ANDRZEJ OLKIEWICZ: Zagmatwane słowa

Słów jest ogrom. Nawet we własnym ojczystym języku, nigdy nie opanujemy wszystkich słów. Na co dzień używamy tylko garstkę z nich. Czasami potkniemy się o słowo, które nie rozumiemy. Są też słowa które znamy, ale nie zawsze potrafimy właściwie użyć. O takich właśnie dwóch podstępnych, zagmatwanych słowach, są dwie poniższe historie.

Analfabeta

W Kopenhadze przesiadłem się ze sztokholmskiego pociągu na nocny do Rotterdamu. W sypialnym przedziale zastałem już innego pasażera. Jens był Duńczykiem, w tym samym wieku co ja, trochę więcej niż dwadzieścia lat. Okazało się, że mustrowaliśmy w Rotterdamie na ten sam statek. Zaraz po przywitaniu się i kilku zdawkowych słowach, zakasał Jens rękaw prawej ręki i z dumą pokazał mi tatuaż, który właśnie kilka dni wcześniej dał sobie zrobić w kopenhaskiej dzielnicy Nyhavn, słynnej z marynarskich spelun. Rysunek symbolizował „Grób marynarza”. Na tle kotwicy umieszczone było koło ratunkowe z napisem „Sailor’s Grave”, a w nim tonący żaglowiec na wzburzonym morzu.

Jens miał ze sobą mały przenośny gramofon i nastawiał płyty. Kilka razy puścił tę samą płytę, która widocznie była jego faworytem. Po pewnym czasie zwrócił się do mnie z zapytaniem. czy podoba mi się melodia, którą właśnie grał. „Wiesz”, odparłem, „nie mogę ci odpowiedzieć, bo jeżeli chodzi o muzykę, to jestem kompletnym analfabetą”. „Analfabeta, co to znaczy?” – zapytał mi się. „Analfabeta to jest taki człowiek, który nie potrafi ani czytać ani pisać”. Zdawałoby się, że Jens zadowolił się odpowiedzią. Położyłem się do łóżka i zacząłem czytać gazetę. Jens patrzył długo i uważnie na mnie, po pewnym czasie zapytał: „Aha, to ty jesteś takim analfabetą, który potrafi czytać, ale nie pisać?” Logiczne!

Wojtek

Świętej pamięci Wojtka znałem od bardzo dawna. W pewnym sensie nawet go lubiłem, ale nigdy nie powstała między nami jakaś większa zażyłość. Dawniej, gdy byliśmy młodzi, spotykaliśmy się dosyć często, potem utrzymywaliśmy tylko luźny kontakt ze sobą. W późniejszych latach spotykaliśmy się jedynie przez przypadek. Wojtek, to był „brat łata”, potrafił żyć ze wszystkimi. Lubił dyskutować- I my, co znaliśmy go lepiej, wiedzieliśmy, że łatwo było mu zmienić jeden pogląd na drugi, nawet w ciągu tej samej dyskusji. Kiedyś, ktoś mi powiedział, że Wojtek chodzi do konsulatu – tak się to wtedy, z pogardą, mówiło o ludziach którzy brali udział w PRL-owskich imprezach, (może teraz, w obecnej, w pewnym sensie podobnej sytuacji politycznej, znowu będzie się tak mówiło?). Zrobiło mi się żal, byłem rozczarowany, bo darzyłem go przecież pewną sympatią. No, ale właściwie, znając go jakim był, nie było się co dziwić!

Pewnego razu, w najbardziej mrocznych latach osiemdziesiątych, gdy ważyły się losy Solidarności, spotkałem Wojtka na przyjęciu u znajomych. Był to typowy wieczór w tamtych czasach – jałowe „nocne Polaków rozmowy” – dużo słów i żadnej konkretnej działalności, gdzie głosy pesymistów i optymistów ważyły losy Polski. „Należałoby coś zrobić!”, „To i tak nic nie zmieni!”, „Ech, nie opłaca się, Moskwa nie pozwoli!”, „Powinniśmy stawić opór!” …

Wtedy to właśnie Wojtek wstał, uderzył się pięścią w pierś i z emfazą powiedział: „Ja zawsze byłem oportunistą!”. Wybuchnęliśmy śmiechem. Nie wiem, czy ktoś miał serce wyjaśnić mu, że opór i oportunista to dwa odrębne pojęcia i że nie mają one nic ze sobą wspólnego. A… oportunistą to on był. Do kwadratu.

Andrzej Olkiewicz
www.immigrant.nu

Lämna ett svar