Cytrusy
Minęło parę dni bez pisania i ciągnie mnie do czystej kartki papieru, jak za przeproszeniem za dawnych lat do knajpy. Rób coś! – słyszę. Co mam robić? Siądź i pisz, rzuć coś na tapetę, nie ślęcz przed Internetem! Tylko snujesz swoje codzienne pitu-pitu, a tu gore! Na to ja: A znasz bajkę o nosie? A on: Nie znam. A ja: Odczep no sie!
W mojej ojczyźnie mamy do czynienia z czymś nad wyraz przykrym i miejscami tragicznym – z nienawiścią do Polski, do „ich Polski”! Polacy nienawidzą Polski? Jak to możliwe? A jednak możliwe.
W przypadku ludzi, którzy zaliczają siebie – inna sprawa, słusznie czy niesłusznie – do elit, napięcie nienawiści jest tak wielkie, że oni po prostu się duszą i dławią, nie mogąc dać sobie rady z oburzeniem, wstrętem i pogardą. Polska dyszy dziś nienawiścią. Jedni chcą drugich „wygonić z polskości”, innymi słowy – nie dać żyć, bowiem dla nich „jako prawdziwych Polaków” tamci są szkodliwi i krajowi nieużyteczni.
Przyszłość sunie w kierunku nieustannego wciągania „wrogów” na lotne piaski obłudy, kombinatorstwa, oszukaństwa, sprzeniewierzeń. Nie mieliśmy dotychczas w naszej narodowej historii królobójstwa i mordów politycznych? No to mamy! Vide niewyjaśnione do dnia dzisiejszego zabójstwo/samobójstwo polityka partii „Samoobrona”, Andrzeja Leppera.
Mam poczucie (przeczucie?), że niedaleka już chwila/moment, w której nastąpi coś wielkiego, bowiem naczynie napełnione już po brzegi i bliskie przelania. Należę do pokolenia ludzi, których rodzice dojrzewali w kraju, w którym krótka niepodległość była równie mało znana, jak dla peerelowskiego kraju, w którym ja wzrastałem, cytrusy. Przypuszczam, że nie przychodziło im do głowy, chyba tylko tęgim i proroczym umysłom, że ich dzieci mogą być świadkami uroczystości nad trupem liberalnej demokracji!
Trwa spór o przeszłość, który jest sporem o przyszłość. Trwa walka o pamięć, o jedną pamięć. Niestety, nic nie wskazuje na to, żeby zimna wojna domowa kiedykolwiek znalazła swoje zakończenie. Prośmy – każdy swojego boga! – by nigdy nie przekształciła się w wojnę gorącą.
Trwa ciągłe beznadziejne klepanie „naszych prawd”. A tak by się chciało, by Polska stała się krajem tolerancyjnym, społeczeństwem otwartym, bez prowincjonalnej podejrzliwości, bez kompleksów, bez obaw, bez strachu.
Po wszystkim, cośmy choćby przez ostatnie sto lat przeżyli, najwyższy czas na epokę mądrości i wrażliwość na losy sąsiada. Niestety, jest to już poza moim i moich rówieśników horyzontem czasowym. Moi rodacy są jak ślepcy w lustrzanym labiryncie, a chciałoby się tak niewiele, choćby tylko tyle, aby nauczyli się szacunku dla słowa i potrafili wsłuchać się w ciszę pomiędzy słowami ważnymi.
Kiedy przywódcy słyszą coraz gorzej i rozumują coraz ociężalej, ale za to coraz bardziej zapiekle, nadchodzi czas zły dla państwa i jeszcze gorszy dla obywateli. Czas na zmiany.
ASZ
