Jak nie zrobiłem kariery (naukowej), nie obroniłem doktoratu i nie zostałem profesorem
Mój szwagier mówił często mojej starszej siostrze, lekarce, która sprawowała niekiedy funkcje ordynatora jednego ze sztokholmskich szpitali: czemu ty jeszcze nie jesteś profesorem…?
Ja sam nigdy nie miałem ambicji naukowych. Co prawda, gdy zdawałem magisterium z historii, jeden z egzaminatorów, późniejszy minister oświaty czy szkolnictwa wyższego i przewodniczący Rady Państwa PRL prof. Henryk Jabłoński, wpłynął na mego promotora prof. Rafała Gerbera (który chciał mi dać ocenę dobrą), aby jednak postawić mi piątkę. Była to jednak piątka mniejszego kalibru niż ta, którą równocześnie dostał kolega z tegoż seminarium, Andrzej Bartnicki. Zaproponowano mu z miejsca asystenturę, po czym zrobił doktorat, habilitację i został profesorem.
Tu otworzę nawias na pierwszy dowód tezy o bezużyteczności czy niekiedy wręcz szkodliwości wykształcenia dla promocji kariery. Gdy intensywnie przygotowywałem pracę magisterską, mój starszy wiekiem o rok, ale młodszy o tyleż na studiach historii, kolega Grzegorz Dubowski, właśnie zakładał tygodnik Ekran. Znając moje zainteresowania, proponował mi udział w ścisłej, właśnie kompletowanej redakcji. Zajęty dyplomem grzecznie podziękowałem i ten tramwaj wkrótce odjechał. Gdy Grzegorz ponowił propozycję półtora roku później, warunki były już inne, stanowisko podrzędne, większość liczących się już obsadzona, przeto moja droga do sukcesu stała się dłuższa. A sam Grzegorz nigdy nie ukończył pracy magisterskiej, za to jeździł do Cannes, przyznawał sobie wysokie wierszówki i w końcu został zdjęty ze stanowiska za nadużycia finansowe, w dodatku z 2-letnim wyrokiem sądowym w zawieszeniu. Co mu zresztą nie przeszkodziło w dalszej karierze, w telewizji (Klaps i Pegaz). Zamykam nawias.
Gdy przeniosłem się do Szwecji, nieobecne niegdyś ambicje naukowe odezwały się z nieoczekiwaną energią. Chyba działałem w myśl rosyjskiego zwrotu: ot nieczego dielat’, czyli po prostu z nudów. By urozmaicić sobie nie zawsze w końcu jednakowo pasjonującą pracę w Szwedzkim Instytucie Filmowym (SFI), zainteresowałem się aktualnie rozpoczynającym swą działalność wydziałem teatru i filmu sztokholmskiego uniwersytetu, tym bardziej, że zajęcia odbywały się w tym samym, filmowym gmachu (Filmhuset). Pierwszego profesora filmoznawstwa Rune Waldekranza miałem już wcześniej okazję poznać i to on właśnie doradził mi, po obejrzeniu mych świadectw z warszawskich 2-letnich podyplomowych studiów filmoznawczych, bym zaliczył 2 punkty (betyg) w sposób przyśpieszony, zdając u niego egzamin ustny (w formie luźnej rozmowy utrzymanej w miłym, koleżeńskim tonie) na podstawie obowiązkowej literatury i dopiero w trzecim, wymaganym semestrze, wziął udział w kilku seminariach, przedstawił i obronił t.zw. 3-betygsupsats, odpowiednik pracy magisterskiej. Zgodził się, a nawet wręcz podsunął mi, abym do tego celu przystosował moje dwa dłuższe, już opublikowane w Szwecji artykuły o reżyserze Jerzym Skolimowskim. Po tym mogłem już przystąpić do studiów doktoranckich. I wcale nie byłem tu upośledzony wobec rdzennych Szwedów; także tubylcy, absolwenci wyższych uczelni, obowiązani byli do zaliczenia tych 3 betygów (60 punktów) z filmoznawstwa.
Na seminaria doktoranckie uczęszczałem przez kilka lat, zdałem większość wymaganych egzaminów, wybrałem temat pracy doktorskiej i nawet opublikowałem jej wstępny szkic w pewnej pracy zbiorowej. Później jednak zmienił się profesor; ów nowy, Leif Furhammar, uznał, że solidne opracowanie przeze mnie tematu wymagać będzie obejrzenia trudno dostępnych amerykańskich filmów zimnowojennych, w zestawie większym niż sam zamierzyłem (sowieckie obejrzałem ponownie w Filmotece Narodowej w Warszawie dzięki dość ryzykownej uprzejmości naczelnego filmografa Leszka Armatysa), co wiązałoby się z kosztownymi podróżami do Waszyngtonu, gdzie filmy te kiedyś odszukałem w Library of Congress. Uznałem więc, że nie mam czasu, ani finansowych możliwości, sprostać tak wysokim wymaganiom. Na swoje usprawiedliwienie wmawiałem sobie (chyba nie bez słuszności), że raz – pracuję na pełnym etacie, dwa – ów doktorat będzie niemal wyłącznie piórkiem do kapelusza i kolejnym powiększeniem nawisu wykształcenia w moim miejscu pracy (co po szwedzku się nazywa överkvalificering), natomiast ani na jotę nie zmieni mojej sytuacji zawodowej, bo nadal nie uważałem się za zdolnego do prowadzenia wykładów i seminariów ze studentami, w dodatku w języku szwedzkim.
Tu otworzę drugi nawias na poruszony wcześniej temat – nieprzydatności, szkodliwości… Wśród pracowników SFI niewielu legitymowało się dyplomem uniwersyteckim. Szczególnie w moim dziale, gdzie biblioteką kierowała pani w moim wieku po maturze i z jakimś krótkim kursem bibliotekarskim. Także niektóre inne ważne działy, jak archiwum filmowe czy dział dystrybucji, kierowane były przez Szwedów niewiele ode mnie młodszych, którzy studiowali w Uppsali szereg lat, ale zaliczyli bodaj tylko pierwszy rok. Co nie zmienia faktu, że obaj byli, w przeciwieństwie do w.w. bibliotekarki, wybitnymi fachowcami, autentycznymi pasjonatami filmu. Zamykam nawias.
W międzyczasie jednak nie próżnowałem i różne publikacje w zakresie filmu, a także alpinizmu (a najbardziej w obu tych dziedzinach łącznie) powodowały zaproszenia do Polski na rozmaite semi-naukowe imprezy. Organizatorzy jednej z nich, gdzie miałem wystąpić z referatem o filmie górskim, uznali, że przy tak bogatym dorobku, nie mogę plasować się poniżej doktoratu i – mimo mych sprostowań i zaprzeczeń – tytułowali mnie odtąd doktorem. To może taki krakowski obyczaj. Także w pobliskich Katowicach, gdzie miałem kilka lat później na festiwalu filmów górskich prezentować odnaleziony przeze mnie przypadkiem w British Film Institute polski reportaż z wyprawy w Andy (1934) zapowiedziano moje wystąpienie, tytułując mnie profesorem. Oświadczyłem ze sceny, że być może organizatorów zmylił mój garnitur (licznie zgromadzeni alpiniści ubrani byli na ogół w dżinsy i swetry), ale wbrew pozorom nie jestem profesorem, co wzbudziło niejaki entuzjazm publiczności.
W ostatnich latach w jakimś stopniu stałem się jednak profesorem, bo raz w roku mam na katedrze slawistyki uniwersytetu w Sztokholmie wykład z historii polskiej kinematografii, i tam też, niektórzy polscy słuchacze, nie mają pewności jak mnie tytułować, co rozstrzygam radą: panie Aleksandrze.
Aleksander Kwiatkowski
Z książki: „Vademecum nieudacznika czyli antymemuary” Polonica 2015
Foto: Public Domain
