real-estate-6688945_1280

Zaczęło się od wymiany korespondencji za pośrednictwem internetu. Ja odpisywałam jakiego mieszkania oczekuję, z agencji otrzymywałam odpowiedź, że znalezienie odpowiadającego mi lokum to kwestia dni jeśli nie godzin. Ach, jakie to było miłe. Zresztą moje żądanie nie było zbyt wygórowane: 100 m2 w miarę otwartej powierzchni, tak by można było dostosować do własnych potrzeb, z windą i ładnym widokiem z okna. I tyle. Prawda, że nie dużo? Tak też twierdzili panowie z agencji, z którymi rozmawiałam.

Po miesiącu korespondowania stwierdziłam, że najwyższy czas dokonać ostatecznego wyboru mieszkania, według zapewnień agentów „praktycznie już czeka”. O ludzka naiwności!

Uzgodniłam datę przylotu do Polski, licząc, że w ciągu trzech, no góra czterech, uda się wszystko załatwić.

Gehenna zaczęła się w poniedziałek rano. Pierwszy telefon zadzwonił już o 7:00. Męski głos w słuchawce był bardzo miły. „Dzień dobry, dzwonię z agencji A. Podobno szuka Pani mieszkania?”. Oniemiałam. Jak to „podobno”? Przecież od miesiąca siedziałam przy komputerze i telefonie prowadząc rozmowy z agencją A w sprawie kupna mieszkania! No cóż, dobrze że rozmawiałam także z agencją B, C i D. Ale jakież było moje zdziwienie, gdy po telefonie z agencji A zadzwonił pan z agencji B. „Dzień dobry, dzwonię z agencji B. Podobno szuka Pani mieszkania?”. Gdy telefon zadzwonił po raz trzeci i w słuchawce zabrzmiało: „Dzień dobry, dzwonię z agencji C. Podobno…”, przerwałam zrezygnowana: „Tak, podobno…”.

Panowie po drugiej stronie telefonu skrupulatnie notowali po raz enty: „100 m2 w miarę otwartej przestrzeni, tak by można było dostosować do własnych potrzeb, z windą i ładnym widokiem z okna”. Mieli oddzwonić w środę. No dobrze, to wtorek mam przynajmniej dla siebie.

Następnego dnia nie dane mi było jednak skorzystać z letniej pogody w Warszawie. Od rana bowiem rozdzwonił się telefon. Tym razem dzwonili inni agenci nieruchomości („Dzień dobry, dzwonię z agencji D. Podobno…”), z którymi, jestem przekonana, nie miałam wcześniej kontaktu. Skąd mieli numer telefonu i skąd wiedzieli że poszukuję mieszkania, Bóg jeden raczy wiedzieć. No ale cóż, może oni okażą się sprawniejsi w poszukiwaniu.

Środowy  poranek spędziłam uwieszona na słuchawce telefonu, dzwonili ci, z którymi rozmawiałam w poniedziałek. Tym razem mieli już dla mnie kilka propozycji co przyjęłam z ulgą. Do południa praktycznie nie odkładałam słuchawki, na oglądanie mieszkań przeznaczyłam więc popołudnie i wieczór. Poruszając się po mieście skorzystałam z pomocy koleżanki, która nie tylko woziła mnie swoim samochodem, ale też z racji wykształcenia (Politechnika Warszawska to naprawdę dobra uczelnia) doradziła co nieco w sprawach budowlano-mieszkaniowych.

Już pierwsza propozycja nieco zbiła mnie z tropu. Nowo wybudowany blok nie posiadał windy. A mieszkanie na czwartym piętrze… Hmm, chciałam od raz zrezygnować, ale uprzejmy agent niemal siłą ciągnął mnie do środka, tłumacząc, że „w tych blokach czwarte to tak jak pierwsze”. ”Czyżby te mieszkania miały półtora metra wysokości?!”, pomyślałam sobie, ale by nie przedłużać niezręcznej sytuacji zgodziłam się na obejrzenie mieszkania. Dochodząc do drugiego piętra zaczęłam żałować, że nie buduje się już niskich mieszkań, „jak za Gomułki”. Te miały chyba po trzy i pół metra! Na trzecim piętrze zrobiliśmy krótki odpoczynek. Czułam się jak w górach, tym bardziej, że słowa agenta „jeszcze tylko jedno piętro” brzmiały zupełnie jak zapewnienia górala-przewodnika „jesce tylko ta górecka”. Zresztą podczas drogi, z parteru na czwarte piętro, między mną i moją koleżanką a agentem, nawiązała się ta specyficzna nić sympatii jaka powstaje między ludźmi podczas długiej podróży. I tak, jeszcze przed dojściem do pierwszego piętra, agent opowiedział nam nieco o swojej żonie i dzieciach, gdy opuszczaliśmy drugie piętro wiedziałam już wszystko o jego planach osobistych, na trzecim podczas odpoczynku opowiedział nam kilka dowcipów. Jednak najbardziej zaimponował między trzecim a czwartym, kiedy szarmancko wziął nas obie pod ręce i słaniające się na nogach wciągnął na górę. „To już tu!” obwieścił z dumą. Z powodu potu zalewającego oczy nie dostrzegłam zalet tego mieszkania. Zresztą czym prędzej chciałam dostać się w pobliże otwartego okna, nie tylko zresztą po to, by nasycić się pięknym widokiem (i tak niewiele widziałam), co zaczerpnąć świeżego powietrza, którego w tym mieszkaniu, przesiąkniętym zapachem świeżej farby, wyraźnie brakowało. Gdy tak stałam w otwartym oknie wiatr osuszył mi twarz z potu, ale nadal nie mogłam otworzyć oczu, bo teraz z wiatrem pojawił się kurz. „Jak to na nowych osiedlach. Ale później posadzą drzewa i nie będzie tak pylić” – zapewniał agent. „To jak posadzą te drzewa, a ja poprawię kondycję, to może się zdecyduję na to mieszkanie.”

Jedziemy pod następny adres. Szóste piętro, ale jest widna. Metraż też odpowiedni. Biegnę do okna, bo według zapewnień agenta z mieszkania roztacza się ładny widok na duże drzewa. Tak, drzewa są, tylko dlaczego otaczają parking, na którym stoją ciężarówki zwane popularnie śmieciarami?! „Można się przyzwyczaić” mówi niezrażony moją zdumioną, a za chwilę wściekłą miną, agent. „Sam się przyzwyczaj” myślę sobie i jadę pod kolejny adres.

Tym razem wszystko wygląda zachęcająco, metraż ponoć odpowiedni, widna jest, kilkupiętrowa kamienica położona wśród starych, dorodnych drzew, niedaleko duży park. Może to nareszcie to?!

Wjeżdżamy na pierwsze piętro, wchodzimy do mieszkania i… czar pryska. Miała być otwarta przestrzeń, a tu całe mieszkanie podzielone na małe pokoiki. „Ale tę i tę ścianę można usunąć” stwierdza agent. Na to odzywa się moja koleżanka wyposażona w fachową wiedzę: „Jak to usunąć?! Przecież to są ściany nośne!” „Proszę pani, ja znam mieszkania w tej kamienicy, bo niejedno już sprzedałem” mówi, a jego nonszalancka mina ma potwierdzać te słowa. „Tu większość lokatorów usunęła te ściany”. „Co?!!!” wrzasnęłyśmy z koleżanką jak na komendę i biegiem rzuciłyśmy się do wyjścia. Gdy przeskakiwałyśmy w popłochu po kilka stopni w dół, zastanawiałyśmy się ile pięter jest nad nami, a wyobraźnia podsuwała obrazy walącej się kamienicy i naszych nędznych szczątków przygniecionych ściankami działowymi (nośnych już nie było).

Koleżanka, która odwiozła mnie do hotelu opowiadała, że siedząc do późnej nocy i patrząc nieprzytomnym wzrokiem w przestrzeń, powtarzałam: nie mam dużych wymagań, sto metrów otwartej przestrzeni, może być mniej, albo więcej, winda i ładny widok z okna; nie mam dużych wymagań, sto metrów otwartej przestrzeni, może być mniej, albo więcej, winda i ładny widok z okna; nie mam dużych wymagań…

Następnego dnia rano po tej koszmarnej środzie dzwonili do mnie ci, którzy zgłosili się we wtorek. Oferowali dokładnie te same mieszkania co agenci „poniedziałkowi”. Nawet nie próbowałam rozmawiać, tylko wyłączyłam telefon.

Teraz jestem już w Szwecji. Jednak o załatwienie spraw związanych z mieszkaniem w Warszawie poprosiłam koleżankę. Żyje w Polsce, to może inaczej patrzy na niekompetencję czy wręcz głupotę polskich agentów. Może ma na nich jakiś sposób?

Z drugiej strony, im więcej czasu mija od mojego powrotu do Szwecji, tym bardziej wspomnienia nabierają przyjemnych barw. „Wiesz co, Hania?” mówię dzwoniąc do koleżanki, „ten agent, którego tak dobrze poznałyśmy w drodze na czwarte piętro, był całkiem miły”. „Ale oczywiście. Pamiętasz jego dowcipy? Na trzecim piętrze ubawiłam się jak nigdy. Zresztą sama wiesz, jak nam wtedy szybko ta droga zleciała. A propos, on ma dla ciebie nowe propozycje. Przyjedziesz?” Hmmm, czemu nie, ostatecznie każdy powód jest dobry, by odwiedzić Polskę. Nie trzeba zaraz kupować mieszkanie. Można się potargować…

Aldona Eriksson

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer