Słuchaj serca. Bądź pogodny

Spadamy w dół! A może się podnosimy? Kto określa wartość znaku? Każda kultura na swój sposób posługuje się symbolem oka, choćby Pallas Atena z sową na ramieniu. Atena promieniuje pięknością, ale czy sowie można zaufać? Z mądrością sów trochę pstro jest, mogą udawać, mogą grać swoją grę, wiadomo sowa. Żadna mądrość nie daje gwarancji uczciwości.

Człowiek jest tak skonstruowany, że jeśli nie wiąże go jakaś silna idea, łatwo się gubi. Nawet najbardziej przejmujące kontakty, duchowe czy zmysłowe bez różnicy, jeżeli trwają długo rozpływają się w mgłach codzienności i znużenia. Pomimo tego haftujemy uczuciami i tak gramy nasz odwieczny spektakl.

*

Przyjęcie jakiejś postawy automatycznie pociąga za sobą zawarte w niej skutki. Jeżeli to prawda, oznacza że wszystko zależy ode mnie. Umowę, na dobre i na złe, zawiera się z sobą samym, dopiero relacje i zwyczaje budują struktury myślenia.

Teza – Niewiele zależy ode mnie, jest nieprawdziwa. Wszystko zależy „ode mnie”! Mamy w rękach tak swoje życie jak i wspólny los, a jedyną wiarygodną nadzieją jest wysiłek włożony w kontynuację. Punkt. A przyszłość? Przyszłość odwołuje się najczęściej do doświadczeń przeszłości i nie czyni tego dlatego, że taka mądra, a dlatego że nie ma własnych.

Pytać kogoś – Czy wierzysz w Boga? Jest nie na miejscu. Co ma powiedzieć dorosły człowiek dorosłemu człowiekowi – Szukam Boga? Niema Boga? Boga można wyrzucić z człowieka, człowieka z Boga nie sposób! Możliwe, że życie, ergo świadome istnienie w ciele, jest karą nałożoną na duszę. Coś kiedyś przeskrobała i za karę została zesłana do ciała.

Kto rządzi światem? Wygląda na to, że raczej nie dobry i kochający Bóg, ale lepiej nie zaglądać za lustro. Powiedzmy, że światem rządzą okoliczności, ambicje, pieniądze… Ach ten świat! Ten nasz mały ciasny zastrachany, prowincjonalny, cudowny świat!

Lipiec 2012

*

Czas nęka. Siedzimy w nim jak zwierzęta w klatce. Krążymy wokół i gdzie nie spojrzeć kraty czasu. Jesteśmy w nim zamurowani, a on się zachowuje jak kameleon. Dzisiaj potrafi mieć rozciągliwość harmonijki, a kiedy jutro przebiera się we wczoraj, ścieśnia się w szeregi obrazów.

Moja wiara uległa przemianom. Dusza pulsuje różnymi rytmami i ulega różnym nastrojom. Jak serce, jak pory roku, jak miłość, jak obraz Boga. Świat nocny i świat dzienny, świat Boga i świat Nieboga, a pośrodku ja z kołaczącą się w piersiach duszą. Jesteśmy duszami lamentującymi, niepewnymi swego, pogubionymi, trochę tchórzliwymi, niepewnymi swego Tomaszami pragnącymi koniecznie dotknąć ran.

Nie życzę nikomu by mu się, tak jak kiedyś mnie, rozmagnesował kompas. Niedobrze być zbyt odważnym, to ryzykowne, ale kłopoty z odpowiedzią na ważne pytania są nie do uniknięcia. Trzeba umieć okazać odwagę ale i pokorę, mądrość i rozwagę, a nie tylko wiedzieć lepiej.

Łatwo radzić. To prawda, radzić łatwo a nawet przyjemnie, ale najlepiej się powstrzymać. Mogę mówić tylko za siebie, a na moim parapecie sikorki ćwierkają – Postępuj prosto! Wierz prosto! Słuchaj serca! Bądź pogodny i nie mądrzyj się, a wiele cierpień cię ominie.

Cierpienie? Cierpienie jest, wiadomo, ale tylko po części twoje, bo się rozkłada. Ty cierpisz, ale cierpi również człowiek cierpiący dlatego, że ty cierpisz. Konkluzja? Niema konkluzji. Toniemy w oceanach pytań bez odpowiedzi. Wielbiony i podziwiany, uważany za najwspanialszą maszyną jaką kosmos potrafił wymyślić i skonstruować, ludzki mózg, służy tylko maskowaniu istoty sprawy, jest na pokaz i kręci się jak kurek na dachu. Mózg sprawia wrażenie jakby skonstruowany został na zamówienie innego klienta. Ferrari które „Ktoś” przystrzygł na wymiar Trabanta.

Sierpień 2012, pada

*

Jesień trzęsie duszą. W takich dniach jak te można czuć się trochę pusty i trochę samotny. Myśli plądrują pamięć. Drobne sprawy, przypadkowe spostrzeżenia, nieważne obserwacje, głupstwa, chimery, fanaberie, pomysły, domysły. Myśli ważne i nieważne, myśli o wszystkim. Najważniejsze przychodzą pod abażurkiem lampki na nocnym stoliczku, najwygodniejszym miejscu pod słońcem do zbierania myśli.

Jesienne dni tworzą nastroje i kuszą do zadumy. Coraz rzadziej oceniam siebie przez pryzmat spokojnej codzienności, coraz częściej wyczuwam coś przykrego, napływającego powoli, jak wilgotna mgła niosąca obawy i troski, trwoga rozpycha się łokciami. Jesień przychodzi co roku i co roku odchodzi, czym tu się przejmować? Może i racja, jesienią w ogóle a jesienią życia w szczególności, nie warto się przejmować.

„Stojąc naprzeciw morza”. Zapamiętałem te trzy słowa z mojego młodzieńczego wiersza. Więcej nie trzeba, wystarczy, mieszczą całe morze. A jesień żółknie i niesie nostalgię. Czasem nawet przyjemnie trochę sobie powzdychać.

Wrzesień 2013, w Polsce

*

Doszło do tego, że kawałki literackie o sensie życia poczęły, jak jakie monstra, pożerać się nawzajem i zagarnęły również mnie. Gdybym wypowiedział tę frazę publicznie, zabrzmiałoby jak mizdrzenie się hipochondryka, a jest najprawdziwszą prawdą. Potwór kłapie pyskiem, przeżuwa, łyka i rozgląda się, co by tu jeszcze.

Wyzwolenie jest podobno możliwe, łatwe nawet. Wiem to z lektury mędrców i strategów. Podobno wystarczy włączyć prawdomówność, bowiem tylko prawdomówni nie tracą równowagi. Żadne tam negocjacje oceny, kompromisy, nagrody, laury, stanowiska, prawdomówność!

Bronię swojej prawdomówności jak życia, bo nie mam innych szańców. Gdy ją utracę, zostanę poćwiartowany, zrzuty i zjedzony szybciej, niż zdołam policzyć do siedmiu. Dlaczego do siedmiu? Siedem jest cyfrą wszechświata a także Skorpiona, moją cyfrą.

Parę godzin później

*

Sytuacje, klimaty, grzecznościowe frazy, nic nie mówiące zdania. Lawa ma to do siebie, że spływa z każdą minutą wolniej, co budzi otuchę. Wystarczy przetrzymać pierwsze osiemdziesiąt lat, reszta idzie już jak z płatka!

Droga do siebie biegnie z oddali. Gdzieś to przeczytałem. Pisz, pisz, stale pisz! Dłub w słowach i nie trać nadziei, że dodłubiesz się w końcu do tego, co najważniejsze. Tylko módl się żebyś zdążył.

Na patelni skwierczy jajko. Jem, przyglądam się szpakom. Skaczą jak nakręcane zabawki. Myślę… Nie wiem jak to najlepiej ująć w słowa. Myślę, że najcenniejsze, najbardziej wartościowe wybaczenie nie jest wtedy, kiedy wydaje się, że nastąpił najlepszy ku temu moment. Wybaczać powinno być spontaniczne, bez namysłu, bez wyrachowania, bez „ugody” z sobą. Najprawdziwsze wybaczenie powinno dziać się ex promptu, albo jakoś podobnie.

A życie? Co życie? No jakie jest? Życie to nauka – mówił stary Indianin – jak obchodzić się z bliznami.

Dużo później, już w domu w Kallhäll

*

Durnie czerpią zadowolenie z walenia się po mordach na i po meczach futbolowych, co stwarza stały kłopot organizatorom. A jakby tak przywiązywać każdego  z osobna do palika wbitego w ziemię? Zadymiarz pozbawiony swobody ruchu i poparcia innych zadymiarzy, traci koncept i siedzi cicho.

Bez daty i trybu

*

Panorama wielkiego miasta budzi mój niesmak i niepokój. Jakby się urbaniści nie wysilali, ponure skupiska betonu budzą moje smutne refleksje. Podobnie jak stukot wbijanego w żywe ciało drzewa gwoździa. Ten i ten widok przynosi mi psychiczną przykrość.

Nie mogę spokojnie patrzeć na maszyny zwalające las, na myśliwych zabijających dla przyjemności cudowne zwierzęta, na rybaków (to już nie są rybacy a masowi mordercy na swoich pływających rzeźniach) zabijających masami delfiny, na hodowców zwierząt na mięso i skóry, na zwierzęta dręczone w ogrodach zoologicznych (Cóż za nazwa na tortury w koszmarnych więzieniach!), na areny cyrkowe, wyścigi koni i psów, na otępiałego osiołka dźwigającego na grzbiecie ciężary i całe smutne życie obijanego kijami.

Nie rozumiem urody „zadbanych” ogrodów, sztucznych jeziorek i wodospadów, przycinanych wymyślnie drzew i krzewów, wykopanych dolinek, usypanych górek, trawników z metra. Nie lubię skomplikowanych linii architektonicznych, ogromnych samolotów, podwodnych łodzi atomowych wielkich jak „Batory”. Nie lubię telefonu w uchu i nie rozumiem potrzeby istnienia niezliczonej ilości sklepów oferujących w ogromnych ilościach wszystkie te rzeczy.

Także zajadłych sporów o miedzę i zabijania się nawzajem za poglądy. Jak również elektroniki pozwalającej zabijać ludzi na jednym kontynencie, siedząc w bunkrze na innym kontynencie, bezzałogowych maszyn czyhających w powietrzu, organizacji terrorystycznych, religii kościelnych. Nie lubię tej cywilizacji, ale po tych paru zdaniach już nie muszę tego pisać, każdy co czyta wie.

Sierpień 2014

*

Wielki bohater Hellady Odyseusz, oszukał Cyklopa. Powiedział mu, że jest Nikim i Cyklop uwierzył. Uratował się, ale kiedy zaczął wołać o pomoc, napotkał ciszę. I słusznie, jak pomagać Nikomu?

Bardzo trudno skupić uwagę na Niczym, co wykorzystał sprytny Odyseusz i prześlizgnął się koło Cyklopa. Piękna metafora, piękne a zarazem groźne postaci. Powielający się w nieskończoność dylemat Boga i Nieboga, fascynujący ciężar Niczego. Milcz. Bądź tym, co mówi Nic. Bądź Bogiem.

Literatura jest rodzajem fechtunku, umiejętnością mierzenia pauz, zręcznością przydatną tak w obronie obrony przed samo unicestwieniem, jak i magikowi. Słowa tworzą sensy i są związane z ruchem, z podróżą. Rodzą się i zaraz znikają biegnąc do innych czasów i lasów, potrącać ciągle inne i nowe warstwy wrażliwości. Słowo jest w wiecznym ruchu i poszukuje wciąż nowych i nowych sensów.

Literatura nie zgłębiła jeszcze istoty rzeczy i praźródła. Nie zna odpowiedzi na najważniejsze i na dobrą sprawę jedyne pytanie – Kto tym zarządza? Ale trzeba przyznać, że się stara. Czy ma prawo nazywać siebie piękną? O tak! Choć w gruncie rzeczy podkreśla tylko stale swoją wielkość a wszystko co potrafi, to obiecywać piękną śmierć.

Jestem jednostronnie związany z psyche i soma (z akcentem na pierwsze). Mam refleksyjny stosunek do życia, ale żyje we mnie ciągle małe dziecko. Bowiem nie opuszcza mnie niekłamana radość, kiedy widzę jak kabel odkurzacza sam siebie wciąga!

2014, listopad

*

W tym, co piszę, stosunkowo dużo wątków o wierze. Jak nie pisać o religii, kiedy zajmuje tyle miejsce w ludzkich umysłach, sercach, w ogóle życiu? Moja serdeczna przyjaciółka Małgosia miała taki czas, że koniecznie chciała wstąpić do zakonu. Ale się na szczęście rozmyśliła i chwała Panu Bogu za to.

Pisanie o religii (nie należy mylić z wiarą) bez peanów i nie na kolanach, budzi różne reakcje, i trudno się dziwić w kraju takim jak Polska. Narusza bowiem tabu tradycyjnych i bezmyślnych katechicznych podporządkowań.

Moja wiara (nie jestem ateistą) przybrała formę, w której czuję się szczęśliwszy niż byłbym pozostając w kościele. Napisałem „szczęśliwszy”, to już niech tak zostanie, ale „szczęście” jest wielce nadużywanym słowem.

Trochę trudno pojąć, dlaczego nagminnie i od wieków ludzkie myśli obracają się praktycznie nieomal wyłącznie wokół dwóch biegunów: szczęście – nieszczęście. Miała szczęście, nie miał szczęścia, na szczęście, szczęśliwym trafem, szczęśliwie okazało się, szczęśliwe małżeństwo, nieszczęśliwe zrządzenie losu, szczęśliwie urodziła bez komplikacji, szczęścia nigdy nie za dużo, szczęśliwie dotarli do celu, szczęśliwy zbieg okoliczności…

Jak osiągnąć szczęście w życiu i równocześnie go nie nadużywać? Kwadratura koła! Używanie życia w oczach religii naganne jest, co oczywiście wiąże się z kontrolą nad duszyczkami. Szczęście przesadnie eksploatowane, jak wszystko inne, się zużywa i robi nudne. Ludzie jak świat szeroki wysilają się i szarpią żeby uszczknąć choćby kawałeczek szczęścia, i w rezultacie owych gorączkowych starań brakuje im czasu na szczęście.

Zupełnie możliwe, że człowiek obrał złą drogę. Drepcze w miejscu nie mając bladego pojęcia, co z sobą dalej robić, co począć by mu się życie, choć trochę udało? Podobać się Bogu! Dobrze, ale jak? Być szczęśliwy? Dobrze, ale jak?

Jakby tego był mało jest jeszcze podział wartości na lepszych i gorszych. Lepsi – od czego? Gorsi – od kogo? Strzałka kompasu kręci się jak zwariowana! Szczęście, a w domyśle miłość, podobne jest do koksu. Dlaczego akurat do koksu? Już mówię: Koks jest półfabrykatem otrzymywanym w procesie całopalenia.

2 stycznia 2015

*

Dopiero teraz, w mocno już dojrzałym (przejrzałym?) wieku, uświadomiłem sobie, co dominowało w nieomal całym moim życiu. Poczucie obcości. Jak sięgnę pamięcią czułem się „nie stąd”, „obco”. Na Kaszubach, do których tęsknię, byłem warszawiakiem. W Warszawie i tu, w Sztokholmie, wiele osób sądziło i sądzi, że jestem z Wybrzeża. Moja eks-żona może w każdej chwili złożyć przysięgę, że jestem Żydem. Nie jestem, ale cóż to ma za znaczenie, mógłbym być.

Długo szukałem miejsca na ziemi. Gdy znalazłem, poczucie (dziś już niewielkie na szczęście) obcość tylko się wzmogła. Z moim najbliższym otoczeniem nie mogę się porozumieć w obszarach mistycyzmu, w ogóle parapsychologii. Chlubnym wyjątkiem młodszy syn Andrzej, z nim mogę rozmawiać o wszystkim i napotykam zrozumienie oraz zainteresowanie tym, co mówię. Podobny związek czułem prócz Andrzeja z dwoma osobami na Ziemi, świętej pamięci Markiem Rymuszko i mistrzynią pałacowych ogrodów Małgorzatą Szafrańską.

Z wolna dopada mnie starość. Czuję zniechęcenie i niestety pierwsze ślady zagubienia. Nawet mój ukochany tenis nie przynosi mi już takiej radości jak wprzódy, bo się robię nieruchawy.

3 styczeń 2020

*

Tak długo obracam się w eseistycznych formach, że chyba nie potrafiłbym już napisać jakiegoś większego kawałka. Jedno mnie zastanawia. Moje teksty są bardziej pesymistyczne niż kiedyś, bliżej im do mroku niż jasności. Stawiam szeregi destrukcyjnych pytań, które gdy później czytam widzę, że się szamocę i zapędzam sam siebie do narożnika. Czy to możliwe, iż tą drogą szukam miłości? Miłości w ogóle. Do siebie, do życia, do Boga? Stawiam nieporadne kroki ciągle żywiąc nadzieję, że coś się zmieni na lepsze.

Nie lubię, bo nie umiem, pisać o seksie, o miłości, o gwałcie. Co umiem, jeśli nie potrafię o najważniejszych sprawach? Nigdy nie uczestniczyłem bezpośrednio w sytuacji, czy relacji, związanej z gwałtem, ale przeżyłem chwile, kiedy było bardzo blisko do destrukcji.

Kocham geniuszy i ich wielkie dzieła, oraz pierwszą część „Ojca Chrzestnego”. Włoska ludowa powiastka mówi, że świat jest tak okrutny i niebezpieczny, iż człowiek musi mieć drugiego ojca, chrzestnego.

Kocham paru czarno ubranych mężczyzn, w tym śp. księdza Tischnera, za sposób, w jaki mówią o Prawdzie. Kocham profetów i książki o nich. Kocham Boga, kocham moich bliskich i mniej bliskich, w ogóle kocham ludzi. Niema co, kochliwy ze mnie facet. Kogo by tu jeszcze pokochać?

2009

*

W świecie bez masy nie ma negocjacji, kompromisów, kolorów. Kolorowo jest tylko u nas, na Ziemi. Człowiekowi, szczególnie człowiekowi inteligentnemu i pod warunkiem, że ma oczy szeroko otwarte a najczęściej ma, nierzadko blisko do melancholii. Pobiera bowiem surowe nauki od życie i świat tyle razy go zawodzi, że melancholia może stać się drugim jego domem.

Jedyną prawdziwą ojczyzną człowieka jest jego życiorys. Sprawdziłem na sobie. Ostatnie pięćdziesiąt bez mała lat spędziłem po drugiej stronie Bałtyku, w Szwecji. Gdybym pozostał w Polsce, byłbym dziś zapewne zupełnie innym człowiekiem.

Z każdego miejsca coś się wynosi, czegoś uczy, a suma doświadczeń staje wewnętrzną ojczyzną. Czego mnie nauczyła Szwecja? Zachowania dystansu, niegorączkowania się, dotrzymywania zobowiązań, przestrzegania dyscypliny. Nauczyłem się również dostrzegać niuanse i nie powtarzać mechanicznie ogólnie przyjętych a banalnych prawd, oraz bronić mojego prawa do protestowania przeciw pseudo prawdom. Zapewne te i podobne cechy wykształcił bym także w Kraju, ale jednak inaczej. Stosunek do życia powinno w zasadzie sprowadzać się do jednego, do obrony delikatności, To ważne, bowiem ludzie wrażliwi to sól życia.

Świat władzy, od długich stuleci i wszędzie, produkuje wiele kabotyńskich haseł. Głosi prawdy o męstwie, zwycięstwie, honorze, i używa imienia Boga w nikczemnych, nierzadko zbrodniczych celach. Jak świat szeroki rządy gloryfikują prymitywną i brutalną siłę, ubierając ją dla niepoznaki w teatralno-patriotyczne szaty.

Nie inaczej dzieje się w Polsce, ale płomyczek optymizmu się żarzy. Polska zawsze była i nadal jest krajem ludzi życzliwych, pomocnych, szczerych, przyjacielskich i zdolnych. Niestety często, a szczególnie dziś, zagubionych.

Przeczytałem u Ryszarda Kapuścińskiego interesującą modlitwę. Afrykańskie plemię walczy od długich lat z innym plemieniem. Wczesnym rankiem ma się odbyć decydująca bitwa, po której plemię przegrane oczekuje nadzwyczaj okrutny los. Kacyk jednego z plemion w noc poprzedzającą walkę oddala się na ubocze by się pomodlić.

Panie Boże! Jutro zdecydują się losy mojego plemienia i to będzie poważna sprawa. Dopomóż mi Boże, żebym jutro zachował się jak powinien mężczyzna w swojej ostatniej godzinie. Pomóż mi Panie jasno wiedzieć, co jutro mam zrobić. Pomóż zapanować nad moimi nogami, żebym nie uciekł jak przyjdzie zła chwila, pozwól abym zachował się jak przystoi wodzowi. Nie odmawiaj mi pomocy, wiesz przecież, że nie prosiłbym, gdyby sprawa nie była poważna. Jeżeli wygramy i pokonamy naszych wrogów przyrzekam – Nie będę Cię już nigdy więcej o nic prosił.

Jutro o brzasku nie będzie miejsca na żarty, mężczyźni będą walczyli z mężczyznami. Jeśli więc chcesz nam pomóc, nie wysyłaj swojego Syna, przybądź sam!

Maj, 2020

Andrzej Szmilichowski

Fragmenty ostatniej książki „…z wewnętrznej potrzeby”, która ukazała się w krakowskim Wydawnictwie „Miniatura”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lämna ett svar