ZYGMUNT BARCZYK: Nieznośna lekkość bytu w czas pandemii

Czy w czasie pandemii koronawirusa heideggerowskie “żyje się” (man lebt) zmieniło swe znaczenie? Czy też życie nasze, ograniczone restrykcjami, stoi nowymi wartościami, które przetrwają czas pandemii?

Pośród wydatnych ograniczeń życia w realu nauczyliśmy się lepiej poruszać w domenach świata dostępnego nam online. Pracujemy zdalnie, komunikujemy się z bliskimi i ze znajomymi w wirtualu, i to chętniej niż przed pandemią, skoro to co najlepsze w realnym współżyciu nam odebrano a przynajmniej mocno ograniczono. Nawet jeśli na co dzień nie myślimy o konsekwencjach nowego, wymuszonego  stylu życia, wirus i tak ma nas w swoim władaniu. Wobec braku wyborów jakie przed pandemią oferował nam real, więcej mamy czasu na to by nurzać się w wirtualu, ze szczególnym uwzględnieniem mediów społecznościowych i „programów spotkaniowych”. Odcięci od przygód realnego życia, przeżycia bliskości innych ale i kontaktu ze sztuką, kulturą w rożnych aspektach, coraz sprawniej poruszamy się w cyberprzestrzeni. Wrzuceni w różnorakie domeny życia on line przystajemy na swoiste ułatwienia w relacjach jak i dostępie do informacji. Możemy się wręcz pławić w przygodności kontaktów, namiastkowości relacji, w przyjemnej zawiesinie wszędobylskiego banału, o który jednak trudniej w realu aż w takich rozmiarach. Owszem, jesteśmy nadal blisko ludzi, to najważniejsze, możemy spotykać się bez przeszkód, a to że wirtualnie, nie znosi wagi spotkania, chociaż często zmienia jego charakter. Jak utrzymuje Jonathan Franzen, wskazując na kontakty w mediach społecznościowych: “przypominają ósmą klasę szkoły podstawowej, gdzie nikt nie chce być sam… Poza tłumem jesteś nikim. Ale nie można całego życia spędzić w podstawówce”. [i] Co mamy jednak czynić, skoro życie w czas pandemii zdruzgotało realną wspólnotowość, wzmacniając tym samym potrzebę życia w wirtualnej gromadzie.

Nie tylko banał jest w natarciu. Świat on line kusi rozmaitymi atrakcjami, Daje poczucie swobody, niezależności, brania rzeczy w swoje ręce.  Dostarcza informacji, poszerza horyzonty, pozwala się włączyć w obiegi „wielu światów”, odczuć szerokość możliwości kontaktu z innymi. Wzmacnia nasz optymizm, racjonalne nastawienie, ufność że umysłem ogarniemy wszystko. Trzeba być tylko wystarczająco smart. A w świecie on line, przy pewnej zręczności, każdy może być smart.

Ćwierkamy i klikamy na potęgę co ma i tę zaletę, że ułatwia wypychanie z siebie poczucia trwogi i zagubienia. Każde spojrzenie w ekran, naciśnięcie klawisza, głos do mikrofonu, chroni nas przed naporem niechcianych, czy nazbyt trudnych kwestii. Uwalniamy myśli i uczucia z uwięzi absurdu, poczucia beznadziei, rozpaczy.

Ilu internautów, czyli niemal nas wszystkich, zastanawia się nad kwestią, czy istnieje prawda niezależna od prawdy, którą sami ustalamy googlając codziennie, żyjąc w wirtualnej bańce naszych wyborów i podsuwanych nam zręcznie profilów ze strony komercyjnych producentów witryn, algorytmów, procedur. Skoro istnieje prawda przykrawana na miarę naszych  potrzeb, nie potrzebujemy już innej instancji. Zgadza się, przed pandemią też tak było, tyle że w czas pandemii, przy wygaszonym życiu w realu, wszystko to jest spotęgowane.

Powiada się, że rozwijamy „cywilizację wiedzy”, chociaż coraz gorzej się w niej orientujemy. Coraz trudniej orzec nam, co ma dla nas znaczenie a co nie i dlaczego. Produkujemy i wchłaniamy nieprawdopodobne ilości danych, tworzymy kaskady informacji. Jesteśmy za to coraz bardziej  smart i nie przeszkadza nam wszędobylski banał wokół nas. Nawet namysł nad banalnością naszego świata też stał się banałem, swoistym liczmanem, który odwodzi nas od potrzeby określenia istoty swego jestestwa. Wielu z nas mówi podobnym głosem o tym, jak wyprani jesteśmy z sensu i znaczeń a zarazem chełpimy się tym stwierdzeniem, jak wszystkim innym, co nagłośnione i popularne. Wręcz bawi nas przewodnictwo banału.

Świat nas niesie, los nas niesie, a my, łupiny wdzięczne, na wezbranym od nadmiaru danych oceanie, dajemy się nosić falom nie znając portu docelowego. Liczy się bowiem permanentny flow. Życie jako flow. Płyniemy. Dokąd? Nieważne, ważne że płyniemy.

Jesteśmy ludźmi epoki smart również i w tym sensie, że na przecięciu rozbuchanego wirtualu i marniejącego realu wytwarzamy własne przestrzenie, budujemy świat hiperrealny. Każdy po swojemu, popadamy w sztampę z racji instrukcji i procedur  w które zaopatrzyli nas giganci nowego wspaniałego e-świata. Chełpimy się własną wiedzą i kompetencją, sprawni w korzystaniu z wszędobylskich algorytmów wykonujących masę pracy za nas, szczycimy się naszym pragmatyzmem i „zdrowym rozsądkiem” nie odczuwając równie silnie chęci osiągania mądrości. Nie odczuwamy też potrzeby sacrum. W naszym świecie bez transcendencji nawet immanencja została zdegradowana. Wydaje się nam, że udanie wyzwoliliśmy się spod władzy dogmatów i miazmatów, nie zauważając, że wpadliśmy z deszczu pod rynnę. Czasami, kiedy zrobi się, mimo wszystko, boleśnie pusto, wypełniamy lukę kolejną odsłoną „kultu”, czy medialnej adoracji. Aczkolwiek kult tutaj jest pojęciem z zakresu pop-kultury a nie formą zawierzenia.

Nie musimy już zadawać sobie życiowo gruntownych pytań, bo w roli wytwórców nowych narracji i iluzji już ich nie potrzebujemy, nie są nam już busolą w życiowych wyborach. Dociekanie sensu zostawiamy dziwakom, filozofom, niepokornym artystom, duchowym eksploratorom, czyli wszystkim tym, z których nie mamy pożytku i którzy są nam obojętni bądź wręcz irytujący. Wprowadzają bowiem w nasze życie niepotrzebne zamieszanie, dostrzegając sprzeczności, paradoksy, absurdy, powikłane okoliczności i zderzenia kontekstów, które już nic nam nie mówią, wypchnięte poza nawias naszej świadomości. Sami jesteśmy teraz twórcami, repertuarem i zarazem jego odbiorcami. I wszystko jest in statu nascendi. Samotni, niesamotni, a jeśli samotni, to jakby mniej istotnie, możemy wieść życie przyjemne, z dala od pogromów, plag i pożóg. Pandemią koronawirusa wprawdzie zdruzgotani, chcemy jednak by nowe formy współbytowania w wirtualu dostarczały nam przyjemności, wzmacniając nadal nasze poczucie bezpieczeństwa. Wyobcowani w realu, wydajemy się sobie bardziej towarzyscy i „socjalni” w wirtualu. Oba wymiary życia współegzystują rzecz jasna, definiując na nowo nasze życie w hiperrealu. Oznacza to zarazem, że coraz bardziej zagrzebujemy się w naszych „bańkach” świadomości i egzystencji. Czas pandemii bardzo temu sprzyja, nawet jeśli wydaje nam się, że z rozkoszą wrócimy do życia na wolności w realu,  kiedy tylko pandemia się skończy. Czy aby? Powrót do realu oznacza powrót do radosnych ale i bolesnych zdarzeń, konfliktów, emocji dobrych i złych, często mocniejszych od tych przeżywanych w wirtualu. I czy tego będziemy chcieli? Czy też uznamy, że nieźle sobie wyścieliliśmy nasze pandemiczne gniazda w wirtualnych bańkach.

Oczywiście, pierwszy okres po pandemii będzie upustem tęsknoty za żywym kontaktem z bliskimi, z tradycją, starymi formami więzi, nawet wśród młodych. Ta energia sentymentalizmu za jakiś czas się jednak wyczerpie, zostanie zaś prymat życia w cyberprzestrzeni. Czy to pławiąc się w banale, czy mnożąc ilość danych w zbiorach naszej wiedzy, wtopimy się w nią chętnie, korzystając z komfortu którego nie dostarcza nam zwykle real. W wirtualu konflikty zwykle się spłaszczają, brutalność życia wydaje się mniejsza, mimo nienawistnych memów, dzięki którym złe emocje można bezkarnie z siebie zrzucić.

I  jeszcze jeden ważny aspekt prymatu wirtualu nad realem w naszych odczuciach. W internetowych zagrodach życia nie ma jak grzeszyć, bo już grzechu nie ma. Tabu zatarte. Ba, nie ma nawet jak emocjonować się przekraczaniem tabu, bo już wszystkie przekroczone. Odganiamy nudę. Tę heideggerowską również. Świętujemy tryumf pogody życia w jego skrzącym się wieloma barwami hiperrealnym zróżnicowaniu. Zostaje nieznośnie przyjemna satysfakcja obcowania z wszystkim i niczym. Tworzymy … nową nudę.

Czym jest zatem życie na łączach, które uprawiamy, udając wciąż mieszkańców miast, wsi, społeczności dużych i małych. Czym jest wspaniały chociaż atakowany realnymi i wirtualnymi wirusami świat w hiperrealu? Czy, w rzeczy samej, mimo zdumiewających zmian i nowości, niebywałego potencjału technologicznego i ogromu oferty współczesności, nie jest jak zawsze, tym bardziej w czas pandemii, zrzucaniem z grzbietu garbu ciążącej nam wolności, która w naszych czasach przerodziła się w kolejną postać nieznośnej lekkości  bytu?

Zygmunt Barczyk

[i] wypowiedź Franzena w  magazynie “Książki” nr 4/2013

Lämna ett svar