Dym z komina sąsiada

0
man-159771_1920

Gdy nadchodzi święto Midsommar, rodzi się ruch wyglądający na pospolite ruszenie. Szwedzi znikają z miast, zanurzają się swoje lasy, stawiają na polanach umajone słupy w kształcie litery „T”, poczem trzymając się za ręce tańczą wokół razem z dziećmi, śpiewając o małych skaczących żabkach. Infantylizm? Po stokroć nie! W zagłębieniach leśnych kotlin, nad jeziorami i wśród skał odnajdują bezcenny skarb, kontakt z naturą i własną tożsamość.

Jeszcze na początku ubiegłego stulecia żywa była, na dalekiej północy ale nie tylko tam, tradycja i niepisany obyczaj, że nowopoślubiona para budowała swój dom, swoje nowe wspólne życie w na tyle odległym miejscu, żeby nie było widać dymu z komina sąsiada.

Są również wolni od służebności. Być może dlatego, że w ich historii nie było pańszczyzny. Szwedzki chłop być wolny, szedł do armii z królewskiego prawa dziesięciny, ale służył w „swoim” regimencie. Podobnie gdy szedł w niedzielę do „swojego” Boga nie padał na kolania, nie chlipał Jezusowi w rękaw, patrzył na krzyż i odmawiał swoje Fader Min.

Baronowa de Stael, podróżująca stale po Europie w ramach protestu przeciw polityce cesarza Napoleona, pisała w swoim pamiętniku o podróży po Polsce: „W Polsce, zgodnie ze zwyczajem, kiedy człowiek z ludu spotyka Pana, podejmuje go pod kolana. Nie sposób zrobić krok na wsi, żeby kobiety, dzieci, starcy, nie witali was w ten sposób”.

***

Szwedzki stolarz w robotniczym kombinezonie, odziany w garnitur wygląda tak szlachetnie, że mógłby uchodzić z powodzeniem za członka Królewskiej Akademii Literatury. Pociągła twarz, wąsko sklepione czoło, długopalce wąskie dłonie, szlachetne rysy twarzy. Tak powinien wyglądać profesor uniwersytetu, a nie stolarz!

Szwedzi są jeszcze stale narodem stosunkowo czystym genetycznie, sprawiając tym złudne pozory inteligencji, gdyż ciagle żywy jest zwyczajowy pogląd, że rasowy intelektualista ma być smukły, wiotki i ascetyczny. Słowiański model genetyczny temu zdecydowanie przeczy, przysadzisty laureat Nagrody Nobla z literatury, osnuty lirycznymi mgiełkami poeta z Czech Jarosław Seifert, wyglądał jak stu stolarzy!

O piękności kobiet nie ma co mówić, najwyższa półka. Gdy idą sprężyście nadmorskimi alejami tak jasne, że przejrzyste, a piersi sterczą im jak oznaki za sprawność fizyczną, podobne są  świetlistym kometom.

***

Moja najwcześniejsza „szwedzka” pamięć sięga roku 1971. Spędziłem wtedy dwa miesiące w Göteborgu i w pamięć zapadła atmosfera poranków. Moim gospodarze wychodzili wcześnie rano do pracy i zostawałem sam. Pozornie sam, bowiem towarzyszyło mi radio. Kompletnie niezrozumiały głos coś do mnie mówił, śpiewał, śmiał się. Nie rozumiałem nic, jednej sylaby. Wsłuchiwałem się w pauzy i niespodziewane westchnienia, otaczał mnie potok chwilami zgrzytliwych niezrozumiałych dźwięków. Mistykę tych poranków pamiętam do dziś, bowiem byłem przekonany, że przegrałem. Tego się nie nauczę nigdy, po prostu niemożliwe, to wykracza poza możliwości mojej kory mózgowej!

Zrobiłem kiedyś eksperyment, używają do tego znajomych Szwedów i Polaków. Otóż w czasie rozmowy skracałem nieznacznie dystans między nami i obserwowałem reakcje. Okazało się, że skrócony dystans, który zupełnie nie przeszkadzał Polakom, sprawiala Szwedom niewygodę. Starali się cofnąć, stanąć bokiem, słowem odsunąć na większa odległość.

***081

Wracając z Norwegii zatrzymał się, już po szwedzkiej stronie, żeby coś zjeść, a rok był 1979. Przy stoliku obok siedziało przy piwie paru starszych Szwedów i pewnie nie zwróciłby na nich uwagi, gdyby nie usłyszał, że człowiek opowiada o swoich wojennych przeżyciach. Nastawił uszu. W 1943. został zmobilizowany do służby wartowniczej i stał na granicy szwedzko-norweskiej. Norwegia, przypomnę, była pod niemiecką okupacją. Więc stał na warcie, a kilkadziesiąt kroków od niego widział niemieckich żołnierzy. Widzieli się doskonale nawzajem i on ryzykował wiele – Oni mogli w każdej chwili zacząć do mnie strzelać! Przy stoliku zaległa pełna zrozumienia cisza.

Pomyślał sobie wtedy – Boże jakże wam zazdroszczę! Czy może być coś cudowniejszego, jak mieć takie wspomnienia z najokrutniejszej wojny, jaka przetoczyła się przez Europę?

Wojna, paskudna Druga Światowa Wojna zaczęła się, gdy Szwecja znajdowała się w pełnym biegu realizacji wielkiej przebudowy państwa. Wprowadzano prawa chroniące ludzi pracy, powszechną służbę zdrowia i wiele więcej fundamentalnych zmian. Szwedzi nie mieli w tej wojnie nic do roboty, ani terytorialnych roszczeń, ani politycznych potrzeb, ani interesów do załatwienia. Budowali pełna parą zręby na wskroś nowoczesnego państwa, gdy w Europie wybuchła nagle staroświecka wielka wojna. To nie była ich wojna i szczęśliwym zbiegem losu, bez własnych w tym względzie zasług, zostali w śmiertelnych zmaganiach narodów Europy z nazistowskimi Niemcami oszczędzeni.

Wiele powodów mogło wpłynąć na decyzję Hitlera, iż zostawia Szwecję w spokoju. Hitler uważał rasę nordycką za ideał „rasy panów”, a izolowany na półwyspie skandynawskim naród wykształcił typ urody, który mu się tak kojarzył? Może potrzebny był mu jeszcze jeden, poza Szwajcarią, kraj bez wojny, służący ku prowadzeniu politycznych gier? Może uznał, że Szwedzi będą lepiej dla niego pracowali jako ludzie wolni, niż pod okupacją, a bardzo potrzebował ich stali i łożysk? A może zostawił ich w spokoju, bo zostawił? Szwecja nie stanowiła dla Hitlera żadnego niebezpieczeństwa.

Gdy wreszcie wojna dobiegła końca i Europa lizała rany, Szwecja rozpędzona gospodarczo rozkwitała. Rząd świadczył pomoc krajom dotkniętym ruiną, ale w świadomości intelektualistów, szczególnie starszego pokolenia, tkwiło poczucie winy, rodzaj kompleksu II Światowej Wojny. Mieli przykrą świadomość, iż Szwecja a szczególnie jej obywatele, byli zbyt pasywni, że nawet w koniecznej grze ustępstw by zachować niepodległość, mogli pokazać więcej charakteru. Przykładowo, rząd pod niemieckim naciskiem zezwolił na transport sprzętu wojennego przez terytorium Szwecji do Finlandii. Przykra, ale wymuszona troską o bezpieczeństwo państwa decyzja rządu. Ale że przez cały ten czas nie znalazł choć jeden, który by podłożył na torach, którymi mknęły niemieckie czołgi, amunicja, wojsko i co tam jeszcze na fiński front, choć źdźbła słomy, to już wstyd.

***

Co w człowieku najgłębsze, co w nim najważniejsze i centralne? Nie poglądy i nie przekonania, nie przeżycia religijne i nie charakter, nie temperament i nie przyzwyczajenia. Co więc?

Otóż najważniejszy w człowieku jest ton. Ton, jakim odzywa się potrącana kolejami losu dusza. Czasem zabrzmi czysto, jak dźwięk szlachetnego kryształu, czasem zgrzytnie jak paznokieć po szybie, czasem jęknie pękniętą struną i dźwięknie głucho, a czasem zabrzmi niczym. Ton. Ton jaki wydaje dusza mówi o człowieku najwięcej, mówi wszystko.

***

Gdy umarła mu żona, uznał to za zdradę. Nie żony, nie, zdradę Boga. To nie było w porządku, że mu ją wziął, to była boska niesprawiedliwość. Może on w ogóle nie lubi ludzi? Zabrał mu ją, a przecież musiał wiedzieć, podobno wie wszystko, że bardzo ją kochał. To jaki z niego Bóg miłosierny?

Poruszony przyciskał do piersi urnę z jej prochami i wszys16cy się na niego gapili. W końcu podniósł głowę i wszyscy zamilkli myśląc, że wdowiec wygłosi mowę, ale on powiedział tylko – No i proszę. Co z niej zostało? Potem westchnął, uniósł głowę ku niebu i dodał cicho – I jaki masz z tego zysk, że umarła?

Gdyby był poetą, napisałby wiersz o przemijaniu, o duszy i co w niej, albo nokturn jakiś, bo taka jest mistyka liryki. Szukać znaczeń, których niema i nigdy nie było, choć gdzie nie spojrzeć krążą bezpańskie i gotowe do wymyślenia. To o twardości katolickich murów, to o mistyce uczepionej  brzeżka mądrości, to o starej windzie Graham Brothers, to o poetach niuświadomych, że gdy się życie kończy pierwsze umierają samogłoski, to o starcach i dzieciach, co mają dusze większe od ciał. Poeci powinni o tym koniecznie pamiętać, gdy napierają rządne sławy przymiotniki.

Co po nas pozostanie, co po mnie? Dumał przy herbacie. Pozostaną muzea śrubokrętów, lokomotyw i armat, oraz maszyna do pisania Remington Portable. Dzieciom, ponieważ nie wiedzą, co to kleks, należy wybudować Muzeum Atramentowych Plam, a piętnastowatówce Osram, co choć zżółkła nie chce się przepalić, też!

Bóg wziął i zredukował życie z dziewięciuset do stu lat, bo pozazdrościł. I udaje. Jak na Boga udaje zdecydowanie za dużo. Filozofa udaje, profesora, podszywa się pod emeryta, stwarza pozory że poetą jest, księdza podgrywa. No i dobrze, jego sprawa, rzecz w tym, że nie wszystko mu wychodzi. Śmierć mu nie wyszła. Przedobrzył albo nie dodał czegoś i teraz patrzy zawstydzony, co narobił, bo nie wie jak śmierć przerobić, żeby się nadawała do życia.

***

Filozofowie starszej daty uważają, że do legend powinno się podchodzić z szacunkiem większym, niż do podręczników historii. Legenda zazwyczaj odzwierciedla życie ludzi z jakiejś wioski, historię zaś pisze najczęściej wioskowy szaleniec.

Szwecja to trochę kraj baśni a jej historia legendą, sagą o przyjaznych ludziom lasach. Jest w tym jakaś ponadczasowa mądrość, czysta mistyka świata Harry Pottera pomagająca zachować zdrowie na umyśle. Mistyczny świat legend gdzie, o ironio, ciągle się walczy, łagodny jest i bezpieczny. Powinno nam to wystarczyć, jesteśmy w końcu tylko APami, Animatorami Przeciętności.

Andrzej Szmilichowski

 

 

 

 

 

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer