Jak nie dotarłem do źródeł

0
e_2ps6

Im dalej w las lektur, tym wyraźniej zdaję sobie sprawę, że najczęściej obcuję z wiadomościami z drugiej, jeśli nie trzeciej ręki. Mam oczywiście na myśli literaturę faktu, która zdaje się przeważać nad beletrystyką, której każda pozycja jest oczywiście w założeniu oryginalnym dziełem sztuki i samym w sobie źródłem.

Weźmy np. zainteresowanie antykiem, historią i mitologią. Czytamy opracowania Markowskiej, Parandowskiego, Krawczuka, Kubiaka, Gravesa. Stykamy się tam zaledwie z przekładami (oryginał, przy braku znajomości greki i łaciny jest niedostępny) fragmentów czy streszczeniami oryginalnych opowieści Homera, Hezjoda, Wergiliusza, Owidiusza. Ryszard Kapuściński na studiach na tym samym wydziale parę lat przede mną, ujawnił zainteresowanie Herodotem, który – o ile pomnę – nie był lekturą obowiązkową. Do egzaminu wystarczały opasłe, tłumaczone z rosyjskiego podręczniki Siergiejewa i Maszkina (t.o. zamiast Theodora Mommsena). Herodot był oczywiście wspominany na wy-kładach i seminariach, obok Tukidydesa, Ksenofonta, Liwiusza, Pliniusza i Plutarcha, ale czy ktoś to czytał?

Już jednak te klasyczne, rzadko poza kręgiem specjalistów czytane, dzieła antycznej historiografii trudno nazwać źródłami pierwszego stopnia. Są to opracowania opierające się na innych źródłach, niekiedy zaś historiografia polegała na tym, że późniejsi historycy kompilowali teksty wcześniejszych, z dużą dla potomności korzyścią, bo gdy-by było inaczej, wiele z tych starszych tekstów nigdy by do nas nie dotarło. Czy tak samo było później w Polsce? Czy Kadłubek ściągał z Galla Anonima, Długosz z Kadłubka a Niemcewicz z Lelewelem z Długosza? Może niezupełnie tak.
Ważnym przedmiotem był oczywiście – na wydziałach humanistycznych, pewnie też innych – marksizm-leninizm, który opanowywało się przy pomocy takich bryków jak “Historia WKP(b)”, czy “Wykład filozofii. Elementy” francuskiego komunisty Georgesa Politzera. (Później odkłamał to Leszek Kołakowski w 3-tomowej egzekucji marksizmu). Kazano jednak także zaglądać do klasyków – MELS, także Mao. A jeśli komuś pozostało zainteresowanie filozofią, nie tylko marksistowską? Dostępna była 3-tomowa “Historia filozofii” Tatarkiewicza i równie obszerna “Historia estetyki” tegoż autora. I przejrzyste opracowania Jana Legowicza. Ale na ogół nie starczało czasu i energii by sięgnąć do tekstów kanonicznych, choćby w przekładach – dostępnych w PWN-owskiej Bibliotece Klasyków Filozofii. Może poza paroma wyjątkami, dla niektórych dialogów Platona. No i nadal siedzę w platońskiej jaskini (kino!) i obserwuję cienie rzucane na ścianę.
Co to jednak jest źródło? W badaniach historycznych na pewno rezultaty wykopalisk archeologicznych, artefakty kultury materialnej, później dokumenty rękopiśmienne i drukowane, na końcu fotografia i film, przede wszystkim dokumentalny. I tu wreszcie poczułem się na pewnym gruncie, od kilkudziesięciu lat obcując z taśmą filmową jako źródłem, co niekiedy owocowało jakąś publikacją quasi naukową.

Tę wielostopniowość można by ująć następującym, hipotetycznym przykładem: czytam nie napisaną jeszcze biografię/monografię Sergieja Michajłowicza Eisensteina (pióra Tadeusza Szczepańskiego), cytującą prace Mistrza. Czytam więc (w oryginale) Eisensteina uczone egzegezy własnych filmów. Wreszcie: oglądam (ponownie, po latach) te filmy, by dojść do zaskakujących wniosków. Wszystko to futurologia, ale jakie oszałamiające perspektywy!

Aleksander Kwiatkowski

Z książki: „Vademecum nieudacznika czyli antymemuary” Polonica 2015
Foto: Public Domain

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer