Moje Orminge
Równość. Słowo, na którym Lenin and company wybudowali makabryczną piramidę bezlitosnego systemu. Równość w odniesieniu do człowieka jest kompletną bzdurą, nieporozumieniem i kolosalną pomyłką. Jak mogła w ogóle komuś przyjść taka głupota do głowy!? Ludzie nie są ani równi, ani nierówni. Ludzie są poszczególni.
Idea równości w odniesieniu do człowieka jest chorym tworem i bękartem socjologii. Jeżeli nawet moje nerki i wątroba funkcjonują identycznie jak te, które ma Donald Trump, to już sama myśl o identyczności naszych dusz budzi we mnie odrazę. Akceptacja idei o istnieniu duszy jako poważnego i w dodatku pozaziemskiego dzieła – już to wymaga olbrzymiego wysiłku! Szalona idea o identyczności dusz byłaby już nie do zniesienia. Chłop ma swoją duszę, baba swoją! Punkt.
Impresjonistyczna metoda prowadzenia dziennika, czyli co długopis na papier przyniesie (ciągle piszę na piechotę, moje oko nie wytrzymuje długiego patrzenia w lampę) jest rozkoszna i uważam, że najlepsza tak dla mojego samopoczucia, jak również dla oka i dziennika.
Od pewnego czasu czegokolwiek bym nie robił jestem rozczarowany, bo odnoszę wrażenie, że to nie to. Co by na to powiedział Freud? Im dalej w las, tym mniej drzew?
Wczorajszy makabryczny dzień. W każdym razie pierwsza połowa (co wie pierwsza połowa o drugiej?). Powtarzający się w półgodzinnych interwałach i trwający nieprzerwanie około piętnastu minut potworny huk, spowodowany pracą na najwyższych obrotach silnika o wielkiej mocy i z pominięciem jakiegokolwiek wytłumienia hałasu. Zamknięcie okna i drzwi balkonowych pomagało minimalnie. Wyszedłem popatrzeć.
Niedaleko, nad drzewami Orminge Centrum, wisi helikopter, a pod nim na linie jakaś forma budowlana. On transportuje to-to około dwustu metrów, spuszcza na dół i leci po następne (tam dobudowują dodatkowe piętra). Na szczęście i ku uldze wszystkich mieszkających w pobliżu odleciał (z hukiem!) około drugiej po południu.
Czy zechciałbym napisać coś z żywymi postaciami? – pyta mnie stary, jeszcze gdyński przyjaciel, Jerzy K. Pisze z Vancouver, gdzie mieszka od wieków. Czemu nie, ale pod jednym istotnym warunkiem, że postacie same będą siebie pisały. Niestety, nigdy tego nie potrafiłem i zazdrościłem epikom. Na moje szczęście i dla spokoju duszy zazdrościłem krótko. Do czasu, kiedy zorientowałem się, że oni, epicy, nie potrafią tego, co ja umiem. Uważam, że sam jestem niezłym egzemplarzem do opisania, ale ja tego, z powodów jak wyżej, nie zrobię nigdy.
Straciłem bezpowrotnie nadzieję, że świat będzie kiedykolwiek lepszy. Szczególnie ten najwspółcześniejszy, wrzeszczący stale o nieustannym rozwoju i najnowszym sukcesie w postaci AI, świat wpatrzony w ekrany i ekraniki.
Albert Einstein powiedział, że jedną z cech inteligencji oraz receptą na szczęście jest nie oczekiwać niczego od innych. Dodam od siebie: słuchaj więcej, niż mówisz! I’m flying! I’m flying over troubled water!
Andrzej Szmilichowski
