Słoneczny Lund
Spełnienie marzeń często przychodzi za późno, w takiej chwili, gdy już nie jest oczekiwane i w takiej postaci jak zdeformowany w krzywym zwierciadle obraz. Po wielu dziesiątkach lat, marzenia moich rodziców spełniły się: pojechałam do Lundu; lecz nie jako młoda studentka by pobierać naukę na jednym z najsłynniejszych uniwersytetów Europy, a jako pacjentka jednego z najsłynniejszych szpitali uniwersyteckich. Dobre i to.
Miałam możność podziwiania tej wspaniałej instytucji będącej wyrocznią i miejscem uzdrawiania. Ogromny kompleks budynków, położonych na terenie przyległym do Getingevägen, wraz z największym centralnym budynkiem, to Lunds lasarett. Mieści on cały szereg różnych klinik specjalistycznych, zaopatrzonych w najnowocześniejszą aparaturę badawczą i leczniczą. Wysoki poziom wykształcenia lekarzy i całego personelu szpitalnego jest gwarancją najlepszej diagnozy i rehabilitacji. Wszyscy, którym nie można pomóc w miejscowych ośrodkach zdrowia lub w szpitalach, śpieszą tutaj. Moje pierwsze spotkanie z miastem Lund ograniczyło się do poznania tego szpitala. Wkrótce przyszło następne. Uniwersytet w Lund jest nowoczesną wieżą Babel. Tu zgromadzeni są młodzi ludzie z całego świata. Budynki różnych fakultetów rozsiane po całym mieście sprawiają, że wszędzie czuje się ducha nauki. Jednym z najmilszych przeżyć był kiedyś słoneczny dzień spędzony w Lund. Fontanny już po zimie uruchomione, drzewa okryte młodą zielenią liści i chmurą białych lub różowych kwiatków, a wśród nich szczupłe postacie przycupnięte na ławkach, na schodach domów, na byle murku, zaczytane lub coś notujące pracowicie. Na ulicach zupełnie nie skandynawski ruch. Studenci na swoich rowerach, jak pracowite mrówki, uwijają się szybko i bezszelestnie w różnych, niezrozumiałych dla przybysza, kierunkach. Kierowców samochodowych nie zraża ani rój rowerów ani niezwykła zawiłość starych uliczek. Lecz takim przybyszom z innego miasta – jak mnie i mojemu mężowi – wypadło poświęcić dużo czasu by trafić wreszcie do upatrzonego celu, do pulsującego życiem centrum. Tu wszystko, co chcieliśmy odszukać i poznać, objawiło się przed nami, i w zasięgu naszego wzroku: „tu jesteśmy, czekamy, podziwiajcie, witamy!” Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę białego budynku, który dumnie góruje nad innymi. Nie tyle wysokością, co okazałością i odmiennością swej architektury i wystroju.
Ten główny budynek uniwersytecki został otwarty 1882 roku w obecności króla Oskara i otrzymał nazwę: Regia Academia Carolina. Piękny jest uderzającą bielą i harmonią linii. Posiada liczne elementy zdobnicze, których uwieńczeniem są cztery białe sylwetki uskrzydlonych sfinksów, umieszczone wysoko na tle nieba. Nie zraziła mnie pompatyczność Caroliny, ani fakt iż swym stylem jest zupełnie odmienna od otaczających ją, dużo starszych, budynków akademickich i niedaleko położonej Katedry. Nie mogąc się oprzeć pokusie poznania wnętrza, wybrałam środkowe drzwi, popchnęłam je z całej siły i znalazłam się w zupełnie innym świecie. Ogarnął mnie chłód i mrok. Czworoboczne po- mieszczenie ma prawdziwie rzymski charakter atrium. Tylko środkowa, kwadratowa część marmurowej mozaiki podłogi, oświetlona jest zawieszoną wysoko nad głową kopułą, misternie „utkaną” z wzorzystych szybek. Cały przepych podkreśla ogromny kandelabr, spływający ciężko z centrum kopuły. Marmurowe kolumny, po cztery z każdej strony, u- trzymują balkon będący obramowaniem atrium. Ten balkon spełnia rolę foyer, wychodzących nań sal uniwersytetu i jest wiernym odbiciem kolumnowej konstrukcji parteru. Stałam oniemiała. Pod balkonami panował tajemniczy mrok. Nagle ujrzałam snop światła, emitujący z otwartych drzwi. Po chwili stanęła przy mnie, niby anioł zesłany z nieba, przemiła osoba. Dzięki niej dowiedziałam się, że w mrokach pod balkonem znajdują się drzwi, które prowadzą do różnych oddziałów administracji Uniwersytetu, a te najważniejsze do ogromnej i przepięknej auli. Wkrótce ma zakończyć remont by rozjaśnić atrium i udostępnić zwiedzanie budynku. Wyszłam na zewnątrz zadumana nad, zaskakującą mnie ciągle, uprzejmością Szwedów. Może jest ona nie szczera, może wyuczona, może kamufluje brak głębszego zainteresowania drugim człowiekiem i z góry zapowiada: „nic więcej nie mogę dla ciebie zrobić”; ale już sama w sobie, niweluje napięcie i strach. Tak ten strach, którym my Polacy jesteśmy „podszyci”, ten strach, który zakorzenił się nam w genach, przez lata wojen, okupacji i brutalnej przemocy. Dobrze robi naszym skołatanym duszom takie spotkanie z ludźmi o innej kulturze wzajemnego obcowania. Nikt mnie nie skarcił, że weszłam nie proszona, nikt nie wyprosił za drzwi. Szłam w kierunku następnych odkryć, całkiem zadowolona z mojej niby-wizyty w Carolina.
Przypomniało mi się powiedzenie Arthura Schopenhauera: ”uprzejmość jest jak poduszka powietrzna, jeśli nawet nic nie zawiera (oprócz powierza), to łagodzi grudy życia”. Zastanawiałam się przez chwilę, czy iść do katedry Kyrkogatan (ulicą Kościelną) w kierunku Stor Torget albo przemknąć ścieżkami przez Lundagård. Wybrałam to drugie. Podążając w kierunku szarego olbrzyma, zastanawiałam się czy jest on w swym wnętrzu równie „monumentalnie” smutny. W miarę zbliżania się, szarość murów katedry ożywiła się i zaczęła grać odbiciem świateł i odcieniami kamieni. Tą właściwość posiada piaskowiec wydobywany w kamieniołomach położonych koło miasta Höör w środkowej Skanii. Od 1104 roku, gdy zaczęto budowę katedry, do dni obecnych te same kamieniołomy zaopatrują katedrę w ten cenny budulec. Cenny nie tylko, że rodzimy i położony 40 km od Lundu, ale również ze względu na to, że okazał się bardzo trwałym materiałem, nadającym się do rzeźbienia kościelnych ornamentacji. Przybliżając się, zaczęłam podziwiać dumną sylwetkę katedry, bogato przyozdobioną kolumnami, wnękami łukowymi i dwoma sy- metrycznymi wieżami. Położenie swe i korzystny stan majątkowy ka- tedra zawdzięcza świętemu Knutowi, królowi Danii, i założycielowi Lundu, który w 1085 roku przekazał znaczne tereny budującemu się kościołowi, przynależnemu wtedy do archidiecezji Hamburga-Bremy. Dopiero dziewiętnaście lat później, po wizycie króla duńskiego Erika Ejegoda u Papieża, Dania otrzymała własnego arcybiskupa z siedzibą w Lundzie, tzw. „Prymasa” na całą Skandynawię z Islandią i Grenlandią. Takie największe arcybiskupstwo w Europie wymagało odpowiedniej oprawy. Rozpoczęto budowę okazałej katedry tuż przy istniejącym kościele, który z czasem został wchłonięty przez nową budowlę. Katedra ma piękny styl romański o podstawie krzyża. Wnętrze często wskazuje na wpływy bizantyjskie. Patronem ogłoszono św. Wawrzyńca (S:t Lars). Katedra, jako przedmiot dumy władzy kościelnej i wskaźnik rozkwitu kościoła oraz Lundu, przetrwała do okresu reformacji. Moje dotychczasowe wiadomości o pierwszym okresie Reformacji były bardzo skąpe. Nie przypuszczałam, że dokonała ona w Lundzie tylu zniszczeń. Kojarzy mi się z rewolucją. Bo jak można inaczej nazwać fakt zburzenia 27 kościołów i klasztoru w Lund, wypędzeniu zakonników i biskupów oraz uwięzieniu w 1536 roku arcybiskupa. Katedra ocalała z pogromu gdyż „przechrzczono” ją na luterański kościół parafialny. Przetrwała też liczne wojny i wzajemne napady Szwedów i Duńczyków, rabunki i pożary. Służy teraz bardzo tolerancyjnej i humanistycznej odmianie luteranizmu, i wszystkim tym co chcą ją podziwiać. Już po przekroczeniu progu czuje się podmuch wielkości. Owalna sień z czterema pięknymi kolumnami po obu stronach mogłaby swoim przepychem dorównać sali balowej. Chyba tak było pomyślane, aby w podniosłym nastroju, wkroczyć do wnętrza katedry.
Jeśli kościół ma być alegorią potęgi i chwały Boga, to właśnie to miejsce spełnia wszystkie wymogi. Łukowe sklepienia sięgają do nieba, a mozaikowa postać Chrystusa zstępuje ku mnie z ogromnej absydy, wysoko nad prezbiterium. Ożyły wspomnienia. Pamiętam wzruszenia towarzyszące mi przy odwiedzinach Katedry w Oliwie lub w Kościele Mariackim w Gdańsku. Nie daleko jednej mieszkałam, nie daleko drugiego pracowałam. Nic nie potrafiło tak zaspokoić mojego głodu chwili natchnienia i skupienia, jak możność przebywania czasem w tamtych kościołach. Od dzisiaj już trzeci dołączy do mojej pamięci. Chociaż, chcę wyznać, że z tych trzech najbardziej kocham Oliwską Katedrę, białą, smukłą i pogodną. Stare przysłowie mówi: „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”. Więc lubiąc Lunds Domkyrka oddałam się zwiedzaniu. Po prawej stronie wejścia turystyczny punkt informacyjny z broszurami i opisem Kościoła. Po lewej stronie słynny zegar astro- nomiczny – Horologium mirabile lundense. Składa się z dwu tarczy: górnej zegarowej i dolnej kalendarzowej. Na pierwszy rzut oka to bardzo zawiła maszyna. Czego tu nie ma! Matka Boska z Dzieciątkiem, św. Wawrzyniec, poruszające się figurki, słońce, niebo, ziemia, różne planety, cykl obrotów ziemi i innych planet, znaki zodiaku itd, itd. Dużo czasu potrzeba na dokładne poznanie zegara. Zastanowiła mnie jego skomplikowana konstrukcja (której nie będę miała możności poznać) i data zasięgu kalendarza: 2123. Czy jest to jakaś magiczna data? Czy za około 120 lat nasz świat ma przestać istnieć? Czy po prostu trzeba będzie opracować nowy kalendarz? Po tych rozmyślaniach udałam się na dalsze zwiedzanie katedry.
Kierując się po lewej stronie nawy minęłam bogato zdobioną ambonę, w środku katedry szerokie schody prowadzące do prezbiterium, a przy nich postacie aniołów z brązu, nawę boczną z sarkofagiem jednego z arcybiskupów Lundu i ze starą chrzcielnicą. Miałam możność podziwiać wspaniałe, misternie rzeźbione w drzewie gotyckie sta- lle po bokach prezbiterium. Zadarłam głowę wysoko do góry by popatrzyć jeszcze raz na tryumfującego Chrystusa. Piękny jest. Nie było go jeszcze tam, gdy Eryk Pomorski brał ślub ze swoją Filippą w 1406 roku. Przeszłam do prawej bocznej nawy by podziwiać relief przedstawiający św. Wawrzyńca, Pannę Maryję i św. Knuta. Znajduje się tam też siedmioramienny świecznik z brązu, wysoki na 3,5 metra, gdzie na dolnej części widnieją symbole Ewangelistów: anioł-Mateusz, lew-Marek, wół-Łukasz i orzeł-Jan. Schodząc z tej nawy na niższy poziom kościoła, można zauważyć schody prowadzące do krypty. Po chwili znajduję się w podziemiu katedry. Kiedyś jako dziewczynka penetrowałam, wraz z koleżankami, podziemia Kościoła Dominikańskiego w Wilnie, kiedyś zwiedzałam kryptę królewską na Wawelu w Krakowie, lecz czegoś podobnego nigdy przedtem nie widziałam. Obszerna sala, z małymi oknami, której zarys jest wiernym odbiciem prezbiterium i dwóch naw bocznych znajdujących się nad moją głową. Ta krypta sprawia wrażenie dużej kaplicy i rzeczywiście służyła od 1310 roku, jako kościół parafialny licznym Niemcom zamieszkałym w Lundzie. W głównej niszy znajduje się ołtarz po wezwaniem św. Jana. Dalej sarkofag ostatniego duńskiego arcybiskupa, i… studnia (!) w kamiennym obmurowaniu z reliefem przedstawiającym alegoryczne postacie barana i pchły. Studnia ta, podobno w średniowieczu dostarczała wody mieszkańcom Lundu. Największe zainteresowanie budzą dwie bardzo dziwne kolumny, podtrzymujące łukowe sklepienia krypty. Szczególnie jedna, z przylegającą ściśle postacią olbrzyma. Olbrzym ten jest częścią kolumny, lecz sprawia wrażenie siłacza obejmującego kolumnę. Nazwa jego: „Olbrzym Fin”,
Katedra w Lund. ani pochodzenie nie zostały wyjaśnione i pozostaną tajemnicą. Nie brakuje jednak legend przypisujących mu pomoc w budowie katedry lub coś zupełnie odmiennego: chęć zburzenia katedry. Raz jest aniołem zesłanym przez Boga, to znów szatanem. W każdym razie jego wyraz twarzy nie budzi zaufania. Druga kolumna posiada rzeźbę przykucniętej postaci z dzieckiem w objęciach. I tu nie brakuje domysłów, że raz jest to żona Olbrzyma Fin’a z ich dzieckiem, to znów, że jest to rodzina pierwszego budowniczego katedry, Donatusa. Kiedyś wydawało mi się, że nie ma tajemnic, że wszystko można odkryć i wyjaśnić. To były młodzieńcze marzenia. Potem zrozumiałam, że w miarę im głębiej wnikamy w jakiś „temat”, tym bardziej poszerza on swoje tajemnice. Czyli: nie uda się wszystkiego wytłumaczyć. Wtedy napisałam wiersz „Kręgi”. Doszłam też do wniosku, że człowiek bojąc się szaleńczej otchłani nieskończoności, wymyślił, na swój ratunek pojęcie: Stop! Żegnajcie wszystkie skarby i tajemnice Lunds Domkyrka. Następny etap to Katedral skolan. Położona jest ona niedaleko Katedry, na Stora Södergatan. Nad starą bramą wisi okrągły szyld z napisem: KATEDRAL SKOLAN. Brama prowadzi na szerokie podwórze otoczone budynkami. Po lewej stronie długi szary budynek; po prawej dwa czerwone budynki, dużo młodsze od pierwszego i wyższe. A po środku: bomba! Ogromny, rozłożysty buk! Średnica konarów sięga szesnastu metrów. Pod bukiem ustawione są koliście dwa szeregi ławek. Jest to historyczny buk, związany z pamiątką po Karolu XII. W tym czasie, gdy król przebywał w Lund i mieszkał w Katedral skolan, stracił swego kochanego konia i pochował go na podwórku Szkoły. Posadził wtedy na grobie konia drzewko buku. Miękkie miał serce ten wojowniczy król (?). Wojowniczy i niezrozumiały czasami. Był przeciwny negocjacjom i uważał, że za pomocą szpady może rozwiązać wszystkie spory, bo szpada „nie żartuje”. Zresztą już jako 15-to letni król był zmuszony do posługiwania się „bronią”, gdyż w 1700 roku musiał walczyć przeciw koalicji trzech władców : Cara Rosji – Piotra I, Króla Polski – Augusta II i Króla Danii i Norwegii – Fryderyka IV. Jedynie z Fryderykiem IV udało mu się, bez większych walk, wynegocjować pokój. W bitwie pod Narwą, pokonał armię Cara i odrzucił jego żądania. Wojna z Augustem II rozpoczęła się ciężką bitwą koło Rygi (na Łotwie). Zakończyła się zwycięstwem Karola, lecz wojna przeniosła się na tereny polskie. Karol postanowił usunąć Augusta z polskiego tronu i wygnać z Polski, by zapewnić koronę polską swemu protegowanemu Stanisławowi Leszczyńskiemu. Po siedmioletnich zmaganiach na terenach Polski i kosztem ogromnych zniszczeń dokonanych przez wojska szwedzkie i saskie, Leszczyński wrócił na tron Polski, ale wnet go znów utracił.
Nie mogę zrozumieć dlaczego demonstracje nacjonalistycznej młodzieży Lundu obrały sobie za bohatera Karola XII. Kilka bitew, które wygrał nie ugruntowały jego władzy w Europie i nie zapewniły Szwecji utrzymanie utraconych pozycji. Wyprawa na Moskwę i totalna klęska w bitwie pod Połtawą w 1709 roku zakończyła okres świetności i dominanty Szwecji. Ranny i chory Karol XII znalazł się w niewoli tureckiej i przebywał tam 7 lat. Po powrocie do Szwecji rozpoczął przygotowania do nowej wojennej wyprawy przeciw królestwu Danii i Norwegii. W Szwecji panowała bieda i ludzie byli umęczeni i zniechęceni do poczynań swojego króla. Karol zginął w okopach, na polu walki w pobliżu Halden w Norwegii. Krążyły pogłoski, że kulę, która go trafiła w głowę, wystrzelono ze szwedzkiej broni palnej. Z tych powodów, uważam demonstrowane, przez studenckich nacjonalistów szwedzkich, honory ku czci Karola XII, za bezpodstawne i świadczące o nikłej znajomości narodowych dziejów. Prawdziwie budującą i piękną tradycją, większej grupy studentów, jest uczestniczenie, na zakończenie roku szkolnego, w uroczystościach kościelnych w Katedrze. Uniwersytet w Lund początki swoje bierze od 1020 roku, kiedy to, za sprawą św. Knuta powstała pierwsza w Skandynawii wyższa uczelnia i egzystowała przez wiele lat pod kierownictwem zakonników. Jej kontynuacją była następnie założona w 1438 r. wyższa uczelnia ”Stadium Generale” w klasztorze franciszkanów. Przetrwała ona 100 lat, do tragicznych czasów reformacji. Dopiero po przejściu Skanii w szwedzkie ręce, odnowiono wiele budynków i zaadoptowano do celów nauczania. Kungahuset w Lundagård stał się głównym budynkiem wyższej uczelni pod nazwą ”Akademia”. Stało się to w 1666 roku za sprawą promotora uczelni, króla szwedzkiego Karola XI. W ten sposób dzieło rozpoczęte przez świętego Knuta (vel. Knut Wielki) doczekało swej kontynuacji. Dziś, stare budynki Kungahuset i Katedralskolan służą nadal nauce w ramach bardzo rozbudowanego Uniwersytetu. Na resztkach murów zniszczonego klasztoru franciszkanów, gdzie znajdowała się Stadium Generale, widnieje tablica pamiątkowa.
Lund, Lund, Lund… bez końca. Trochę można zapamiętać: IDEON największa w Skandynawii wioska naukowo-badawcza, Muzeum Antyczne, Muzeum Historyczne, Muzeum Projektów i Szkiców, Muzeum Katedry, Ogród Botaniczny, Planetarium, ruiny kościoła Drottens, a nawet przepiękne i ciekawe otoczenie naturalne Lundu. Oraz to wszystko, co przeżyłam i opisałam.
Teresa Järnström-Kurowska
Z książki ”Moje spotkanie ze Skanią”
