JERZY NOWAKOWSKI: Mój dom
WDZIĘCZNY jestem Niebiosom, że nieraz nocą zsyłają na mnie sny. Nie tylko dlatego, że stan uśpienia krzepi, ale pozwala też snuć dziwne wizje: pojawiają się różne obrazy i sytuacje zapomniane. Niekiedy bardzo kolorowe (z odczuciem barw – o co nie trudno w dobie technikoloru) i zabawne, gdy fakty przeplatają się z fantazją.
Czytałem książkę medyczną na temat snów, w której autorzy zalecają aby obok posłania kłaść karteczkę i długopis, żeby natychmiast zanotować na jawie, co nam się przyśniło. Jeśli tego natychmiast nie uczynimy – obraz ze snu pierzcha i nie zapamiętamy nic poza faktem że „coś się śniło”; znikają szczegóły. Miły sen może wpłynąć na nasze dobre samopoczucie w ciągu dnia, zły – zwany „koszmarem” – zepsuć następne godziny. Ale pozostawmy to naukowcom.– starałem się nie otwierać oczu jak najdłużej – byłem na ulicy Kordeckiego w Bydgoszczy. W domu narożnikowym, nr 29, z dwiema bramami wejściowymi (od Kordeckiego i św. Trójcy), gdzie w latach mojej młodości mieścił się sklep kolonialny (tak to zwano) należący do Niemca, kupca Paula Wedlla. Oglądałem we śnie z uwagą jego zrujnowane wnętrze, przypominając sobie, iż jego właściciela podobno zabito we wrześniu 1939 roku (nie jestem tego pewien) i miał syna, zresztą ode mnie dużo starszego. Po półkach sklepowych nie było śladu i w rozmowie z nieznajomym opowiadałem komuś o tych faktach.
Tańczący na dachu
W tej solidnej kamienicy narożnikowej mieszkała też po wojnie rodzina państwa Kupców, przybyłych z Wilna, mająca dwie córki, z których jedna – bardzo nadobna, kruczowłosa i wesoła Zbyszka, wyszła później za mąż za Andrzeja Jakubowskiego, syna mistrza piekarskiego z ul. Niedźwiedziej. Raczej – jak mawialiśmy – druha Andrzeja, gdyż w 5. Bydgoskiej Drużynie ZHP był bardzo aktywny i biegał często w zielonym mundurku. Małżeństwo Zbyszki i Andrzeja było podobno bardzo szczęśliwe – emigrowali z Bydgoszczy gdzieś do Wrocławia i moje kontakty z nimi się urwały.
Zbyszka, dziewczynka wesoła i pogodna – wyznam – bardzo mi się podobała. Pewnego dnia, kiedy na dachu reperowałem antenę, bez której odbiór programów radiowych (zwłaszcza na falach krótkich) był niemożliwy, dostrzegłem obie panny Kupcówny w oknie, a one moją osobę.
Wyczyniałem wtedy na kominie jakieś taneczno-gimnastyczne wygibasy, żeby zwrócić na siebie ich uwagę. A one się śmiały. Tyle wspomnień o św. Trójcy 29, gdzie w piwnicy mieścił się też magiel mechaniczny, w którym prasowaliśmy naszą rodzinną bieliznę.
Świetlne znaki
Jednak to nie był bynajmniej „mój dom”, gdzie mieszkaliśmy, ale budynek naprzeciwko, po nieparzystej stronie ulicy. Przy ulicy św. Trójcy 28 na trzecim piętrze (odpowiadającym obecnie piątej kondygnacji nowych budynków) zamieszkiwaliśmy od wiosny 1932 roku. Ja jako dziecko, a po wojnie jako młodzian. Zanim stan małżeński nie odmienił mojego miejsca zamieszkania, a potem miasta osiedlenia.
Pamiętam też dwa inne wydarzenia związane z miejscem zamieszkania. Pierwsze to fakt, iż z tyłu za domem w stronę śluz starego Kanału Bydgoskiego (dziś już na tym odcinku nie istniejącego, podobnie jak śniąca mnie się nieraz wąska i cicha uliczka przy kanale – przebiega tamtędy szeroka i ruchliwa arteria komunikacyjna) rozciągały się ogrody (najpierw mały otoczony płotkiem należący do gospodarza p. Ziętaka, zresztą mieszkającego na ul. Dworcowej), a w głębi ogrodnictwa. Z prawej strony widniały podwórka i balkony (my – „redaktorstwo” Nowakowscy – mieliśmy jeden balkon od ulicy i dwa z widokiem na ogrody). Były tam „tyły” domów z balkonami przy ul. Kordeckiego, a jednym z nich mieszkał mój kolega Leszek Dmochowski, syn oficera ułanów. Ażeby utrzymywać z nim łączność wpadłem na pomysł, żeby z naszego balkonu do jego okna balkonowego zbudować kolejkę linową. Wagonik z przesyłanymi wiadomościami stanowiło jakieś pudełko, ściągane (lub wciągane) z piątego na drugie piętro. Pamiętam, że dla rozciągnięcia około 25 metrów „liny” ze sznurka musiałem przechodzić przez dwa płoty, ale operacja zakończyła się pomyślnie. Niekiedy jednak coś się zacinało i pudełko zwisało unieruchomione w połowie drogi nad zielonymi ogrodami. Ot, chłopięca zabawa!
Później, już dziesięć lat po wojnie, kiedy spotykałem się z Myszką, moją przyszłą żoną, a ta mieszkała na ulicy Lubelskiej – bardzo daleko za składnicą drewna i dawnymi ogrodami Patzera od frontu, widać było jej dom – dawałem jej znaki świetlne, zapalając wieczorem i gasząc światło w pokoju. Znaki romantycznego harcerza do pięknej harcerki alfabetem Morse’a ©/: – . – / – – – / – – – – / . – / – – / / . – – . / . – / – – / . ./ . . – . . / – / . – / . – – – Wyznania zakochanego telegrafisty: kocham, pamiętaj!
Kto tam mieszkał?
Zastanawiam się nad wiekiem kamienicy, w której mieszkaliśmy. Sądzę, że był to początek XX stulecia, kiedy masowo budowano domy tego typu budynki mieszkalne w Bydgoszczy, na on czas nowoczesne ale bez wind i centralnego ogrzewania, przy ul. Cieszkowskiego lub w al. Mickiewicza. Z polskich ksiąg adresowych wynika, że właścicielem w 1929 r. była Maria Przygodzińska, a w 1933 r. Wojciech Przygodziński (syn?) zajmujący mieszkanie nr 6 na drugim piętrze. Dopiero później pojawił się nowy właściciel p. Stanisław Ziętak z małżonką, który zamieszkiwał przy ul. Dworcowej. Tam moja Matka, nieraz ze mną, zanosiła czynsz.
Inny był niegdyś układ ulic i ich numeracja. Ulica św. Trójcy powstała dopiero w Polsce Odrodzonej (po 1920 roku), przedtem stanowiąc część ul. Berlińskiej [Berliner-Strasse], łącznie z Grunwaldzką, gdyż tedy przed rozbiorami wiódł tzw. trakt berliński. (Natomiast w czasie okupacji nazwano ulicę Potsdamerstrasse czyli Poczdamską, zaś w PRL-u nie lubiącym żadnych świętych i świętości znaleziono patrona w osobie niedowiarka gen. Karola Świerczewskiego, co jak głosiła p. Janina Broniewska. tworząc legendę komunistyczną „człowieka, co kulom się nie kłaniał”)
Numeracja początkowo też była inna: Św. Trójcy 22b, zanim administracyjna rewolucja przeprowadzona później uporządkowała swoisty chaos panujący w mieście (kolejność zabudowy, a nie sąsiedztwo!) i dom otrzymał numer 28, sąsiadując po lewej stronie z dość podobnym budynkiem o nr 30 (naonczas 22a). Tam mieszkali m.in. Leon Błociszewski (emeryt). Natalia Morozowiczowa (artystka) i jej syn Tadeusz Morozowicz (redaktor), a także Napoleon Louis-Wawel (emeryt).
Admirał bez floty
Tu godzi się dodać – aczkolwiek to raczej poboczna uliczka tego felietonu – że p. Napoleon – rocznik 1861 – był osobą niezwykłą i zapomnianą jako admirał floty cesarsko-królewskiej, gdyż wtedy Austria (a raczej Austro-Węgry) miała dostęp do Morza Adriatyckiego*. Pochodził z rodziny francuskich emigrantów doby wielkiej rewolucji. Ukończył szkolę kadetów w Fiume [dzisiaj to chorwacka Rijeka, po przegranej Austrii, przyznane na mocy pokoju w 1919 Jugosławii lecz zagarnięte samowolnie przez wyprawę zbrojną d’Annunzia i włączone do Włoch, stanowiąc „wolne miasto”; gratka dla filatelistów!]. Marynarz wyszkolony, osmagany falami i wiatrem, rezydował 1904-1909 jako attaché morski ambasady Austro-Węgier w Londynie, a później był dowódcą pancernika „Arpad” (1910), krążownika „Cesarz Karol VI” i pancernika „Arcyksiążę Ferdynand Maksymilian” (1911). Za swoje zasługi otrzymał awans na wiceadmirała floty (1913) i dowodził bazą w Poli [Puli]. W październiku 1917 przeniesiony w stan spoczynku, powrócił w 1919 r. do Polski Odrodzonej, zgłosił się do służby, ale zabrakło wtedy etatu dla tak wysokiego rangą oficera; zresztą do 1920 roku nie mieliśmy dostępu do Bałtyku, ani floty. Spełniał misję dyplomatyczną w Międzynarodowej Komisji Odry (ranga generała), ale po przeniesieniu na emeryturę zachował prawo do noszenia munduru admiralskiego. Osiadł w 1923 w Bydgoszczy, gdzie mieszkał do śmierci. Jako człowiek samotny, znużony życiem i chorobą, czując się nikomu niepotrzebny sięgnął w 1934 roku po rewolwer i popełnił samobójstwo. Z Mieszkał wtedy na ul. Cieszkowskiego 17. Pochowano go na cmentarzu przy ul. Szubińskiej.
,Mieszkańców „mojego” domu Św. Trójcy 28, czyli dawne 22b, potrafię wymienić na podstawie książki adresowej na rok 1933. Oto oni, od parteru poczynając: Jan Tuleja (nr 1) – drogerzysta, Ida Pfähler (nr 2), Alicja Knabe (nr 3), Bolesław Wyżlic (nr 4) – kolejarz, Franciszek Jaschek (nr 5) – kupiec, Pech (nr 7), Jan Tabeau (nr 8) – radca miejski, emeryt, Karol Suchoń (nr 9) – kupiec, Tadeusz Bodalski (nr 10) – inżynier; Franciszek Wawrzyniak (lokal na parterze z zakładem od frontu) – fryzjer, Anna Brzeska (strych czyli wejście krętymi, tzw. kuchennymi, schodami) – portierka.
Do tego domu wprowadziliśmy się w 1932 roku (opuszczając mieszkanie przy ul. Podgórnej 15), od tego czasu zmieniali się – oczywiście – lokatorzy domu.
Jerzy Nowakowski
,
