Google prawdę ci powie?!

W jakich czasach żyjemy… Aż dziw, że mogliśmy obyć się kiedyś bez komórki, komputera czy Internetu.

Niedawno prysnęła mi na drewniany blat stołu rozgrzana oliwa i nawet po wytarciu jej zostały na powierzchni tłuste plamy. Co robić? Kiedyś zadzwoniłabym do Babci, niezawodnej, jeśli chodziło o praktyczne rady związane z prowadzeniem domu i nie tylko. Dziś rzucam się na Google’a i pod odpowiednim hasłem znajduję mnóstwo porad – mniej lub bardziej skutecznych, ale to w końcu mój wybór, z których skorzystam albo nie. Inna sytuacja: znudziły mi się własne wypieki czy potrawy, więc znowu wchodzę na Google’a – przepisów na dosłownie wszystko, czego zapragnę, jest do wyboru i koloru, tylko zakasać rękawy i szaleć!

Podobnie jest ze wszystkim innym: rad, ofert, pouczeń, przestróg, propozycji jest multum, na wszystkie tematy. Choroby? Ha! To prawdziwe informacyjne Eldorado, zwłaszcza dla hipochondryków – ileż to najprzeróżniejszych objawów można u siebie rozpoznać (czy sobie przypisać…)! Nie mówiąc już o samodzielnym postawieniu diagnozy, która, w konfrontacji ze służbą zdrowia z prawdziwego zdarzenia, niejednemu lekarzowi zjeży włos na głowie. Przyjaciele-medycy nie raz częstowali mnie anegdotami tego typu, kiedy to pacjent podważał wszystkie sugestie czy diagnozy i upierał się przy swoim – bo przerył cały Internet i było, że…

Prawda, że wszystkie te media społecznościowe dokształcają nas, w to nie wątpię, ale też w pewnym sensie ogłupiają. Kiedyś słowo pisane było niemal święte, rzadko kiedy podważano opublikowany tekst. Teraz informacje czerpiemy z Wikipedii, Facebooka, Twittera, Youtuba, Tik Toka, Instagramu, forów dyskusyjnych czy innych stron i aplikacji internetowych – nie sposób wymienić tu wszystkich tych źródeł i portali, umożliwiających udostępnianie informacji, zdjęć, nagrań wideo, itp. O większość z nich nawet nie prosiliśmy, ale wyskakują nam niejako same z siebie (prym wiodą tu reklamy…), więc chcąc nie chcąc klikamy i stajemy się biernymi (albo i aktywnymi) uczestnikami tej interakcji. Wszystko to wpływa na nasz ogląd świata. Ostatnio bardzo aktualne słowo czy pojęcie fejk sprawia, że zaczynamy mieć coraz więcej wątpliwości, komu i w co wierzyć, co jest prawdą czy faktem, a co tymże fejkiem właśnie.  Zalewa nas ponadto fala opinii i sugestii przeróżnych influencerów, których profile społecznościowe mają nierzadko miliony followersów (kolejne modne pojęcia…). Nie bagatelizujmy ich roli, jako że świadomie czy podświadomie ulegamy ich wpływom, podobnie jak niejednokrotnie dajemy się wciągnąć w rozmowy prowadzone via tzw. podcasty. Wszystkie one, dzięki swojemu zasięgowi, skutecznie mogą na nas – odbiorców – oddziaływać.

Nie wszystko to jest z przysłowiowego piekła rodem – wiele z tych portali spełnia z pewnością pożyteczną społeczną rolę, poprzez często przyjazne czy śmieszne treści, dzięki którym ludzie mogą się odprężyć, podumać nad czymś czy po prostu zdrowo się pośmiać. Modne są ostatnio profile zwierzęce, których właściciele, tzw. pet-influencerzy, dzielą się z odbiorcami różnymi zabawnymi sytuacjami czy zdjęciami swojego psa, kota czy innego domowego zwierzaka. Przyznam, że sama założyłam takie konto swojemu psiakowi i z przyjemnością oglądam różne filmiki tego typu. Poza tym któż nie chce się pochwalić swoimi pociechami, nie tylko zwierzęcymi: portale roją się od zdjęć dzieci w najprzeróżniejszych kontekstach. W końcu jesteśmy tylko ludźmi i miło jest przecież podzielić się z innymi użytkownikami Facebooka czy Instagramu fotkami z udanego przyjęcia, koncertu, urlopu czy innych ważnych zdarzeń. Można oczywiście zastanawiać się nad granicą wstawiania prywatnych zdjęć – wydaje się ona z każdym dniem stawać się coraz bardziej płynna, ale to już inna kwestia. Dla mnie samej Facebook jest niezastąpiony, jeśli chodzi o kontakty z dalszą rodziną i przyjaciółmi, rozsianymi po całym świecie. Dzięki temu możemy uczestniczyć – nawet jeśli tylko na odległość – w ważnych momentach życiowych.

Media społecznościowe stwarzają ponadto możliwość zdobycia szerokiego grona odbiorców bez konieczności przynależności do jakiegoś określonego profesjonalnego środowiska, sami odbiorcy zaś mogą zrzeszać się w różne grupy, zyskując tym samym poczucie pewnej tożsamości społecznej – na dobre i na złe. Bowiem nie wszystko złoto, co się świeci: Internet daje nieskończone możliwości rozsiewania również nienawistnych poglądów, hejtów i różnego rodzaju szkodliwej i niebezpiecznej propagandy. Nie chcę tutaj wnikać w te najciemniejsze aspekty owej internetowej przestrzeni społecznościowej, zastanawia mnie tylko jedno: co się stało z dawnymi autorytetami i gdzie się podział (czy kiedy zaczął zanikać) szacunek dla doniosłego wieku i związanej z tym wiedzy, jakim dawniej otaczano ludzi starszych, wykształconych czy po prostu doświadczonych życiowo i przekazujących swoją wiedzę młodszym? Odnoszę wrażenie, że starsi zostają niejako odstawieni na boczny tor, a już szczególnie ci, którzy nie oswoili się do końca z komputerową techniką i nie nadążają za rozwojem cybernetycznego świata. Bo powiedzmy sobie szczerze: niejeden przedszkolak lepiej sobie daje z tym radę niż jego rodzice, nie mówiąc już o dziadkach!

Niezbyt miło jest być branym za dinozaura, zagubionego w internetowym serwisie. Małżonek wrócił parę lat temu sfrustrowany z punktu usługowego, gdzie usiłował zrozumieć, dlaczego potrzebne są mu pewne aplikacje i jak one działają w nowo zakupionym telefonie komórkowym. Młody i miły skądinąd sprzedawca tłumaczył mu co prawda wnikliwie, co, jak i gdzie, używając jednak pojęć z pola znaczeniowego informatyka bardziej niż z płaszczyzny pojęciowej kogoś, komu ten techniczny świat jest całkowicie obcy. Młodzieniec stracił w końcu cierpliwość i odprawił Małżonka z radą: „Jak nie będzie działać, to wnuki na pewno ci pomogą!”. Małżonek mniej się przejął tym, że wyszedł na technicznego analfabetę niż tym, że odesłano go nie do dzieci, ale – o zgrozo! – do wnuków, których w dodatku wtedy jeszcze nawet nie posiadał. Cóż, pamiętam, że kiedy miałam 20 lat, już 30-latek wydawał mi się stary, a wszyscy powyżej 40 stali niemal nad grobem. Przywilejem młodości jest przekonanie, że sami nigdy się nie zestarzejemy…

Wracając do autorytetów, kiedyś przecież bezspornych jako kopalnie wiedzy: ich role przejmuje dziś w coraz większym stopniu chociażby Wikipedia. No i „googlujemy” – na wszystkie tematy. Sama łapię się na tym, że zamiast sięgnąć po któryś z tomów encyklopedii, wchodzę na Google’a – bo i szybciej, łatwiej i – przynajmniej tak sobie wmawiamy – aktualniej. Tak, zmieniły się parametry przekazywania wiedzy. Pamiętam, jak na studiach (mam tu głównie na myśli moje własne, a więc humanistyczne) wykładowcy wbijali nam do głowy „powrót do źródeł” – jako punkt wyjścia do dalszych rozważań, analizy czy wniosków. I jak wydawałam ostatnie grosze na zakup książek, które nadal są dla mnie cenne, ale które pewnie przeżyją mnie akurat na tyle, aby wylądować na wysypisku… Jako długoletni wykładowca akademicki śledzę też metamorfozę kategorii nauczyciel-student. Do dziś pamiętam, jak na wykładach notowaliśmy skwapliwie każde słowo płynące z naukowej ambony. Dzisiaj nastąpiło klasyczne odwrócenie ról: wykładowca już dawno zszedł z naukowego piedestału i obecnie kreuje raczej platformę do tego, co student ma poznać, sugerując w najlepszym razie kierunek czy sposób potraktowania omawianego zagadnienia, świadomy jednocześnie tego, że największym autorytetem jest być może nie tyle on sam, co… chociażby Wikipedia czy Google. Upraszczam to zjawisko oczywiście, ale niezupełnie do końca… Dzisiejsi studenci mają bowiem do dyspozycji wiele możliwości (w dużej mierze właśnie dzięki Internetowi) zdobycia wiedzy, co ma niewątpliwe zalety, rozwijając ich umiejętność samodzielnego działania i myślenia, choć nie brakuje też takich, którzy wybierają najłatwiejszą linię oporu, ściągając z internetowych portali, co tylko i kiedy się da.

Najwidoczniej każda epoka ma swoje sposoby podejścia czy przechytrzenia nauczyciela. Kiedy w czasach licealnych męczyliśmy się w ramach lekcji łaciny nad tłumaczeniami nieskończenie długich listów Cycerona, któryś z kolegów odkrył istnienie „bryków”, broszurek z wiernymi tłumaczeniami tych tekstów. Cóż to była za radość i ulga – ściągaliśmy z nich bez skrupułów do chwili, kiedy nasz łacinnik się w tym połapał. W jednym z tych brykowych przekładów brakowało bowiem kilku zdań z oryginału i wszystko się wydało. Dziś w miejsce bryków mamy choćby Google Translate – mogłabym zapełnić tu wiele stron przytaczaniem dziwolągów, jakie serwowali mi czasem poniektórzy studenci, tłumacząc zadane teksty z języka polskiego na szwedzki lub odwrotnie, kiedy to wrzucali je bezkrytycznie na ten właśnie translacyjny portal. Najwidoczniej nawet do ściągania potrzeba pewnej dozy inteligencji i wiedzy.

Jak widać Internet towarzyszy nam obecnie na każdym kroku, czy nam się to podoba czy nie. Niesie to z sobą niewątpliwie wiele ułatwiających życie korzyści i wygód – aż trudno sobie wyobrazić cały okres pandemii bez możliwości internetowej komunikacji, zarówno w sytuacjach prywatnych, jak i zawodowych. Internet też jest niesłychanie pomocny jeśli chodzi o przyswajanie wiedzy (np. przy nauce języków obcych), choć nie bez powodu określany jest on również jako współczesna puszka Pandory… Jednak zżymać się na coś, co zawładnęło całym światem i – w coraz większym stopniu – ogółem świadomości społecznej, to tak, jakby kłaść się na torach, aby powstrzymać nadjeżdżający pociąg. Zatem „If you can’t beat them, join them”, czyli jak nie możesz zwalczyć, to się przyłącz i… „googluj” dalej!

M. Anna Packalén Parkman

Lämna ett svar