Söderåsen_welcome

Parę lat temu, w środku gorącego lata, nasi sąsiedzi zaprosili mnie i mojego męża na piknik. Iście impresjonistyczny nastrój. Siedzieliśmy na trawie (w naszym wypadku, wszyscy czworo ubrani), pod rozłożystym drzewem, którego gałęzie opiekuńczo czuwały nad naszymi głowami. Dawkując sprawiedliwie słoneczne blaski i ulgę cieni, na zmianę. Tuż przy nas stał koszyk, z którego Birgitta wyczarowywała piknikowe smakołyki i częstowała kawą. Ingvar, natomiast, podjął zadanie narratora. Jakieś trzysta metrów od naszej łączki, budził ciekawość różowo-koronkowy zamek Vrams Gunnarstorp, wraz z licznymi, podobnie pięknymi budynkami gospodarczymi. Dziś wygląda tak świeżo, niby wybudowany w naszych czasach a przecież to staruszek.

Egzystował już w latach 1400 jako Vramsgård i należał do arcybiskupa Birgera Gunnersena. Stąd pochodzi nazwa Vrams Gunnarstorp. Pod nazwą Gunnarstorp przeszedł, w 1517 roku, do rąk Hansa Skougaard’a. Tak rozpoczął się okres ponad stuletniego władania posiadłością przez potomków Skougaard’a i osób spokrewnionych. Jednym z tych osób był admirał Jörgen Vind, który rozbudował zamek i nadał mu styl czworobocznych zamków króla duńskiego Christiana IV. Krótko po śmierci Vinda, na polu bitwy, w 1644 roku, zamek, już pod nazwą Vrams Gunnarstorp przeszedł w ręce duńskiej szlacheckiej rodziny Giedde. Pięć generacji tej rodziny przetrwało na zamku, aż do 1839 roku. Nowym właścicielem zamku został rotmistrz Rudolf Viktor Tornerhjelm. Wtedy przeprowadzono gruntowne remonty zamku według projektu słynnego dunskiego architekta C.F. Zwingmann’a. Tak już zostało – potomkowie pierwszego Tornerhjelm’a zamieszkują i posiadają nadal piękny i pogodny zamek Vrams Gunnarstorp a panem zamku jest znowu Rudolf Tornerhjelm, ale ten nam współczesny. Taką to, mniej więcej, treść zawierało opowiadanie Ingvara. Dziś poszerzone o ciekawostki historyczne, zaczerpnięte ze źródeł książkowych.

Wtedy, na trawie, podczas naszego pikniku, uświadomiłam sobie (w cichości ducha) jak znikome są moje wiadomości o polskich zabytkach a w szczególności o polskich zamkach. Wiem, że to nie tylko moja wina. Ruiny kryją dużo, nawet nieosiągalnych tajemnic i porównywanie ich losów z Vrams Gunnarstorps historią, jest rzeczą niemożliwą. Uświadamiając sobie tą prawdę, załagodziłam, w ten spo-sób, moje wyrzuty sumienia i moja zazdrość nie przeszkodziła mi w podziwianiu zasobów wiedzy, którą dysponował Ingvar.

Następnym punktem programu był spacer wokół zamku, w parku i wśród zabudowań gospodarczych. Po naszym udanym „śniadaniu na trawie”, wyruszyliśmy w kierunku zamku. Mogliśmy go tylko „polizać” wzrokiem, niby landrynkę i sfotografować na pamiątkę. Aby wejść na dziedziniec czy zwiedzić wnętrze nie było mowy, bo zamek nie przyjmuje zwiedzających. Mieszkają tam właściciele, ukryci w tych bajkowych słodkościach… i… dobrze im tam. A nam pozwalano na zwiedzenie parku. Białe strzałki zapraszały na teren w pobliżu zamku i dalej, nad wodą sadzawki, nad wodospadem, położonym w trawinie, pod drzewami na zielonych trawnikach. Jedna ze strzałek zaprowadziła nas na dróżkę wysadzoną tak zwanymi szlachetnymi jałowcami. Mijaliśmy zamek po prawej stronie i kierowaliśmy się ku zboczu góry Söderåsen, które stanowi naturalną osłonę dla ogrodów i zamku. Po kilkudziesięciu metrach znaleźliśmy się w alei wysadzanej starymi bukami, które łączą się w górnych partiach i tworzą sklepienie, niby w tunelu. Drzewa staruszki są już bardzo sfatygowane i trzeba podpierać je drągami aby przedłużyć ich żywot. Na wskroś alei przechodzi się do krainy bukszpanów. Tu znajduje się tablica informacyjna, gdzie podany jest rok pobytu Carla von Linne’ na zamku w 1749 roku, kiedy to uczony miał wyrazić swój zachwyt nad wspaniałością bukszpanowych i bukowych żywopłotów. Już wtedy liczyły one sobie około 200 lat. Ten ogród ma wielkie historyczne znaczenie.

Szliśmy jak we śnie, oczarowani widokami. Przed nami, na końcu bukszpanowej alei, niby wspaniałe tło do ogrodu, ukazała się ściana dzikiego zbocza góry, porośnięta swoistą roślinnością i wielkimi drzewami. Z boku alei znajduje się ogród róż. Tam urodziła się nowa róża i otrzymała nazwę Vrams Gunnarstorp, wśród wielgachnych wielorybich, bukszpanowych ciał, wśród towarzyszących jej kwiatów, przy ogrodowej sadzawce. Nie ma tu nowości ani nowoczesnego pedantyzmu. Jest za to nastrój i romantyczność.

Na zakończenie naszej wizyty, powędrowaliśmy trochę między budynkami gospodarczymi. Jest ich tutaj mnóstwo. Wszystkie są w dobrym stanie, zbudowane z podobnej cegły co sam zamek i ładnie zaprojektowane. Trochę zaniepokoiła nas cisza panująca w gospodarstwie. Jedyną żywą istotą, którą spotkaliśmy, był koń na przyległej łące. To było trochę smutne, gdy uświadomiłam sobie, że zamek nie spełnia już żywotnej funkcji dla swoich właścicieli. Cóż… czasy się zmieniają… nie jest tak źle, wtrąciła, zawsze pozytywnie nastawiona Birgitta. Zamek wynajmuje swe budynki na konferencje i usługi noclegowe, posiada muzeum własnego gospodarstwa, czasem udostępnia zbiorowe oprowadzanie po zamku i co roku wynajmuje swoje budynki gospodarcze na Bożenarodzeniowe Targi (Julmässa), największe w całej Skanii.

Wybierałam się do Vrams Gunarstorp na te targi, skromniej nazywając je kiermaszem lub jarmarkiem gwiazdkowym. Nie oczekiwałam jakiś rewelacji z odwiedzin na takich imprezach i zapatrywałam się sceptycznie na możliwość zakupu tam czegoś ciekawego lub pożytecznego. To co widziałam na rynkach, nie odbiegało od towarów sprzedawanych w sklepach, nie przedstawiało żadnej oryginalności i często kosztowało drożej niż powinno. Pomimo takich uprzedzeń chciałam zobaczyć targi w Gunnarstorp.

Z Källna, gdzie mieszkamy, dojazd do Gunnarstorp nie sprawił nam żadnych trudności i zabrał nam zaledwie 20 minut czasu. Autostradą E4 dojechaliśmy do miasta Åstorp, które leży u podnóża zachodnio-północnego „końca” góry Söderåsen. Tam zmieniliśmy kierunek naszej jazdy, na zachodnio-południową stronę owego „końca” góry, objeżdżając łukiem przedmieście miasta. Po czterech kilometrach byliśmy na miejscu. Nie było mowy aby móc zabłądzić. Już z daleka, na otwartym terenie, po lewej stronie drogi, widniało bufiaste wzniesienie podgórza. W pochmurnym, szarym dniu sprawiało wrażenie wielkiego mrowiska, gdzie samochody, niby ogromne mrówki, pokrywały całą powierzchnię pagórka. Jedne dołączały się, inne opuszczały zbiorowisko metalowych istot. Pulsowało swoistym życiem. Taką ilość samochodów, w jednym miejscu, widziałam tylko na placach portowych przy nabrzeżu, gdzie cumowały statki olbrzymy-samochodowce, słynnego armatora O. Walleniusa.

Aby wjechać na teren targów, trzeba było zostawić samochód na zaimprowizowanym parkingu, czyli dołączyć do „mrowiska”. Przy wjeździe, służba porządkowa, ubrana w żółte kamizelki, pobrała od nas opłaty i pokierowała na odpowiednie miejsce. Samochodów przybywało, więc i nam wypadło trochę wspiąć się pod górkę, ale miejsc nie brakowało. Moje pierwsze spostrzeżenia były bardzo pozytywne. Każdy sektor był pod opieką kierującego ruchem i ustawianiem samochodów w odpowiednim miejscu. Czuło się rzetelne zaangażowanie organizatorów i dbałość o powierzone im samochody. Kradzież czy włamanie… coś takiego nie było tutaj możliwe. Wysiedliśmy beztrosko z samochodu i podążyliśmy, za tłumkiem w kierunku terenu wystawowego.

Piękny, długi budynek starej stajni, magazyn zboża i inne budynki gospodarcze, zamieniono na pomieszczenia targów. Całe podwórze, między budynkami, wygląda teraz jak handlowa uliczka. Przy wejściach szyldy, wskazujące jakie towary są w danym miejscu prezentowane i sprzedawane. Pomimo szarej pogody i przykrego zimna nikt tu nie marznie, bo jeśli nawet, to jest kawiarnia i na podwórzu dwa ogniska, jedno otoczone pięknymi kamieniami, drugie umieszczone w artystycznie wymodelowanej grubej blasze. Gospodarze zadbali o to, aby ogniska nie wygasły, co rusz podchodzi do nich pracownik zamku i dokłada polana drzewne. Wspaniały nastrój… tyle może zdziałać, choćby tylko, widok ogniska. Pierwszy, mały, okrągły budyneczek mieścił różne wyroby spożywcze, wytwarzane przez drobnych producentów. Ogromne bochny chleba pieczone w starych piecach, przy tym pięć różnych musztard z „Mormorsgruvan”, mnóstwo kiełbas i przetworów śledziowych u „Delikatess Grabbarna”, sery, marmelady i powidła ustawione na stołach zapraszają do spróbowania, chrupkie, okrągłe placki chlebowe i temu podobne, w pięknych czerwonych opakowaniach, tradycyjna ryba lutowana z Karlshamn, łosoś wędzony, nęci zapachem przy wejściu, można spróbować, rzeczywiście pyszny. Wszystkie produkty w tym okrągłym lokalu, to prawdziwe rękodzieła spożywcze drobnych producentów. Uśmiechnięte twarze, zapraszają przyjaźnie… do usług, do usług.

Z podziwem patrzymy na ten przepych „żywych” produktów, bez plastikowych torebek, bez zbytecznej reklamy. Tutejszą reklamą jest możliwość próbowania smakołyków na miejscu i rozmowy z wytwórcą. Bo to wytwórcy są również prezenterami. Dyskretnie przełykamy ślinę, wszystkiego nie da się spróbować. Kierujemy się do wyjścia, obiecując sobie, że wrócimy po zakupy – może tłok wtedy trochę zrzednie. Przed wyjściem jeszcze jedna pokusa: marcepany, długie, wąskie bocheneczki o różnych smakach. Próbki pokrojone na kolorowe plasterki kuszą, takich jak ja łakomczuchów. To rodzinna fabryczka Bräutigam, słynna już od 140 lat. Tym razem nie uległam mojej słabości, spieszyliśmy się na dalszy przegląd targów. Teraz był czas na spotkanie z rękodziełem artystycznym, pamiątkarskim, odzieżowym lub, jak ja to nazwałam, bożenarodzeniowym. Właściwie wszystko można by nazwać „artystycznym”, bo nie spostrzegłam jakiejkolwiek tandety, tak często występującej na targach czy jarmarkach. Jeżeli rozumieć artystyczne jako mniej praktyczne czy mniej użyteczne dzieło, to mogę wymienić tylko jedno, zauważone przeze mnie: to białe ptaki malowane na naturalnych płytach granitowych, z kamieniołomów. Cała reszta to ładne, a przy tym pożyteczne wyroby. Weszliśmy do długiego budynku dawnej stajni. Zapełniały go „po brzegi” produkty ludzkiej pomysłowości i pracy, z całej Szwecji. Lista jest długa: drewniane meble dla dzieci, krasnale i ozdoby z drewna z Lönneberga; plecionki, gwiazdy ze słomy żytniej, specjalnie preparowanej, z morskiego brzegu w Halland; świecące lampki ze szkła wyrabiane w Vimmerby; ceramika z Öland, czyli lampy, świeczniki, misy itp. o szarej barwie jak stal; wesołe i urocze czarne, czerwone i białe krasnale z gliny – Roslagsgluttar; tradycyjnie produkowane świece, o różnych kształtach z Svartsjö; produkty tkane ręcznie, np. maty i lauferki, pięknie szydełkowane swetry i inne okrycia; wyroby ze skór, np wysokogatunkowe portfele; masa wyrobów z futer baranich – mufki, rękawiczki, kożuchy i kożuszki, czapki i to też z Öland. Można było dostać zawrotu głowy od tylu dobroci na raz. Nie byłam w stanie poświęcić więcej czasu, ale wyszłam z budynku zadowolona bo już wiem: jest Szwecja, która żyje podobnym bytem, jaki pamiętam z mojego Kraju. Taka Szwecja, którą teraz poznałam, jest mi bliska. A jeśli ktoś nie uwierzy, to postraszę szarym krasnalem – Gråvätte, którego należy się bać według starych wierzeń i który wysiaduje na targach w kącie (zakrywając się brodą), udając „Jultomte”.

Nasze ostatnie chwile na targach, spędziliśmy zaglądając do następnych pomieszczeń: Polkagris producentów i zamkowych wyrobów mięsnych. Poszliśmy do kawiarni na gorącą kawę i jeszcze na małe zakupy. Więcej sił już nam nie starczyło. Tak zakończyła się nasza przygoda w Gunnarstorp.

Nareszcie coś z prawdziwego zdarzenia, świetnie zorganizowane i na dobrym poziomie. Słusznie nazwane największymi targami świątecznymi na terenie Skanii. Uważam, że to nie tylko targi, to wzór i szkoła lepszego życia.

Teresa Järnström Kurowska

Z książki ”Moje spotkanie ze Skanią” Polonica 2008

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer