O Trybunale…
Wysłuchałem (Internet) wypowiedzi profesora Marcina Matczaka, w której – jak to u niego, dał kryształowo jasną i prostą wykładnię niezbędności w systemie demokratycznych rządów niezależnego od polityków najwyższego gremium prawa, Trybunału Konstytucyjnego.
Tym bardziej niezbędnego, bowiem demokracja ma w sobie genetyczny założycielski błąd, który dobrze ilustruje następujący przykład:
Jeżeli w państwie ludożerców wprowadzi się demokrację, to wynik głosowania: 51 procent do 49 procent, pozwoli 51 procentom zjeść 49 procent. Oto symboliczny przykład na to, że większość może zaatakować i zlikwidować mniejszość. II wojna światowa i nazizm był również dobrym acz tragicznym przykładem, czego może dokonać większość w Bundestagu.
Po to, między innymi, powstało sądownictwo konstytucyjne, żeby taki atak nie mógł mieć miejsca.
W rządzonym demokratycznie państwie musi istnieć coś, co może przeciwstawić się władzy większości. Po to, aby rządy większości były zgodne z obowiązującym prawem, aby większość nie mogła zrobić czegoś złego, musi istnieć (W Polsce piętnaście osób, w USA dziewięć), organ którego członkowie mogą powiedzieć „Nie wolno! Zabraniamy!” i trzeba ich słuchać.
Ci ludzie są bardzo ważni i pieczołowicie wybrani (broń panie boże z polityków!), ponieważ większość zawsze ma tendencję do tego, by chcieć dokuczyć mniejszości, zatem musi istnieć ciało, które stanowi przeciwwagę dla sił większości. Ciało niezależne od poglądów i celów, jakie wyraża większość.
Tym ciałem jest Trybunał Konstytucyjny, strażnik i najważniejszy hamulcowy wszelkich zakusów na demokrację i jej sądownictwo.
Andrzej Szmilichowski
