie nerwowe
„19th Nervous Breakdown” (Dziewiętnaste załamanie nerwowe) to piosenka, którą wymyślił Mick Jagger po powrocie z pięciotygodniowej wyczerpującej trasy koncertowej i zażartował, mówiąc: „Nie wiem jak wy, ale ja czuje, że zbliża się moje dziewiętnaste załamanie nerwowe”. Zupełnie jemu nie współczuje, bo do mnie zbliża się 119 załamanie.
Problem, z którym się chce z wami podzielić, jest magiczny, niewidoczny i atakuje nas nieustannie, jak corona, ale nie jesteśmy go w stanie wyeliminować z naszej codzienności. Już parę razy pisałem na łamach „Strefy” i „Nowej Gazety Polskiej” o niepożądanej w moim życiu nowoczesności, do których jestem zmuszany jak niewolnik. Ten przymus to elektronika i datoryzacja – w wielu przypadkach zupełnie niepotrzebna. W dniu dzisiejszym nie ma urządzenia, które nie posiada tych rozwiązań. Urządzenia mają działać – w sposób prosty, a to znaczy niezawodny.
W tym magicznym słowie „ELEKTRONIKA” znajduje się wiele pułapek. Nie widać ich na pierwszy rzut oka. Dzisiaj przyszła pora na zamrażarkę najnowszej generacji: NO FROST. Dużo słyszałem o tej technologii, ale nigdy nie poczułem na własnej skórze. Kiedy zostałem emerytem, z powodu nadmiaru wolnego czasu, zacząłem wymyślać zupełnie niepotrzebne rzeczy. Mieliśmy lodówkę i zamrażarkę znanej firmy Electrolux. Miały około 30 lat. Widać na nich było ten wiek, tak jak siwe włosy na mojej głowie. Klamki nieco pożółkły, gdzieś tam ułamał się kawałek plastykowej obudowy osłaniającej żarówkę. Pamiętam, że przez te długie i wyczerpujące 30 lat wymieniłem tylko termostat. Zamontowałem go sam – za niecałe 150 koron. Cała operacja trwała i10 minut. Jednocześnie wymieniłem też grzejącą się żarówkę, która zapalała się tylko przy otwartych drzwiach. Byłem z siebie dumny, że potrafiłem to zrobić. Nagle zaczęły zapychać naszą skrzynkę pocztową reklamy lodówek i zamrażarek, pięknych, niemal uśmiechających się do nas. Po paru tygodniach studiowania „diabeł zaczął mnie kusić”. Może wymienić na nową? Miałem takie mieszane uczucie, jakby ktoś namawiał mnie do wymiany żony, na nową i piękną. Chociaż ta „stara” była wspaniała, działała i nigdy mnie nie zawiodła. Ten kuszący diabełek podpowiadał mi, że to nowe to ekonomiczne, oszczędza energię, tańsze w utrzymaniu i przyjazne dla otoczenia. Cala rodzina niemal bezkompromisowo zadecydowała: WYMIENIAĆ.
Trzeba iść z duchem czasu, nowoczesnością i ekologia. Ta ekologia to czysta bzdura, stara zamrażarka niby też była ekologiczna. Ale to jakieś magnetyzujące magiczne słowo. A więc słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Ta kobyłka to po prostu dwa olbrzymie opakowanie ukrywające te cuda techniki. Stare, chociaż zupełnie sprawne, zostały wywiezione na złom. A nie było to łatwe. Ci, co przywieźli nowe, nie zastali nas w domu i zostawili przesyłki przed drzwiami, a te wysłużone staruszki zapakowałem na wynajętą przyczepę i udały się w swoją ostatnią podróż.
Nowe zakupione zostały w IKEA. Wyglądały pięknie – nowiutkie, pachnące, jakby się do nas uśmiechały. Korzystna była cena i bardzo dobra gwarancja na 5 lat. Miałem ten luksus, że przez pierwszy dzień stał w kuchni podwójny komplet. Te stare przecież działały i bez stresu mogłem przenieść wszystkie zamrożone skarby i smakołyki, które przecież skrupulatnie były zbierane i zamrażane przez dłuższy czas. W tych nowych, na nowoczesnym wyświetlaczu zamrażarka pokazywała -18°C, a lodówka natomiast +7°C. Po prostu marzenie. W środku niemal jak w kosmicznej rakiecie. Nowoczesne oświetlenie LED, które prawie nie pobiera elektryczności i super oszczędza nasze emerytury. Tak zachwalano w reklamie. Ale jak długo te lampki się świecą, przecież tylko przy otwartych drzwiach, a to trwa sekundy.
Podczas przepakowywania już zauważyłem dzięki temu nowoczesnemu oświetleniu, bardzo negatywną zmianę. Pomimo, że gabarytowo były takie same, to w tej nowej zabrakło miejsca na produkty z jednej półki. Co do diabła się dzieje? – zadałem sobie pierwsze pytanie, podkreślając dość brzydkim słowem. Starałem się przymknąć oko na tę małą, a właściwie dużo mniejszą powierzchnię zamrażarki. Zawsze kiedy ją otwierałem, radowała mnie digitalnie wyświetlana cyferka –18°C. Upłynęły może trzy miesiące podczas moich wędrówek po sklepach i polowaniu na ekstra ceny, zakupiłem dwa przepiękne filety z łososia. Powinny one przed dalszą obróbką być zamrożone, co najmniej 48 godzin. Po czterech dniach wyciągam je z nowej (bo w starej nigdy coś takiego się nie przytrafiło) filet, a ten nie za bardzo wyglądał na zamrożony. I tu posypało się już parę, a nawet cała seria brzydkich słów. Co jest grane? W zamrażarce jest przecież -18°C!
To jedno z kolejnych nieporozumień, o których w instrukcji nic się nie pisze. „-18°C” to temperatura, którą chcemy, żeby była. W starej, zdradzonej przeze mnie i brutalnie wywiezionej na śmieci, termometr pokazywał zawsze aktualną temperaturę i cały czas miałem nad nią kontrole. Ta nowa postanowiła sobie, że będzie żyła według własnego widzimisię. Zainstalowałem taki termometr elektroniczny, czujnik na cieniutkim kabelku ukryłem w środku. Odczekałem parę godzin i w nocy z latarką w ręku podszedłem do tej mojej modernizacji. I dosłownie ręce mi opadły. Mój termometr pokazywał tylko -9°C. Pomyślałem, że włożony przeze mnie termometr może być zepsuty. Ale przez resztę nieprzespanej nocy myślałem o tym niezbyt zamrożonym filecie i oczywiście o reszcie produktów, które powinny być zamrożone, a w tym momencie zupełnie nie byłem tego pewien.
Na drugi dzień, zaraz po śniadaniu, pojechałem do sklepu kupić drugi termometr, żeby ten pierwszy nawet nie starał się mnie oszukać. Włożyłem sondę do zamrażarki i znów godziny oczekiwania. Na dwóch termometrach wyświetlało -8°C. Już przygotowałem precyzyjną gadkę do reklamacji. Zapisałem szczegóły na kartce, żeby czegoś nie przegapić w moim histerycznym, pełnym nienawiści do nowoczesności opowiadaniu. Bardzo przyjemny kobiecy głos z działu reklamacji przeczytał mi prawie 10-minutowa instrukcje, co mogłem zrobić nie tak, co zapakowałem źle, czy odległości od ściany jest minimum 5 cm, czy drzwi zamknąłem… itp. Droga pani, mówię nieco zirytowany, ja z zamrażarką jestem zaprzyjaźniony, a właściwie byłem, prawie 30 lat i umiem pisać i czytać. To nie jest moje pierwsze urządzenie techniczne tego rodzaju. Czekałem dłuższą chwilę, aż pani z reklamacji przeczyta część dalszą z serii co robić, gdy nadejdzie kryzys w życiu zamrażarki. Dostałem krótką i zdecydowaną odpowiedź, a właściwie groźnie brzmiący rozkaz. Bardzo niebezpieczny dla moich wszystkich, jeszcze nie zupełnie rozmrożonych, produktów. Jej słowa zabrzmiały mniej więcej jak myday, myday… Należy opróżnić zamrażarkę i wyłączyć ją z kontaktu, czyli z prądu. Tak to zabrzmiało, jakby pacjentowi w szpitalu odłączono kroplówkę. Zamrażarka wtedy umrze. Ale to konieczność, odpowiedziała pani z IKEA. Mówię więc jak zupełnie nieobeznany w branży chłodniczej amator. „Proszę mi przysłać na ten czas zastępczą zamrażarkę. Co mam zrobić z produktami za około pięciu tysięcy koron?”. Ja nie wiem, odpowiada pani z reklamacji. I na koniec jej najlepsza rada: proszę porozmawiać z sąsiadami. Może znajda trochę miejsca w swoich sercach, a głównie w swoich zamrażarkach, na moje produkty.
Udałem się do mojego najbliższego zaprzyjaźnionego sąsiada. Mieszka on sam, ale jest, tak jak ja, łowcą czerwonych kartek, czyli przecen w sklepach z jedzeniem i jego zamrażarka wypada z gry – nie ma wolnego miejsca. Ale zaraz, zaraz – woła do mnie sąsiad. Mam taką starą, ponad 40 lat z dawnego mieszkania. Zaraz ja odpalimy. Staruszka zaskrzypiała, zagwizdała i po paru godzinach osiągnęła już kosmiczne zimno –24°C, bo tak nastawiliśmy. Wszystko działało w tym muzealnym egzemplarzu. I tak być powinno. Niewygodą było tylko dla mnie i sąsiada, że po każdy drobiazg musiałem do niego dzwonić. Na przykład, jak potrzebowałem chleb na śniadanie. Wziąłem jedną kromkę za mało, ale nie miałem odwagi niepokoić go raz jeszcze. Mówię sobie: schudnę nieco i nic się nie stanie.
Na dwa dni przyjechała do nas czteroletnia wnuczka. I pierwsze jej pytanie. Gdzie są moje lody? Ja chcę teraz i już! Za godzinę to samo. Widziałem, że sąsiad marszczy czoło i trochę mu to przeszkadza. Ale następnego dnia, po upływie tych 48 godzin przymusowego, karnego odpoczynku mojej zamrażarki, kiedy ją włączyłem i na moim extra zamontowanym termometrze ukazało się… -20°C. Radość była nie do opisania.
Zapakowałem u sąsiada parę wielkich toreb (też z IKEA) wszystkich moich produktów i przeniosłem, do „portu macierzystego”, czyli do naszego domu. Odetchnąłem głęboko, wycierając pot z czoła z tych nerwów i, jakby nie było, wysiłku. Udało się. Instrukcja serwisu IKEA zadziałała. Pani, która ją czytała, okazała się być bardzo zdolna i życie nasze i zamrażarki zaczęło się toczyć dalej. Ale toczyło się przez następne może dwa miesiące i to toczenie chyba nie za bardzo jej wychodziło. Sytuacja dokładnie się powtórzyła, tak jak z dawnym filetem z łososia. Temperatura wzrosła do -8°C i pomimo próśb i gróźb oraz wykrzykiwania brzydkich wyrazów, nic nie pomagało. Jedno co pomogło, to bardzo dobre wino włoskie, które kupiłem, żeby przekupić sąsiada i udałem się do niego z pełnymi torbami mrożonek. Chwile wcześniej po rozmowie z reklamacją IKEA przeczytane zostały mi standardowe pytania i instrukcje i dobra rada udania się do sąsiada. Tak tez zrobiłem i posłuchałem pani i reklamacji, bo cóż innego mogłem zrobić.
Odbyła się ta sama procedura z muzealnym egzemplarzem zamrażarki sąsiada. Sąsiad natomiast jak gdyby zaraził się moją złością na nowoczesność i jego niecenzurowane słowa jakby godziły mnie rykoszetem. Czułem, że nie za bardzo się mu podoba moje okupowanie jego zamrażarki i zupełnie nie jest to dla niego zabawne. Nie chodziłem do niego nawet po chleb, tylko przeżyliśmy te parę dni na prowiancie turystycznym. Suchary, chleb do opiekania i konserwy, które mieliśmy zabezpieczone w razie napadu obcego mocarstwa na Królestwo Szwedzkie. I znów się powiodło.
Za parę dni moja zamrażarka prawie tańczyła z radości, a mój extra termometr znów ożył i pokazywał nawet -22°C. Aż do następnego załamania nerwowego: mojego i zamrażarki. Tym razem IKEA suport zadecydował, że przyjedzie do nas ich zaufany technik z serwisu i dokładnie sprawdzi, co i jak. Jeśli to mój błąd to będę musiał zapłacić 2000 koron za jego przyjazd. Tu blady strach we mnie wstąpił. Po pierwsze niemal na kolanach muszę prosić sąsiada o następną gościnę. Rozumiem jego niezadowolenie, specjalnie, kiedy on poruszał problem drogiej energii elektrycznej, a jego stara zamrażarka musi teraz pracować i obciążać jego budżet. Zaproponowałem, że zapłacę mu za zużycie prądu, ale on obrócił to w żart, rozładowując swą frustrację, brzydkim słowami pod adresem IKEA.
W wielkich nerwach oczekiwałem serwisu technika. Z bijącym sercem sprawdzałem wszystkie zalecane odległości lodówki od ściany, zgodnie z instrukcją dołączoną do produktu. Bardzo przyjemny pan, nawet nie musiał używać narzędzi. Otworzył ukrytą klapkę w zamrażarce i podłączył komputer. Kazał mi teraz zamilknąć, bo on może się pomylić, wpisując około 50 cyfr i magicznych znaków, które miał ze sobą na ściągawce. Nagle na ekranie komputera zaczął latać w te i we wte zielony paseczek. Przypominało mi to, widziane na filmach urządzenia w szpitalu, ratujące życie. Dało mi to nadzieję i bezpieczeństwo, że wszystko znów będzie toczyć się dalej, że sąsiad się mnie pozbędzie a zamrażarka będzie radośnie nam służyła. To był błąd w programie – zamrażarka straciła pamięć. Mnie to nic nie kosztuje. Fakturę przęśle do IKEA. Tego wieczoru, po ponownym przeniesieniu wszystkich, na kamień zamrożonych rzeczy od sąsiada, wieczorem otworzyłem butelkę Ballantines i wypiłem lampkę dobrej whisky na szczęście, za powodzenie całej akcji. Mnie się po takich przejściach też należało się lekarstwo.
Dobrze, że zostawiłem trochę na później. Bo się przydała. Cały proces się powtarzał jak zaprogramowany. Temperatura znowu wzrosła do -8°C. Znów telefon do IKEA, żeby raz jeszcze, wysłuchać instrukcji i ile centymetrów od ściany zamrażarka ma spoczywać.
Czas zakończyć tę tragikomedię. W tym artykule to proste, postawić tylko kropkę nad i. W rzeczywistości problem z nowoczesną techniką chwilowo zamroziłem, ale tylko do -11°C. Właśnie dzwonimy po raz kolejny do reklamacji i oczekujemy znanych nam już pytań i obiecującą propozycję odwiedzenia sąsiada, bo przecież nic się nie stanie jak znowu na parę dni, a może i tygodni będę okupował jego wysłużona ponad 40-letnią zamrażarkę, która zawsze gotowa jest do pomocy. Czekamy na decyzje, co dalej.
Chciałbym w paru słowach podsumować całe moje opisane niepowodzenie. Za szybko uwierzyłem w te obiecywane dobrodziejstwa nowoczesnej zamrażarki. Czuje się w pewnym stopniu zawiedziony, a nawet oszukany. Przecież chciałem podążać za zalecaną nowoczesnością, ochroną środowiska i pieniędzy. Może to tylko ja miałem takie szczęście, a właściwie nieszczęście? Starą zamrażarkę, która wyrzuciłem zupełnie sprawną, odmrażałem dwa razy w roku. Cały proces trwał około 2 godzin. Wszystkie produkty pakowałem do styropianowych pudeł i nigdy nic nie ucierpiało. Owszem, podczas czyszczenia podgrzewałem nieco ciepłym powietrzem. Natomiast ta nowa musi być wyłączona na minimum 48 godzin, a podgrzewanie grozi całkowitym uszkodzeniem. Jak informowano, zamrażarki z technologią No Frost nie wymagają żmudnego ręcznego rozmrażania i zapobiegają osadzaniu się szronu dzięki wymuszonej cyrkulacji powietrza, ale czasami trzeba je również odmrażać.
Tę moją nową zamrażarkę, która ma dwa lata, odmrażałem już sześć razy w sposób awaryjny i niezaplanowany. Ta nowa technologia wysusza żywność, przez obieg bardzo suchego powietrza, które sprzyja utracie wilgotności produktów. Niewłaściwie zapakowane mięso, lub warzywa, szybko tracą świeżość. Obiecywano oszczędność prądu. I to następna bzdura. Wentylatory oraz system grzałek, które usuwają szron, zużywają więcej energii, niż tradycyjne starsze modele. Głośniejsza praca to standard w No Frost. Szum wentylatorów, obieg wymuszonego powietrza oraz odgłosy rozmrażania i kapania wody na grzałkę, coś jakby specyficzne strzelanie (pykanie) zakłócają niekiedy spokój nocnego odpoczynku, gdyż bywają głośniejsze.
Znacznie mniejsza powierzchnia użytkowa, to była konieczność. Przecież wbudowane kanały wentylacyjne i tzw. parownik zabierają cenne miejsce w komorze zamrażarki. Wyższa cena zakupu jest zauważalna gołym okiem. Bo nowoczesność musi kosztować, a obecność niby ulepszeń (czujniki, timer, grzałki, sterownik, karta elektroniczna, niemal jak komputer) to drogie rzeczy, a zwiększają wielokrotnie ryzyko awarii urządzenie. A przecież tak prosta konstrukcja zamrażarki powinna być bezawaryjna i taka dotychczas była.
Każdy pogwarancyjny przyjazd technika to minimum 2000 koron plus niezwykle drogie, niemal unikalne części rezerwowe. Niezwykle irytujące jest niemal nakazana konieczność pakowania produktów do mrożenia w szczelną folię, a najchętniej w zamykane pojemniki. Podczas automatycznego rozmrażania, które odbywa się nawet parę razy dziennie, włącza się grzałka roztapiająca lód, co według mnie zakłóca cały proces mrożenia. Widzę to na moim extra zamontowanym termometrze. W chwili czarodziejskiego rozmrażania temperatura w komorze zamrażarki nagle wzrasta do -6°C. Teraz możecie zrozumieć, dlaczego w tych urządzeniach nie ma termometru.
Mam wielki żal do sprzedawców, którzy celowo pomijają wady systemów No Frost, ponieważ technologia ta jest promowana przez producentów jako kluczowa zaleta. Koncentrują się oni na korzyściach, aby ułatwić i przyspieszyć decyzje klienta, a wspominanie o wadach na pewno zniechęciłyby kupującego. Nie bez powodu czołowi producenci dają niekiedy 10- letnią gwarancję. Jak mówi stare polskie przysłowie, „zamienił stryjek siekierkę na kijek”.
Jednocześnie zaznaczam, że nie znam statystyk awarii No Frost. Nie chcę nikogo zniechęcać. Ten przypadek opisywany przeze mnie mógł być jednostkowy, czyli w moim wypadku nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Każdy z was podejmuje własną decyzję, ja tylko podkreśliłem mankamenty, o których nie przeczytacie w broszurach reklamowych.
Na koniec tej mrożącej krew w żyłach przygody… Dzisiaj (wtorek 2026-06-30) temperatura w porywach dochodziła do -14°C. Odbyliśmy rozmowę z serwisem. Przyjdziemy za tydzień szukać błędu. Zaprosiłem sąsiada na pyszną kawę, żeby go udobruchać i przygotować na następne okupowanie jego zamrażarki. Ta magiczna No Frost zaczęła zbierać coraz więcej Frost w środku. Na moje pytanie, sąsiad burknął i bardzo się zdenerwował. Powiedział, żebym przeniósł jego, już 41-letnia zamrażarkę do siebie, bo bardzo go denerwuje… Nie ja, nie zamrażarka, ale organizacja gwarancyjnego serwisu. I to rozumiem w odróżnieniu od tej nowoczesnej technologii. Po paru godzinach przemiły i pomocny sąsiad dodał ostatnie zdanie: ALE TO OSTATNI RAZ.
Przez nowoczesną technikę systematycznie traciłem mięso, ryby, lody, a teraz chyba i przyjaźń sąsiada.
POSTSCRIPTUM
Dnia 6 lipca 2026 roku przyjechał technik z serwisu urządzeń domowych i specjalista od lodówek i zamrażarek. Czułem, że jest nieco poddenerwowany, ale zupełnie nie wiedziałem dlaczego. Czy na mnie, że byłem bardzo miły, czy na nowoczesną technikę, z którą może i on nie zupełnie sobie radził. Nawet się do niej nie dotykał, tylko zapytał się, czy po aktualizacji programu, który on wgrywał ostatnio, rozmrażałem zamrażarkę. Szczerze, to nie pamiętam i nie wiem, czy dostałem od niego taką instrukcje. Technik poinformował mnie stanowczo, że NO FROST to wcale nie znaczy, że nie trzeba rozmrażać, zależy to od temperatury w domu, wilgotności i od tego ile razy otwiera się drzwiczki.
Ważne też ile jest w niej produktów i jak poukładane. Zapytałem się, jak często podczas kalendarzowego roku trzeba rozmrażać. Krótka odpowiedź, jak trzeba, to trzeba. Odmrażanie ma trwać 48 godzin i to nie podlega dyskusji. Co robić z zamrożonymi nie do końca produktami? – zapytałem się raz jeszcze. Trzeba planować, pytać sąsiadów i znajomych w okolicy. To musi być jakaś głupia zmowa, albo ukryta kamera.
Na koniec powiedziałem technikowi – bardzo spokojnie i grzecznie – że będę musiał zgłosić ten cud techniki do Konsumentverket (Urząd Konsumenta), gdyż urządzenie za blisko 10.000 koron absolutnie nie spełnia moich oczekiwań i czuję się oszukany. Te moje ostatnie słowa zadziałały na technika jak przysłowiowa czerwona płachta na byka. Odpowiedział: Co? Straszysz mnie, dialogiem można dojść do porozumienia. Proszę odmrozić NO FROST i będzie dobrze. (Tę instrukcję słyszałem już po raz niemalże dwudziesty).
Zapytałem się na koniec, czy po rozmrożeniu przyjedziesz ją sprawdzić. I tu padła krótka i niepodważalna odpowiedź: NIE.
Odwrócił się, wsiadł do samochodu z napisem SERVICE i odjechał.
Co dalej robić? Poczułem się jak rozbitek na bezludnej wyspie. Nerwy moje są już na granicy wytrzymałości. Myślę, że trzeba to wywieźć na złom. Ale co kupić w zamian? Może używane, ale działające nawet tak jak dawniej będę musiał odmrażać dwa razy w roku po dwie godziny. Nie wiem, czy lodówki i zamrażarki ze starsza technika są w dalszym ciągu sprzedawane w sklepach.
Wnioski wyciągnijcie sami. Przemilczeć i zamrozić problemu nie mogę.
Marek Lewandowski

