TERESA URBAN: Tanie zakupy

Zaczęło się od protestów. Zawsze zaczyna się od protestów, bez względu na to, o co chodzi: budowę czy rozbiórkę, zbrojenie czy rozbrojenie, instalację czy likwidację, otwarcie czy zamknięcie. Nie lubimy zmian.

„Wszystkie zmiany są na gorsze” – to początek znanej książki znanego pisarza i jest w tym ziarnko prawdy. Wspomniane protesty dotyczyły budowy taniego sklepu spożywczego w pobliżu naszego osiedla, na nie nadającym się do niczego terenie, porośniętym gęstym zagajnikiem, przez który wiodła ścieżka skracająca drogę do przystanku autobusowego. Na polance można było czasem zoczyć kota, a nawet zająca. Teren mógł być równie dobrze wykorzystany na sklep.

Naszą  podmiejskią okolicę, noszącą nieoficjalą nazwę „miasta na wsi”, zamieszkują porządni, spokojni i solidni mieszkańcy, pragnący otaczać się podobymi sobie. Tani sklep mógłby skusić tu klientelę nieporządnych i mniej solidnych osobników, a takich mieszkańcy chcą w swym sąsiedztwie unikać. Z tego samego powodu nie doprowadzono do nas linii metra. „Będzie za dużo ludzi, hałasu i bałaganu” – mawiano wtedy. „Chcemy mieć spokój”.

Obawy co do sklepu były częściowo słuszne. Odwiedziłam kiedyś podobny sklep w innej dzielnicy, gdzie zaszokowana wędrowałam wśród  śmieci i odpadów, gdzie panował bałagan i tłok. Tam podobno mieszkali inni ludzie. U nas nie musiało tak być, ale ryzyko istniało.

Pisano protesty i odwołania. W naszym świetnie zorganizowanym kraju mamy prawo do protestów i odwołań. Dotychczas nie słyszałam jednak aby takie akcje doprowadziły do zmiany decyzji. Tak było i w sprawie sklepu.

Po kilku tygodniach aktywności budowlanej powstał zgrabny sklep z brązowej cegły, przeszkolnym frontem i ogromnym parkingiem wyłożonym płytkami w dwóch barwach. Ponure przepowiednie się nie sprawdziły. Czasem leżą tylko w trawie opakowania po słodyczach, rzucone przez uczniów z pobliskiej szkoły. Sklep ma tanie słodycze. I nie tylko słodycze. Cały sklep wygląda tanio, prosto, wręcz spartańsko. Niewymyślne półki i pojemniki, zamykane zamrażalniki, aby oszczędzać prąd i dbać o środowisko. Prosto, czysto i schludnie. Podłogę zmywa się kilka razy dziennie, koszyki płucze się pod ciśnieniem. Pojemniki na śmiecie stoją w sklepie i na zewnątrz, a personel regularnie sprząta najbliższe otoczenie, co rzadko zdarza się konkurentom.

Zgadza się, że na początku sklep przechodził choroby dziecinne. Nie było koszyków tylko ogromne wózki, niepraktyczne taśmy do transportu zakupów, krótki czas otwarcia sklepu nieczynnego w czasie świąt. Wszystko to należy do przeszłości. Z jednym błędem w planowaniu musimy jednak żyć, płotem odzielającym sklep od terenu mieszkalnego. Przedtem były tam krzaki i drzewa pełniące tę samą funkcję, ale przyjemniejsze dla oka i mające tę zaletę, że nie można na nich bazgrać tak jak na jasnych deskach. Płot maluje się kilka razy w roku, ale gryzmoły przemieniają naszą schludną okolice w slums. Rozwiązaniem mogło by być posadzenie wzdłuż płotu szybko rosnących krzewów, które wraz z samosiejkami pokrzyw i ostów chroniłyby płot przed wandalami. Niewielki problem techniczny, któremu można pewnie zapobiec, to automaty do zwrotu butelek i puszek. Zbyt często strajkują. Na szczęście są dwa i zazwyczaj tylko jeden nie działa.

Sklep ma ograniczony asortyment. Bardziej wyszukane artykuły trzeba kupować gdzie indziej. Dla mnie sklep ma wystarczającą rację bytu dzięki taniej gazowanej wodzie mineralnej, pełnoziarnistym chlebie za bezcen i niemieckiej pasztetówce. Małżonek uzależnił się od pasztetówki. Twierdzi że umrze z głodu, jeśli jej nie ma w lodówce. Woda mineralna ma na spotkaniach towarzyskich większe powodzenie niż wino, piwo czy alkohol.

– Znowu mieliście gości? – pyta sąsiad widząc mnie z torbą pełną butelek po wodzie do zwrotu. Osiągnęliśmy wiek emerytalny i pijemy mniej alkoholu niż za młodu (albo „kiedy byliśmy jeszcze młodsi” – jak mawia moja przyjaciółka). Wtedy taszczylimy do zwrotu pełne torby butek po winie.

W sklepie witają nas pojemniki ze świeżymi jarzynami i owocami. Personel obrywa zwiędłe liście i usuwa przejrzałe egzemplarze. Początkowo ceny były śmiesznie niskie, ale obecnie niewiele różnią się od konkurentów. Zawsze jest jednak jakiś owoc czy jarzyna o obniżonej cenie. Nie ma potrzeby przejadać się drogą papryką, jeśli cukinia czy oberżyny kosztują dużo taniej. Kto wie, może papryka stanieje w następnym tygodniu. Niedojrzałe awokado lub mango dojrzewają po paru dniach w przeciwieństwie do konkurentów, u których owoce prędzej gniją niż dojrzeją. Z początku wybór jarzyn był większy, tak jakby próbowano co będzie miało popyt. Cykoria, świeża fasolka, i podłużna biała papryka, niezwykle smakowita po nadzianiu serem feta i usmażeniu na oliwie, wszystko to można było kupić, ale po pewnym czasie znikło z asortymentu. Nie wiadomo, czy je kiedyś znów się pojawi. Co tydzień sklep ogłasza kampanię zagranicznych delikatesów. Szynka parmeńska, francuskie sery i salami, greckie jarzyny w oliwie czy mój faworyt – chałwa, to tylko kilka przykładów. A ceny są niezwykle przyjazne dla klientów. Niespodziewane okazje często są miłym zaskoczeniem. Delikatne pierożki ze szpinakiem i fetą, mrożona mieszanka grzybów z dużą ilością schitaki lub frutti di mare, to prawdziwa rozkosz dla smakoszy.

Sklep oferuje także stały asortyment kosmetyków i artykułów higienicznych kompletowanych sporadycznie kuchennymi naczyniami, materiałami biurowymi, narzędziami i odzieżą. Te artykuły pojawiają się nieoczekiwanie i znikają równie nagle. Szansę należy wykorzystać kiedy się nadarza, może bowiem nie powrócić. Dla mnie, wyrosłej w komunistycznym reżimie, sytuacja jest znajoma. Zapopatrzenie było złe i nieprzewidywalne. Kiedy ujrzało się tłum przed sklepem, natychmiast ustawiało się w kolejce świadczącej, że sprzedawano coś atrakcyjnego. Kupowało się nawet wtedy, kiedy nie było potrzeby. Pamiętam z młodości jak rozeszła się wiadomość, że w pobliskim sklepie z obuwiem pojawiły się eleganckie sandałki z importu. Oczywiście kupiłam to cudo na koturnie z miękkiej skórki koloru musztardy. I nie przeszkadzało mi, że co druga koleżanka na mojej ulicy paradowała w identycznych pantofelkach.

Zakupy robi się bez ryzyka. W sklepie nie ma przymierzalni, więc kupując odzież można ją spokojnie i bez pośpiechu przymierzyć w domu i ewentualnie oddać lub zmienić na inny rozmiar. „Otwarte kupno” zawsze jest respektowane i nie trzeba podawać przyczyny reklamacji. Kiedyś odpadło nam kółko od przenośnego stelarza na ubrania. Dopiero po roku pojawiły się podobne wieszaki i, w ramach gwarancji, wymieniono nam zepsuty na nowy. Wszystkie kółka działają dotychczas bez zarzutu. Należy tylko w zrozumiały sposób wyjaśnić problem personelowi. Ich szwedzki ma często duże braki. Rekompensują to uprzejmością i uczynnością. Kontakt pomiędzy personelem, a kierownictwem niestety nie jest najlepszy. Jeśli zamówiony towar nie nadszedł, nikt w sklepie nie wie dlaczego. Nie wiadomo także kiedy produkt się pojawi – następnego dnia, za tydzień czy może skreślono go na zawsze z asortymentu. Praca w takich warunkach, bez możliwości aktywniejszego udziału, musi być frustrująca. Personel stara się jak może i zasługuje na pełniejszą informację od pracodawcy.

Podobno we wszystkich europejskich filiach sklepu produkty rozmieszczone są w identyczny sposób. Jest tak w każdym razie w Warszawie, gdzie często bywam. Ale istnieje jedna, zasadnicza różnica, oddział z napojami alkoholowymi. Wybór jest może mniejszy niż w szwedzkim sklepie monopolowym, ale wystarczająco bogaty dla przeciętnego klienta. Żartuję czasem, że przeżyłam upadek komunizmu, likwidację muru berlińskiego, przyjęcie Polski do NATO i Unii Europejskiej, nawet utratę monopolu przez szwedzkie apteki, ale nigdy nie będą mogła kupić piwa czy wina w najbliższym sklepie. Monopol alkoholowy będzie trwał do dnia sądu ostatecznego. Ale nawet w Szwecji, ku chwale naszego sklepu, można nabyć niskoprocentowe piwo z importu, które smakuje jak autentyczne piwo. Jak Niemcy to robią jest tajemnicą, ale napewno nie rozcieńczają alhoholu razem z substancjami smakowymi, jakich oczekuje się w tym szlachetnym napoju, zwanym czasem szampanem proletariatu. W przeciwieństwie do innych napojów zastępczych, które z piwem  nie mają nic wspólnego poza nazwą.

Aby uprzyjemnić klientom życie, sklep sprzedaje również kwiaty. Są tanie, często przeceniane, a kiedyś rozdawano je nawet za darmo. Kubełki z różami wystawiono wtedy przed kasy z zachęcającym napisem. Klientów nie trzeba było namawiać. Udało mi się zdobyć parę bukietów i przyozdobiłam jednym z nich stół u sąsiadów na powitanie, gdzie podlewałam kwiatki podczas ich nieobecności. Róże z taniego sklepu rozwijają się pięknie w wazonie i długo radują oczy, w przeciwieństwie do tych kupionych w kwiaciarni, którym pąki potrafią zwisnąć po dwóch dniach. Podobną wspaniałomyślność okazano również w stosunku do świątecznych Mikołajów z czekolady. Niesprzedane egzemplarze można było brać bez opłaty. Wzięłam kilka zastanawiając się, co z nimi zrobić. Mijając podczas spaceru szkołę zapytałam dzieciaki czy interesują je czekoladowe Mikołaje. Propozycję przyjęto z en­tuzjazmem. Kiedy rozdawałam łakocie czułam na sobie podejrzliwy wzrok wychowaw­czyń. Mogłam przecież być damskim pedofilem.

Na tym nie kończą się przyjemności. W sklepie można nabyć świeże pieczywo, chrupiące bułeczki, smakowite croissanty i kilka rodzajów chleba z przyrumienioną skórką, prosto z pieca, pachnące i za bezcen. Czasem odkrawam piętkę z jeszcze ciepłego bochenka, smaruje masłem, posypuję solą i delektuje się jak najwspanialszym delikatesem. W modlitwie Ojcze nasz prosimy: „chleba nszego powszedniego daj nam dzisiaj”. Nasze modły zostały wysłuchane. Czasem wchodzę do sklepu tylko po to, aby poczuć urzekający zapach świeżego chleba.

Niech żyją tanie sklepy!

Marzec 2018 r.

Teresa Urban

Lämna ett svar