Huknęło w bagno
Jedno ziarenko zawiera miliony drzew, jedna cela ludzkiego ciała ma bardziej skomplikowaną budowę niż komputer, a składamy się z miliardów cel o specjalnych kompetencjach. Jak to możliwe, żeby fantastyczny aparat jakim jest ludzkie ciało, a szczególnie mózg, powstał z paru martwych molekuł na plaży, w którą walnął przypadkowy piorun?
Mało prawdopodobne, choć przy ogromnej przestrzeni czasowej i wielu zbiegach okoliczności możliwe. Ale jak materia miałaby wyprodukować to, czym naprawdę jesteśmy, skąd się wzięła świadomość? Coś tak niematerialnego jak świadomość, miałaby powstać z czegoś tak nieświadomego jak materia? Piorun walnął w szczypiorek i już? Huknęło w bagno i mamy Sokratesa, Szekspira, Einsteina? Błyskawica walnęła w skład złomu i wyjeżdżamy Mercedesem? W jaki sposób tak niepoliczalna ilość informacji jaką zawiera żywy organizm, mogła powstać z martwej materii?
Człowiek od swojego zarania intuicyjnie wierzy w coś wielkiego, a nie rozumiejąc „tej inteligencji” nazwał ją Bogiem. I tak Wikingowie mają Walhallę, Grecy bogów na Olimpie, Hindusi Krishnę, Islam Mahometa, Żydzi Mesjasza, Chrześcijanie Jezusa. Człowiek zawsze tęsknił do czegoś większego i mądrzejszego od siebie, stąd szacunek dla proroków i geniuszy. Jednocześnie jednak budzi się zaduma, że my, ludzkość, możemy być jakoś niedokończeni. Jesteśmy bardziej tchórzliwi jak bohaterscy, bliżej nam do mniejszej mądrości jak większej, chwiejni jesteśmy, niepewni, nieodporni, łatwi do zranienia i ukatrupienia.
Świat ulega ciągłym przemianom i nie ma pewności czy na lepsze, zmienia się również nasze o nim pojęcie oraz my sami. Wszechświat coraz mniej przypomina wspaniałą i precyzyjną, ale tylko maszynę, a coraz bardziej oszałamiającą ideę, w której wszystko ma ze sobą związek i nic nie dzieje się przypadkiem. Natomiast człowiek z mozołem i trudem ale zdobywa przekonanie, jak długa jeszcze przed nim droga aby wyjść na prostą, znaczy poza wszystko to, co dziś rozumie.
Koncepcja, że ziemska egzystencja jest snem a śmierć przebudzeniem, znana już była przysłowiowym starym Grekom, bardzo szanowanym za ich czasów jak i dziś filozofom Hellady. Wśród współczesnych powracał do tej myśli wielokrotnie C.G. Jung i inni. W sumie wiemy bardzo niewiele, a to pozwala nam na komfort swobodnego poruszania się w świecie śmiałych hipotez. Jak na przykład „syndrom uwięzienia”, klasyczne klaustrofobiczne odczucie zamknięcia duszy w czterech wymiarach.
Jednym bliski jest koncept traktowania ziemskiej egzystencji duszy jak więzienia, swoistego domu szaleńców, miejsce pokuty gdzie dusza została wysłana, aby poprzez cierpienie uzyskać oczyszczenie. Inni wierzą w starą jak sam świat koncepcję, że życie w materii jest szkołą dla duszy, aby popróbowała sił w materialnym istnieniu. Tę koncepcję: wina, kara, cierpienie, na końcu uwolnienie, głoszą na dobrą sprawę wszystkie religie. Również katolicyzm, podkreślając jednak z naciskiem, że tylko pokora i posłuszeństwo dogmatom oraz kapłanom, może doprowadzić wiernego, po odbyciu kary (Ciągle te kary! Za co? Za istnienie?), do wiecznej szczęśliwości w niebie.
Osobiście bardzo mi się podoba koncept, że dusza dająca nurka w materialny ziemski świat, jest osobną myślą Boga. Że będąc aniołem tęskni do urzeczywistnienia się w postaci ziemskich inkarnacji, a może czynić to tak długo, jak długo ma ochotę na tę przygodę, albo coś do załatwienia. A ponieważ ciągle pojawiają się nowe karmy, zawsze może nadarzyć się okazja nurknięcia w świat ziemskich rozkosznych złudzeń!
Może człowiek jest po prostu boskim okiem? Okiem, którym Bóg łypie w materię? Może Bóg, sam pragnąc rozwoju, wysyła na ścieżki poznania swoje boskie oko w Twojej postaci?
Andrzej Szmilichowski
