ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Retro

Od czasu, gdy przeprowadziłem się pod Sztokholm i jeżdżę tam z rzadka, zauważyłem irytujący fakt. Otóż, gdy tam pojadę i rozglądam się po ulicach i domach, konstatuję ze zdziwieniem i niejaką irytacją, że ludzie poruszający się tak jak ja, piechotą, wyprzedzają mnie. Ruch chodnikowy odbywa się dziś szybciej niż kiedyś!

Postanowiłem temu zaradzić i rozpocząłem codzienne spacery. Pokonywanie każdego dnia tej samej trasą – jak piękna by nie była – to nudne zajęcie, więc zdecydowałem się skupić się na krokach. Trasa dowolna, byle było 10.000 kroków, podobno idealna porcja dla dobrego zdrowia i samopoczucia.

I tak łażę, oczywiście tylko w dni, kiedy nie gram w tenisa. Tak mi się jakoś życie ułożyło, że tenis to czysta przyjemność, zaś owe dziesięć tysięcy kroków obowiązek. A kto lubi obowiązki? Próbowałem więc znaleźć sposób, jak tę maszynkę oszukać, ale niestety skończyło się porażką. Informuję wszystkich, którym przyszedłby podobny pomysł do głowy, że siedzenie na krześle i machanie ręką, imitując w ten sposób marszowy krok, nic nie daje – na maszynce kroków nie przybywa!

Mówi się: Gdy mija ci sześćdziesiątka, budzisz się rano i nic cię nie boli, znaczy że umarłeś! Przy takiej okazji wtrącałem niekiedy: Należę do grupy towarów wyprodukowanych przed wojną (drugą światową), mnie nie dotyczy!

Niestety. Dotyczy. Czuję ból krzyża, gdy spuszczam rano nogi z łóżka. Ból siedzi tam i wierci aż do pierwszego kubka kawy. Z kawą powinienem skończyć już dawno, czego domaga się żolądek, a ja udaję, że nie słyszę.

Dopiero po dzieciach widać, że człowiek się starzeje! Brzmi kolejny slogan starości. Powiedziałbym raczej, że po równieśnikach widać dużo lepiej. Są okrutnie starzy! Jak do tego doszło? Spoglądam w lustro i widzę, że wyglądam zupełnie świeżo! Szczególnie bez okularów. Niestety świat i ja, nawet w okularach na nosie, już nie taki ostry jak kiedyś.

Kuzynka Ewa opowiedziała mi kiedyś dialog ze swoim ojcem, panem liżącym dziewięćdziesiątkę, który brzmiał mniej więcej tak:

– Wsiadłem wczoraj córeczko do, no wiesz, taki duży czerwony… – Do autobusu! – Tak, i pojechałem, no wiesz ten książę… – Mostem Poniatowskiego! – No tak, przez, jak to idzie… – Przez Wisłę! – Tak, tak, i tam, rozumiesz, takim okrągłym… – Rondo Waszyngtona! – Właśnie, aż na Kawęczyńską, żeby odwiedzić, odwiedzić… Opowiadałem ci, mieliśmy opaski… – Kolegę z Po-wstania! – O właśnie…

Od tego czasu, kiedy któreś z nas się na czymś zacuka, wołamy: Wisła! Wisła!

Lata maszerują bezlitosnym rytmem i budzą niestety coraz mniej entuazjazmu, ale bywają wyjątki. Spotkałem niedawno Stefana, mojego osiemdziesięciodziewięcioletniego przyjaciela i aktywnego ciagle tenisistę. Poinformował mnie roześmiany, że się żeni, i że nigdy nie był tak szczęśliwy jak dziś!

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar