Mycie zębów

Tyle się w życiu naoglądałem filmów, a za każdym razem, gdy w kinie gaśnie światło, mam wrażenie niesamowitości. Potem wychodzę w duchotę ulicy i idę filmowym krokiem, patrzę filmowym okiem, myślę bohaterem. Po chwili wszystko wraca do normalnego wymiaru oraz sensu, i to wytrąca mnie z równowagi, bo jest bez sensu. Czas zatrzymany w filmowych kadrach prawdziwszy jest i mniej dokuczliwy, niż zawijasy, pożal się Boże codzienności.

Okazało się, że jestem powtarzalny! Do powyższej wiedzy doszedłem dziś, po kinie, za przyczyną podróży jedną z linii sztokholmskiego metra. Naprzeciw mnie siedział chłopak, na oko szesnastoletni, silnie zbudowany, płowy. Gdy się odezwał do siedzącej przy nim kobiety, oniemiałem! Mówił „moim” szesnastoletnim głosem, i identycznie się uśmiechał! Na następnej stacji wysiedli i on szedł po peronie „moim” krokiem!

Co to było? Awaria wszech-mechanizmu? Fałda w czasie? Wcielenie równoczesne? Magia wielkich cyfr statystycznych? Multi „Ja”? Holistyczny sobowtór? Swoją drogą nic w tym dziwnego, przy takiej populacji może się po świecie pałętać niejeden identyczny egzemplarz, czego światu nie zazdroszczę.

Coraz bardziej popularny, nieomal powszechny paradoks współczesnego świata – samotność w milionowym mieście. Ludzie chodzą krzyżującymi się z sobą ścieżkami, dotykają, potrącają, ale żyją w osobnych kokonach, biczowani niespełnieniami, niechęciami, animozjami, niedopełnionymi marzeniami, niezrealizowanymi ambicjami. W rzeczywistości odróżniają nas mało istotne didaskalia.

Znam jednego epika, który twierdzi, że nigdy nie włącza w to, co pisze, treści „osobistych”. Wielu ludzi piszących, kiedy dają wywiad, zarzeka się, że nigdy nie piszą o sobie i swoich bliskich. A potem idą do domu, siadają do komputera i rozpisują się o stanie swojej duszy oraz podagrze wuja. Nawet Stanisław Lem włączał w kosmicznych przestrzeniach swoich książek, zamaskowane nieco sytuacje zaczerpnięte z krakowskich plantów. Inaczej być nie może – pan pisarz też człowiek!

Nieomal każdy, popychając przed sobą swój malutki kosmos, jest przekonany, że los tylko jemu zafundował tak niewdzięczną, niewygodną, uwierającą i niesprawiedliwą egzystencję. Świat wyraźnie posmutniał i zwariował do tego stopnia, iż gdy napotyka się ludzi stale pogodnych i uśmiechniętych, podejrzewa się ich, iż za swoim brakiem powagi coś knują. Owszem – myśli obserwator sceptyk, a więc nieomal każdy – można go lubić, ale robić z nim interesy, to już raczej nie, za duże ryzyko.

Niezliczone filiżanki kawy, ciągłe mycie zębów, golenie, słanie łóżka, obserwacje, konstatacje, tysiące podobnych do siebie i jednakowo stresowych dni. Samo życie. Ludzie uśmiechnięci rzadziej robią kariery, niż ponuracy. To fakt stwierdzony statystycznie! Jeśli tak, to niech mi to ktoś z łaski swojej wytłumaczy, bo zgłupiałem. Dlaczego na miłość boską pomarszczone czółko, kamienna twarz i ponury wyraz oczu, mają budzić większe zaufanie, niż szeroki uśmiech?

Oto cechy moich Rodaków, możliwe do zaobserwowania po latach spędzonych za granicą: wieczne podawanie ręki (bezsensowny i komiczny ceremoniał uścisków dłoni, gdy premier odbywa podróż wzdłuż szeregu wyciągniętych do niego rąk ministrów) Bezustannie salutujący oficerowie. Tytułomania na poziomie szaleństwa (raz premierem, prezesem, ministrem, inżynierem, zawsze premierem, prezesem, ministrem, inżynierem!). Zamiłowanie rozdymania do nieprawdopodobnych rozmiarów, spraw g***no wartych. Spóźnialstwo.

Kobiety lubią, gdy w pokojach mężczyzn jest bałagan. Więc oni, hamując genetyczne zamiłowanie do utrzymywania bezwzględnego porządku /sic!/ oraz chcąc zachować się jak gentleman, zaczajają się w pobliżu niepościelonych tapczanów. Wczoraj padało, a dziś nie. Wczoraj było wesoło, a dziś smutno. Ile godzin dziennie poświęca człowiek na myślenie o głupstwach. Zmywam po obiedzie (lubię zmywać naczynia), a w głowie huczą stada myśli. To może być najtwardszy dowód na istnienie Boga. Że Bóg jest i czuwa. Lustro zwraca mi głupkowaty uśmiech i układam twarz inaczej, choć jestem w domu sam i mogę wyglądać jak mi się żywnie podoba, głupio też! Nieraz jakaś ważna myśl musi sobie torować drogę, zatłoczoną mniej ważnymi, i wysilać się by być usłyszaną.

Nie lubię zmierzchu, kiedy wszystko matowieje, szarzeje, traci kontury. Nie lubię też krótkiej chwili samego południa, kiedy słońce nie daje cienia. Nie drgnie wówczas nawet listek, a świat sprawia wrażenie jakby przestał oddychać. Chyba otworzę butelkę wina i będę się zastanawiał, co lubię, prócz zmywania naczyń.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar