Życie trzeba ugłaskać (3)
Muzeum Nordyckie. Jego kopuły, zakończone złotymi wieżyczkami, hojnie połyskiwały w południowym słońcu. Budynek gmachu masywny, z szarej cegły, zarysowywał się jednocześnie strzeliście. To swoisty dla tego regionu gotyk. Lewa część budynku, restaurowana, była przykryta materią koloru ostro sinego, co na tle ciemnozielonych gęstych drzew, dodawało muzeum uroku.
Sala wejściowa – ogromna. Pośrodku uplasowała się kolosalnych rozmiarów rzeźba: siedzący na tronie król Gustav Vasa. W luksusowo pięknych kolorach, złoto-różowych. Prawą dłoń ma zaciśniętą w pięść, lewą ściska miecz. Pod stopami króla przeczytałam lakoniczny napis: “Strzeż Szwecji”.
Poskrzypywały starością drewniane schody i parkiety. Co piętro – to inna wystawa. Podziwiałam przepych zastaw stołowych: porcelanę, srebro. Wykwintne meble z XV-XVII wieku. I… przyobleczone smutkiem, izby ciemne, ciasne, w których całym bogactwem jest piec, stół, ława i łóżko, na którym odpoczywa… wypchany trocinami kot. Zobaczyłam też kącik z pochówkiem: zapalone dwie świece, trochę kwiatów i… otwarta trumna, a w niej “uśpione” woskowe ciało. Szwedzi nie mają zahamowań przed niczym co ludzkie. Takiego naturalnego postrzegania świata uczą też swe dzieci, i to od zarania.
Kolejną ciekawostką była wystawa obuwia – od średniowiecza po nasze dni. Zatrzymałam się przy nagranych na taśmie krokach, dobitnie wystukiwanych obcasami, jeszcze raz wyczyściłam swoje pantofelki na obracających się przy drzwiach wyjściowych automatycznych szczotkach i poszłam stąd.
***
Przytłamszona całością przeszłości, zapragnęłam nowoczesności i świeżego powietrza, słońca, błękitnego nieba i takiejże wody w morzu, i rozgadanych mew. Po czym kontynuowałam
W pobliskim muzeum “Vasa”, obejrzałam szwedzki okręt wojenny, który zatonął w 1628 roku. Powodem wypadku było niewłaściwe wyważenie statku – za dużo zabrano na pokład armat. Jedna z opowiadanych półgłosem legend twierdzi, że Szwedzi zamierzali zaatakować Polskę i przeklęci, poszli pod wodę…
Machina przeleżała w morzu długie 333 lata. Wydobyta i nieco odrestaurowana (tysiące drewnianych rzeźb przetrwały podobno świetnie) – dziś jest jedną z najpopularniejszych atrakcji Sztokholu.
Po południu pospieszyłam na inną, niezbyt odległą wyspę w zachodniej części Djurgården – do Waldemarsudde. Nazywa się ją też muzeum sztuki. W galerii wystawione są malowidła księcia Eugeniusza, młodszego brata króla Augusta V. Są również inne dzieła, bo książę kochał sztukę i popierał młodych twórców, skupując ich prace.
W pałacu udostępnione są do zwiedzania apartamenty księcia. Wystrój oryginalny, jak za jego czasów. Wszystko gustowne, pełne światła, ciepła i wolności wpływającej tu przez wielkie okna, za którymi lazur wody, a na nim – białe żaglówki i dalej owinięte w zieleń zabudowania Sztokholmu. Waldemarsudde to miejsce, w którym można świetnie odpocząć.
Kolejnego dnia artysta-muzyk Kubuś Moszkowicz pokazał mi Starówkę. Wąskie i kręte uliczki, wciśnięte w nie kamienice, w piwnicach sklepiki z pamiątkami, kafejki. Zaliczyliśmy Pałac Królewski, wstąpiliśmy i do 700-letniego Storkyrkanu, czyli największego w mieście kościoła. To tu odbywają się śluby i koronacje monarchów. Legenda głosi, że zbudował go sam założyciel Sztokholmu. Kubuś zwrócił moją uwagę na późnogotycką rzeźbę z drewna dębowego i rogów łosia, przedstawiającego Świętego Jerzego (patrona miasta), walczącego ze smokiem.
***
I otrzymałam również to, na co cierpliwie czekałam od pierwszych mych dni w Sztokholmie: spacer z Klimą Oleszczuk po jej łąkach. Tyle się o tym nasłuchałam! W listach i rozmowach telefonicznych, na przesyłanych mi nagraniach kasetowych. To na tych emigracyjnych łąkach Klima czuje się w Szwecji najlepiej. Tam, kąpiąc się w ciszy soczystej przyrody, szuka natchnienia poetyckiego i na miejscu zapisuje swoje wiersze. Owo sam na sam z niebem i ziemią, pozwala Klimie tak prawdziwie do końca otworzyć swe serce i może wtedy bez zahamowania przed matką Ziemią się wyskarżyć, wypłakać, wyspowiadać. Matce Ziemi Klima zaufała jak nikomu. Przyroda jest jej przyjaciółką najwierniejszą. Tu Klima może popuścić wodze swej wyobraźni i… stać się nagle złotolistnym październikowym drzewem czy popłynąć pod niebem jako biały roześmiany obłok…
Krok miałyśmy szybki, rzekłabym, sportowy. Goniłyśmy w tenisówkach i lekkich kurtkach. Klima z parasolką w ręku – na przypadek deszczu, a ja – z dyktafonem w kieszeni. Trawa była jeszcze zupełnie zielona, niby wiosenna i tylko złoto-rdzawe brzeźniaki zdradzały obecność jesieni na łąkach. Przypomniało się mi, jak przed paroma dniami, przy budynkach uniwersyteckich, zrywałyśmy z Klementyną do jesiennego bukietu purpurowe liście dzikiego wina. Liście błyszczały czerwienią w ostrym północnym słońcu i Klima szepnęła przerażona: – Patrz, jakby uzbrojone w miecze, stanęły w swojej obronie! I już nie mogę ich dotknąć, nie śmiem ich dalej zrywać. Są takie porażająco piękne…
Zrozumiałam, że Klementyna czuje się żywo z przyrodą związana, jest jej częścią. Teraz właśnie przyznała z uśmiechem, że gdyby mogła wybrać kim się urodzić, byłaby… zwierzęciem! Dokładniej – koniem. Dlaczego właśnie koniem?
— Bo koń to mądre, piękne zwierzę! – roześmiała się siarczyście. — Po pierwsze, koń nigdy niczego niejadalnego nie połknie, co mu się trawi do obroku. W wiosce mojego dzieciństwa, Kuliku, rodzice trzymali klacz. Raz, jako dziecko, agrafkę zgubiłam i przerażona mówię: – Tatusiu, boję się, że mi agrafka do żłobu wpadła! A ojciec na to: – Nie martw się Klimcia, koń nigdy czegoś takiego nie zje!
— Koń napije się wody tylko z czystego wiadra, z takiego, co ludzie piją. Bardzo inteligentna to bestia – kontynuuje Klementyna. — Woziłam czasem zimą rąbankę (świeże mięso po zabiciu prosiaka) i nieraz bałam się, jak z powrotem wrócić, gdy będzie już ciemno. A ojciec powiada: – Nie martw się o nic, kładź się i śpij, kobyła sama cię przywiezie… Pamiętam, jak spadłam z wozu, a zwierzę stało i czekało, aż się podniosę, aż wykaraskam się z tych zaplątanych lejców.
— Ale przecież są też krnąbrne konie, nieposłuszne? – dorzuciłam.
— Są, są, wiem… Narowisty koń, to się mówi – ciągnęła Klima. — Ale sądzę, że jest to wtedy, gdy człowiek z nim obchodzi się niewłaściwie. Naładują niektórzy czasami ponad siły zwierzęcia i wtedy ono się buntuje. Albo jest katowane… To tak jak z dzieckiem. Bite nie będzie w życiu szczęśliwe ani posłuszne. Myślę, że wady można ła-godzić tłumaczeniami, delikatnością. Tak samo jest ze zwierzęciem…
— Czym jest człowiek według ciebie? – podpytywała znowuż mnie, naprędce w marszu. — Kiedyś jedna ze szwedzkich poetek napisała, że człowiek jest hybrydą: trochę od Boga, trochę od zwierzęcia. Myślę, że człowiek to stwór zupełnie odrębny – filozofowała Klima. — Jak mi ktoś twierdzi, że człowiek jest ukoronowaniem wszelkich stworzeń, to aż nie chce się mi tego słuchać. Przecież popatrz, Lodziu sama, co się dzieje w tym naszym ludzkim świecie?! Zwierzę natomiast zabija tylko wtedy, gdy musi się najeść. Zwierzę pilnuje swego skrawka ziemi i jeśli zaznaczy go, dla przykładu, moczem, to już jest to jego i nikt tam nie wskoczy. A człowiek włazi wszędzie. To jest szczególnie zaborcza istota… Myślę, że na początku, kiedy powstajemy przy złączaniu się dwóch komórek, to może jesteśmy i piękni i dobrzy?… Mnie się wydaje, że człowiek sprzeniewierza się później. Patrz, dzieci – wszystkie są urocze, z małymi wyjątkami. To potem się coś z nami robi. Coś się psuje. Nie, człowiek nie jest istotą doskonałą, tego jestem pewna! Dlaczego chorzy ludzie, z reguły, stają się źli? Dlaczego w chorobie człowiek nie uwypukla zawartej w sobie dobroci, gdzie ona się wtedy zatraca?
Klima zatrzymała się nagle, wzięła mnie za rękę i zajrzała mi w oczy, jakby spodziewając się odpowiedzi. Po czym uśmiechnęła się i pomaszerowała dalej, kontynuując swoją opowieść.
— Wychowałam się na wsi i pewnie dlatego tak fascynuje mnie przyroda. Ja się czułam od zawsze kawałkiem przyrody. Na wsi dużo używało się piasku: do posypywania klepiska w domu, do wysypania kurnika… W lesie mieliśmy dół, z którego się ten piasek brało i dobrze pamiętam jak nieraz czułam, że jestem tym piaskiem! Moim największym przyjacielem w dzieciństwie była nasza klacz. Człowiek w przyrodzie jest dla mnie na ostatnim miejscu. Dlatego, że tyle zła czyni. Uważam, że Bóg powinien skończyć tworzenie świata na zwierzętach. Zwierzę syte jest bezpieczne, a od człowieka nigdy nie wiadomo, czego się po nim spodziewać.
— Co, Klimo, jest dla Ciebie na pierwszym miejscu w przyrodzie? Drzewo? – przypuściłam pytając zaciekawiona.
— Tak, drzewo, głaz. Głazy są przepiękne, tajemnicze. Drzewo ubóstwiam, bo z małego ziareneczka wyrasta tak potężne jak dąb i nikomu to krzywdy nie robi.
***
Matka Klimy była zawsze związana z rolą. Matka stanowiła nie tylko trzon rodziny, ale należała też do kobiet, które i mężów zastępowały. Ci mężczyźni bowiem nie zawsze byli w Kuliku udani. Ojciec Klimy urodził się jako chłop, “ale z powołania chłopem nie był”; to matka ciężkie roboty wiejskie wykonywała. Ciotka – tak samo – do końca w pojedynkę uprawiała rolę, bo jej mąż zachorował wcześnie.
— …Zaraz tutaj zobaczysz zaorane pola! – ucieszyła się Klementyna. — Dla mnie to jest przepiękny widok. Mogłabym o tym ułożyć wiersz. Kiedy pisałam strofy “Stogu”, który ty w “Listach z daleka” opublikowałaś, to czułam, jak w mej wyobraźni rzucam się w macierzankę z dzieciństwa, jak ją wącham… Zawsze mocno wyczuwałam wieś, przyrodę.
— A czym jest dla Ciebie Bóg, Klimo?
— Księża dla mnie nie są potrzebni, bo to są zwykli ludzie, nieraz z wielkimi wadami i nie rozumiem, dlaczego mieliby nade mną górować? Ja się modlę zawsze do swego wnętrza, po prostu rozmawiam ze sobą. Myślę, że wielu tak czyni, tylko nie zawsze są tego świadomi. To, że czasami ludzie myślą, iż gdzieś tam jest jakaś siła wyższa, inteligentniejsza od nas, mnie wcale nie przeszkadza.
***
— Ja nigdy nie byłam krępowana – rozważała. — Może to stąd bierze początek, iż zawsze czułam się wolna i niezależna? Moja mama sama była ciekawa świata i mnie też wszędzie od maleństwa posyłała. Mama, a i inne kobiety ze wsi, były silne, niezależne, wszystko same potrafiły zrobić, mężczyźni się takich kobiet nie trzymali. W chłopstwie, jak pamiętam, najważniejsza była wolność. Wieś zależała od słonka, deszczu, dnia, nocy, pór roku. Nie miała jednak nad sobą żadnego ekonoma, żadnego rygoru. Drzwi chat na patyki pozamykane i nikt obcy progu nie przestąpił. Poszliśmy do kołchozu, popatrzyliśmy, spodobało się, więc zostaliśmy. I tak ze wszystkim.
— Matka moja, Zofia z Oleszczuków, wyszła za mąż za kuzyna, Włodzimierza Oleszczuka. W Kuliku, zresztą, tylko Oleszczuki żyli. Urodziło się czworo dzieci: trzy córki i syn. A jeszcze jedno dziecko zmarło na koklusz: pięćdziesiąt groszy rodzicom zabrakło i lekarz nie dał zastrzyka. W tamtych czasach koń się bardziej liczył niż dziecko. Bo konia trzeba było kupić, a dziecko można było spłodzić… A ja za mąż wyszłam już w Warszawie! – uśmiechnęła się i dodała:
— Lecz też byłam za silna i po tym, jak miłość wygasła, mój mąż sobie poszedł; tylko córka Madzia mi po nim została…
Po wojnie rodzina Oleszczuków wyjechała z Kulika na Zaporoże, na Ukrainę. Matka, dzieci i dwie krowy. Ojciec pozostał w Kuliku. Marzył o budowaniu wymarzonej Polski Ludowej.
Klima miała wtedy już szesnaście lat, była bardzo dorodna, zdrowa. Pamięta, jak wyskoczyła na zaporoskiej stacji jeszcze w biegu pociągu, taka była ciekawa nowego świata. Wiatr chuchnął ciepły, kwiaty zobaczyła ogromne i rozległe kołyszące się stepy. Wioska nazywała się Ługańsk. Sadzono tu zboże, kukurydzę, słoneczniki, bachczę. Przypomniało się jej właśnie, jak rozleniwiona leżała w polu, pilnując kołchozowych słoneczników. A ludzie jacy tam byli wspaniali! Wszystkie Ukrainki roześmiane, zdrowe, czyste. Pamięta, że nieraz się dziwiła, jak one sobie z przebieraniem radzą? Jedną sukienkę batystową dziewczyna miała na sobie, a druga schnęła mokra przy zabudowaniach na kołku…
Zimę Oleszczukowie przetrwali w ługańskim kołchozie. Klima chodziła do szkoły rosyjsko-ukraińskiej. Na wiosnę przyjechał ojciec i zabrał rodzinę do Polski.
Kilka lat mieszkali wtedy w Zdołbicy pod Równem, na przygranicznych polskich terenach. Ludzie w Zdołbicy byli bogaci, mieli ładne domy. Klima uczęszczała do szkoły dla młodzieży pracującej. Szkolenie szło jej jak z płatka, a łaknęła tych nauk szalenie! Pytając jakoś o ulicę Mickiewicza, dowiedziała się, kto to był Adam Mickiewicz. Po latach broniła pracy magisterskiej pod tytułem “Ukraiński poeta Franko, jako tłumacz wierszy Mickiewicza”.
— Tak właśnie żyję, codziennie łącząc się w myślach z moją rodzinną wioską – uśmiechnęła się Klima. — Ta więź jest coraz mocniejsza, umiejscawia mnie tutaj w Szwecji, daje siłę do trwania w tym obcym przecież kraju…
Zatrzymałyśmy się przy ogromnym głazie, porysowanym łańcuchami pisma runicznego. Obok umieszczona jest tablica z wyjaśniającym napisem po szwedzku. Klementyna tłumaczy mi, że jest to kamień, na którym ojciec upamiętnił śmierć swego syna. Napisał on, że syn pójdzie do Boga, choć pewnie i nie był tego za życia wart. Innym przypomnieniem o zmarłym miał być jeszcze jakiś most. Tego jednak w pobliżu nie znalazłyśmy. Porobiłam zdjęcia okolicy. Byłam wdzięczna Klementynie za kolejne przybliżenie Szwecji.
***
Nastał dzień odlotu. Wieczorem będę u siebie, w Belgii. Siedząc przy porannym stole w kuchni Klementyny, jadłyśmy gorące placki ziemniaczane ze śmietaną. Do śniadania dołączyła się Jaga Janiec, jedna z licznych koleżanek Klimy. Nie udało się pani Jadze być na moich spotkaniach autorskich, koniecznie więc chciała zobaczyć się choć na pożegnanie. Osoba delikatna i kulturalna, pełna wspomnień z Wilna, które poznała dzięki redakcji “Kuriera Wileńskiego”. Przyniosła mi własnego chowu fiołek doniczkowy, parę książek o Wilnie i o Kazachstanie, a także nastrój ciepły, serdeczny.
Trochę podpytałam panią Jagę o jej losy. Są powikłane, jak każdego emigranta.
Po śniadaniu we trzy zjechałyśmy ruchomymi schodami do metra. W podziemiach Tensty, pani Jaga sfotografowała mnie z Klimą na pożegnanie. Stanęłyśmy przy skale ze szwedzkim powiedzonkiem: “Hålla om varandra för att inte falla”. Czyli: “Trzymajmy się razem, żeby nie upaść”.
Leokadia Komaiszko
