Święto Służby Bezpieczeństwa

0
sb_2014.17

Stół był suto zastawiony polskimi produktami. I widać od razu było, że gospodarz jest zwolennikiem rodzimej żywności, bądź nie jest sympatykiem towarów zagranicznych. Wokoło stały puste krzesła a przed nimi tekturowe, ozdobne tabliczki; Marszałek, Senator, Minister, Wojewoda czy Prezydent Miasta. Emerytowany Oficer Służby Bezpieczeństwa usiadł na honorowym miejscu, spojrzał na krzesła, tabliczki z nazwami stanowisk i odsunął od siebie pusty talerz. Po chwili zaczął mówić w stronę Ormowca, który siedział po drugiej stronie wezgłowia stołu.

– Najważniejszym osiągnięciem Służby Bezpieczeństwa w Polsce Ludowej był dzień 31 sierpnia – data podpisania Porozumień Sierpniowych i moim zdaniem, dzień ten powinien stać się naszym nowym świętem, bo… zresztą co ci będę mówił jak ty sam to dobrze pamiętasz, zbieraliśmy się w Klubie Gwardii 7 października, czyli w dniu powołania naszej instytucji przez Polską Krajową Radę Narodową, stoły zastawione, każdy pod krawatem, kwiaty dla funkcjonariuszek, upominki dla funkcjonariuszy, medale, odznaczenia, wspólne zdjęcia, najznakomitsi aktorzy recytowali poezję rewolucyjną, znane piosenkarki śpiewały swoje największe przeboje, poeci pisali poematy dla nas i na koniec orkiestra stawała na podium i bal do białego rana… dzisiaj nasze dawne święto zostało oficjalnie zniesione a pamięć o nim, jakby szybko odchodziła w przeszłość… i wielu kolegów już prawie otwarcie mówi, że szanse na reaktywowanie tego co było kiedyś, maleją i maleją.

Wygasały ogniska i nisko nad ziemią snuł się rzednący dym. Odchodził powoli w stronę lasu. Potykał na wysokich miedzach, nieco wtedy kłębił i tam dalej zanikał. W powietrzu czuć było nadal zapach spalonego jałowca. Ormowiec patrzył na Oficera smutnym wzrokiem, zezował trochę na swój pusty talerz i wyglądało na to, że też nie miał ochoty jeść. Ubrany był w dawny mundur, miał białą koszulę i starannie zawiązany krawat.

– Ja miałem prawie takie same osiągnięcia jak ci z Wybrzeża i mogę każdemu uczciwie spojrzeć w oczy oraz przedstawić konkrety… co prawda, prawie wszyscy byli później oczyszczeni przez Sąd Lustracyjny, ale on był w praktyce tylko Czyścicielem Szamb a nie żadnym Sądem… spod mojej ręki wyszło sześciu senatorów wolnej i demokratycznej Polski, więc jeżeli chodzi o senatorów, to ja mam nawet o jednego więcej od tych z Wybrzeża… spod mojej ręki wypuściłem trzech ministrów, którzy zasiadali w rządach wolnej i demokratycznej Polski, najwięcej w tym pierwszym rządzie po częściowo wolnych wyborach… tak, że w tym wypadku to mam z Wybrzeżem remis… posłów do Sejmu wolnej i demokratycznej Polski to już przestałem liczyć, bo to poszłoby w dziesiątki… tutaj też jest praktycznie na remis z Wybrzeżem i powiem otwarcie, Wybrzeże ma się za coś lepszego i chwali się cały czas praktycznie tym jednym nazwiskiem, że on miał takie stanowisko jakie miał, że spotykał się z takim i takim prezydentem, że przemawiał to tu to tam, ale ja nie mam kompleksów i uważam, że dobrze wypełniałem moją misję służenia demokracji socjalistycznej, tak zresztą jak i służyli ci, których do współpracy werbowałem.

Zabębnił delikatnie palcami po stole.

Wiatr od czasu do czasu nadbiegał od strony łąki, falował dołem obrusa i kłębił nad dogorywającymi ogniskami. Rwał na strzępy resztki dymu, zabarwiał się ich kolorem i rozbiegał na boki. I po chwili już nie było widać czy to wiatr strzępił się na resztkach polan wystających z tlących się płomieni, czy to dym wdzierał się w jego jasność i barwił go na gęstą szarość.

– W Sejmie za czasów PRL-u też zasiadali moi ludzie, których ja werbowałem, by służyli demokracji socjalistycznej, ale było ich zdecydowanie mniej niż mamy to dzisiaj w Sejmie Polski demokratycznej i wolnej… a z Senatem to jest jeszcze gorzej, zwłaszcza w jego Prezydium… i za tą moją dobrą pracę chcą mi zmniejszyć emeryturę i to ci co ich na te stanowiska praktycznie wypromowałem a do tego cały czas podwyższają sobie pensje i diety poselskie… mi chcą odebrać odznaczenia ci moi dawni współpracownicy a sami coraz więcej odznaczeń sobie nadają… wiele lat zajmowałem się tym, czym zajmowałem, więc doświadczenie mam duże i szczerze mówiąc to jedynym opozycjonistą, który robił to dla idei a nie dla pieniędzy, był Janusz Sobczak z Kalisza, mieszkający na ulicy Długiej, wszystko robił za darmo, sam kupił farbę i sam malował hasła; Precz z Komuną, Precz z ZSRR, dostał wyrok odsiedział i do nikogo o grosz się nie zwrócił, inni jeszcze przed aresztowaniem kasowali kasę a on nawet nie wystąpił o przyznanie mu Statutu Pokrzywdzonego, ja nawet mówiłem jednemu z poczerwcowego Sejmu, który zasiadał tam praktycznie dzięki mnie, dajcie mu chociaż jakieś odznaczenie czy medal, wy sobie nadajecie mimo, że byliście w większości jedynie farbowanymi lisami, ale on machnął mi prze oczami oczyszczającym Wyrokiem Sądu Lustracyjnego i odchodząc powiedział przez ramię, pocałuj mnie teraz w d… niedługo będę ministrem.

Ta igraszka wiatru nad ogniskiem musiała wywoływać skojarzenia z podobnymi pląsami wiatru z dymem w przeszłości, bo Oficer zapatrzył się, zamyślił i po chwili zaczął mówić.

– Jak patrzę na ten dogasający ogień i ten wiatr wybierający spomiędzy polan resztki popiołu, to widzę twarz Marszałka, twojego dalekiego krewnego… spotkaliśmy się też nad takim ogniskiem, on kręcił się tam trochę podpity z innym twoim krewnym, który też był w ORMO… kręcił się, podrzucał jakieś mokre polana, chociaż wiedział, że one i tak się nie będą paliły, trochę dmuchał tam gdzie się jeszcze coś tliło i zezował w moją stronę… później niby odchodził, niby się żegnał ze znajomymi, ale po chwili wracał i grzebał coś w trawie, jakby czegoś szukał albo coś zgubił i znowu zezował w moją stronę, ten twój krewny z ORMO robił też mniej więcej to samo, więc ja w końcu podszedłem do niego i mówię; za tydzień albo dwa znowu będziemy smażyli tutaj kiełbaski nad ogniskiem, jak chcesz przyjść to przyjdź… podałem mu na karteczce numer telefonu, zadzwoń do mnie to ci podam konkretną datę i godzinę.

Popatrzył uważniej na Ormowca.

W dalekim horyzoncie zygzak błyskawicy zajaśniał i znikł. Po chwili nadbiegł odgłos grzmotu. Taki głucho dudniący, że przypominał chrobot kół wozu na bruku. Wiatr nagiął krzaki dzikich róż odsłaniając stojącą tam jakąś osobę, która od razu przykucnęła. A zza kępy czarnego bzu wyjrzała na chwilę jakaś inna głowa.

– I on prawie od razu zadzwonił do mnie, więc dla mnie było to jasne, że na współpracy mu zależało… powiedziałem, żeby napisał mi jakich ma kolegów na studiach, gdzie się spotykają o czym rozmawiają i jakie mają plany na najbliższą przyszłość, to on mi to wszystko szybko i bardzo obszernie opisał, styl miał słaby i robił błędy stylistyczne, ale czuć w tym było żar zapału… służbowo przeniesiono mnie na jakiś czas do Trójmiasta i on też się tam w każde wakacje zjawiał… pracował dobrze, więc kazałem mu wypłacić pierwszą nagrodę, pamiętam dobrze z jaką radością on złapał te pieniądze, jak chuchnął w nie a potem od razu pobiegł do pierwszego, prywatnego salonu z odzieżą zagraniczną na Wybrzeżu i po chwili wyszedł z drogim swetrem w ręku, granatowym z białym, poprzecznym pasem… starał się bardzo, był prawie tak oddany sprawie jak ten słynny oficer Armii Czerwonej na Syberii, co leżał na stole operacyjnym, ale gdy usłyszał głos trąbki dowódcy, to kazał wybudzić się z narkozy, siadł na konia i ruszył przeciwko wojskom białych, więc mu dobrze płaciłem… po jakimś czasie wezwałem go na następne pieczenie kiełbasek nad ogniskiem i mu zaproponowałem wyższy szczebel kariery, powiedziałem mu; dostaniesz od nas pieniądze, dobierzesz zaufanych kolegów i założycie organizację opozycyjną na Uniwersytecie, żeby nie powstała czasem jakaś organizacja niekontrolowana przez nas, bo to mogłoby być politycznie niebezpieczne… on dobrał sobie kilku kolegów, ja dałem im powielacz oraz papier i po miesiącu on mi już przysłał niezależne pisemko opozycyjne… na pierwszej stronie duży tytuł, „PRECZ Z KOMUNĄ !” podpisany jego inicjałami… po jakimś czasie dałem mu adres naszego człowieka w Monachium i po paru tygodniach już stamtąd słyszałem pochwały pod jego adresem za patriotyczną postawę, nieprzejednanie w walce z totalnym ustrojem i wysoki intelektualny poziom niezależnego pisma.

Popatrzył na kilka kopert z nadrukiem; ZAPROSZENIE – wetkniętych między dwie butelki piwa.

Następny ognisty zygzak przeorał daleki nieboskłon i pokazał się jakoś tak nisko nad ziemią, jakby właśnie w niej powstał a później uwolniony przez jakieś nieznane siły, wyrwał się ku górze.

– Wybuchły strajki na Wybrzeżu, na które on mówił; srajki a nie prawdziwe strajki, gdyż zwykli ludzie po prostu się bali… dostałem polecenie służbowe, żebym poszedł do Stoczni i miał baczenie na naszych ludzi, którzy przyjechali z Warszawy by przejąć kontrolę nad strajkującymi, to on mi zaimponował… udzielał wywiadów zagranicznym mediom, krzyczał prawie cały czas PRECZ Z KOMUNĄ czy PRECZ Z CZERWONYMI… spotkaliśmy się w ubikacji, bo to najlepsze miejsce w sumie i ja mówię, dam ci pieniądze jak potrzebujesz a on się zaśmiał i wyciągnął garść dolarów z kieszeni… a po tym szybko wyszedł, stanął na mównicy i po raz kolejny pokazał z jakim zapałem i oddaniem nam służył, bo zaczął krzyczeć ROZWALIMY KOMUNĘ oraz DAMY POLAKOM WOLNOŚĆ !… on wykrzykiwał głośno i publicznie to co ludzie bali się mówić po cichu, bo wiedział, że my stoimy za nim, więc nic mu nie grozi i był Prawdziwym Bożyszczem Tłumu… jak szedł do strajkujących to oni ze łzami w oczach dziękowali mu za przemówienia, ściskali a kobiety całowały go po policzkach.

Wykrzywił usta i pokręcił lekko głową.

Burza nadciągała powoli, jakby z oporami albo bez większego wewnętrznego przekonania. Wiatr co prawda nie próżnował i jak wpadał w olchy rosnące nad strumykiem, to chwilami z taką siłą jakby chciał je z korzeniami powyrywać a później puszczać w dalekie loty, by rozpierzchały się w jego podmuchach na wzór nitek babiego lata.

– Generała Wojciecha Jaruzelskiego można sądzić tak i siak, on jednak wiedział, że w zarządzie Solidarności było dużo naszych ludzi oraz, że to co oni mówili, to było prawdziwe oszukiwanie prostych ludzi i uczciwych robotników… spotkałem go w miesiąc czy dwa po wprowadzeniu stanu wojennego, on miał kieszenie pełne obcej waluty i oficjalnie ukrywał się przed tropiącymi go dniem i nocą ZOMO-wcami, ale z tego co mi szeptał, to wynikało, że bardzo mu zależało, żeby na miesiąc czy dwa trafić za kratki… ja jednak już go nie prowadziłem, więc nie chciałem się w czyjeś kompetencje mieszać… gdybym go nadal prowadził, to bym mu mógł załatwić internowanie, tak jak to zrobiłem dla kilku innych… dzisiaj mówią Daliśmy Wam Wolność, coś takiego niewymiernego, tak jak ksiądz z ambony mówi, będziesz posłuszny, pokorny to dusza twoja pójdzie do nieba… te argumenty o Wywalczeniu Wolności, to mniej więcej to samo.

Na dalekim nieboskłonie natura jakby chciała zaprzeczać sama sobie. Jakby burza chciała burzować osobno a wiatr wiać wyłącznie na własną rękę, bo gdy jedno nacierało to drugie jakby odchodziło, jak grzmoty się nasilały to wiatr cichł a jak niebo rozjaśniało się w pęknięciach ołowianych chmur, to wiatr zrywał się jak z kopyta i rwał garściami liście z topól, które nawet nie zaczęły żółknąć. Ten za krzakami dzikich róż nie miał łatwo. Przy silnych porywach kucał, ale przy bardzo mocnych, to prawie kładł się na ziemi, by być niewidocznym. Schowany za czarnym bzem miał trochę lżej, bo były one wyższe i łatwiej było przytrzymywać je ręką przed własną twarzą.

– Poszedłem później na rozprawę do Sądu Lustracyjnego i myślałem, że się wyrzygam… twarz czerwona, spocona, ręce roztrzęsione… spotkaliśmy się wzrokiem i on od razu aż zburaczkował czy prawie sfioletował na twarzy, coś jak pijący nałogowo denaturat… jak on tam kłamał, jak się zapierał wszystkiego, bił się do tego w piersi jakby przysięgę diabłu chciał składać… to jest twój daleki krewny, więc nie będę używał dosadniejszych słów.

Pokręcił zaprzeczającą głową.

Wiatr i burza jakby podali sobie rękę na zgodę i wspólnie przystąpili do pracy. Nisko zawieszone chmury, które miały taki ciężki, wilgotny marsz, wyraźnie nabrały animuszu. Do tego wiatr zaszedł je z tyłu i zaczął silnie popychać, że chwilami przechodziły w galop czy taki kłus lekkiej kawalerii. I widać było jak szybko zbliżała się ściana deszczu.

– Oni beze mnie byliby nikim, przecież zdecydowana większość z nich nie miała szans na dobre życie, bo słabo się uczyli i nie byli w stanie pokończyć dobrych studiów… z tym twoim krewnym było też tak samo, zaczął historię, bo tam przyjmowali praktycznie każdego, trójkowi z gimnazjum bywali tam często prawie prymusami… powtarzam, dzięki mnie doszli do władzy i stali się ważnymi osobami w demokratycznej Polsce a dzisiaj co ?… sam widzisz, sami siedzimy przy stole i żaden z nich nie przyszedł, chociaż do wielu wysłałem Zaproszenia, do wielu dzwoniłem i przypominałem… nikt z Sejmu nie pofatygował się, jak widzisz Senat też nie jest przy naszym wspólnym stole reprezentowany i brakuje ministrów, marszałków województw i wojewodów, nie wspominając o niższych szarżach… zadzwoniłem do Marszałka i podałem mu jego pseudonim, pod którym pisał dla mnie donosy, to on od razu rzucił słuchawkę, więc jakbyś nie był moim długoletnim kolegą, to bym powiedział więcej gorzkich słów na tego twojego krewnego… rozmawiałem kilka dni temu z moim kolegą ze Służby Bezpieczeństwa, to też bardzo narzekał, wypromował Wojewodę demokratycznej, wolnej Polski, mającym status Pokrzywdzonego przez Reżim Komunistyczny i tamten nie chciał z nim w ogóle rozmawiać, gdy on poszedł w jakiejś sprawie do Urzędu Wojewódzkiego… słów brak na taką niewdzięczność.

Sapnął przeciągle przez nos.

Nadbiegły krople deszczu i zabębniły głucho na pustym, drewnianym podeście, na którym w Święta Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa występowała śmietanka aktorska, gwiazdy piosenki i znani literaci. Następne krople burzy, niczym tyraliera wodnych żołnierzy, podbiegły bliżej i zaczęły z trzaskiem rozbijać się o blat stołu. W świetle błyskawic widać było ich białe rozbryzgi. Pod ich rażący ogień karabinowy, poszedł półmisek z jarzynową sałatką. Wiatr zerwał z niej ozdobne listki pietruszki i czerwone skrawki papryki a deszcz dziurawił głęboko aż pryskał na bok majonez. Ten zza krzaków dzikiej róży dał sobie już chyba spokój ze świętowaniem Święta Służby Bezpieczeństwa – Podpisanie Porozumień Sierpniowych, bo chyłkiem wycofywał się w stronę olch nad strumykiem. Deszcz uderzał z ukosa w butelki Żubrówki z zieloną trawką w środku czy Wyborowej i wtedy było widać jak krople szybko ześlizgiwały się w dół i rozlewały niesymetrycznie wokoło każdej z nich. Traciły swoją konsystencję plastry pomidorów, czerwony miąższ oddzielał się od zielonkawych pestek i zniekształcały zaokrąglone kształty. Z cienko pokrojonych ogórków wypływały białe pestki i unosiły na wierzchu napełniającej półmiski wody.

Podeszły też bliżej błyskawice i na grzmoty również nie trzeba było już czekać. Następował jasny, kłujący oczy błysk i od razu ostry trzask grzmotu. Większość piorunów uderzała z niska i prawie pionowo, że odnosiło się wrażenie, jakby ten bliski skrawek horyzontu rozłupywał się na połowy, które jednak prawie od razu zrastały się ponownie. Talerze z zupą grzybową i czerwonym barszczem napełniały się szybko i zawartość poprzez brzegi wylewała na obrus. Podchwytywał to od razu świszczący wicher i zabierał ze sobą. Widać było jak jeden talerz po drugim zsuwał się ze stołu a za nimi podłużne, rwane krople rzadkiej zupy. Zsuwały się też półmiski z plastrami szynki, boczku i salcesonu.

Od strony lasu nadeszła jakaś postać popychana wiatrem i rozmazywana przez ścianę deszczu. Pomiędzy jednym uderzeniem pioruna a następnym widać było trochę jego twarz. Prawdopodobnie był to Marszałek. I chyba miał na sobie ten dawny sweter z poprzecznym pasem, który kupił w pierwszym prywatnym salonie odzieżowym na Wybrzeżu. Przytknął dłonie do ust i zaczął coś krzyczeć. Świst wiatru był jednak tak duży, pogłos grzmotów ciągnął się i ciągnął, że nie słychać było dobrze słów. Wyglądało jednak na to, że i on zachowywał się tak samo nieuczciwie i nikczemnie jak większość agentów z władz Solidarności czy rządu Pierwszego Poczerwcowego Premiera, czyli zaczął wszystkiemu zaprzeczać. Dolatywały jego pojedyncze, niewyraźne słowa;… nie byłem agentem… Sąd Lustracyjny… A by być bardziej wiarygodnym, to trzymał w ręku jakiś obrazek, chyba z wizerunkiem świętego a być może miał i zawieszony różaniec na swetrze. Ziemia była rozmokła, bardzo grząska i on zapadał się głęboko. Przy niektórych krokach prawie po kolana. Nie zważał jednak na nic i dzielnie walczył o Swój Honor i Swoje Dobre Imię. Zdaje się, że krzyczał iż Sąd Lustracyjny go uniewinnił albo jak dotychczas tego jeszcze nie zdążył zrobić, to szybko zrobi i on tak samo jak i jego koledzy-agenci i koleżanki-agentki, będzie oczyszczony.

Butelki z wódką zaczęły przewracać się jedna po drugiej. Te zakorkowane turlały się szybko i szybko znikały za krawędzią stołu. Z tych z poodkręcanymi nakrętkami wylewała się zawartość i one skręcały się na boki a nieraz i obracały dookoła własnej osi, zanim spadły w dół. Ściana deszczu jakby zatrzymała się w miejscu, że wzrok prawie od razu grzązł w niej nie dosięgając drugiego końca stołu.

Postać- chyba Marszałek, podeszła bliżej, pomachała w powietrzu tym co trzymała w ręku i chyba zawołała… wywalczyłem wam Wolność ! Przy tym jakby wskazała we własną pierś i zaczęła się wycofywać. Ten sweter miał biały pas na piersiach i plecach, więc siedzący przy stole dobrze nie widzieli, czy on odchodził przodem czy tyłem.

Między jednym a kolejnym grzmotem słychać było uderzenia zegara na pobliskim kościele. Wydzwaniał północ. Skończyła się ważna, historyczna rocznica demokratycznej, wolnej Ojczyzny. Stół był dokładnie pusty i siedzący zaczęli unosić się ze swoich krzeseł. Po chwili ruszyli w stronę rzeki, nad brzegiem której był kiedyś Klub Gwardii. I gdzie każdego roku siódmego października obchodzono uroczyście Święto Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa. I gdzie występowali wybitni artyści a znani literaci przychodzili z gratulacjami. Nie odeszli jednak daleko, bo Emerytowany Oficer przystanął, pomyślał chwilę i zawrócił. Ormowiec też się zatrzymał i patrzył jak tamten przesunął nogą wazę z resztkami grzybowej zupy i garnek z gorącymi parówkami a później podniósł z ziemi duży, porcelanowy półmisek na którym wcześniej były plastry zimnych mięs ozdobione listkami sałaty, pietruszki i plasterkami papryki. Wytarł go trochę rękawem i postawił na środku pustego stołu. A później zdjął swoje stare buty z deputatu i postawił na półmisku.

Ściana deszczu nie rzedła. Emerytowany Oficer podszedł do Ormowca, poklepał go po ramieniu i zaczęli iść w stronę rzeki. Mrok gęstniał i deszcz nie ustępował. Tak, że odchodzące postacie szybko stały się tak niewidoczne, jakby ich w ogóle tutaj nie było.

Jerzy Marciniak

Tekst z roku 2006

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer