Domácí_pec_s_plotnou

Jak o tym opowiadam moim dzieciom, a tym bardziej wnukom, zgodnie pytają mnie, czy żyłem w epoce kamiennej. A nie było to aż tak dawno. Zaledwie upłynęło 70 lat. Wspomnieniami powrócę do końca lat 50-tych do kraju nie tak bardzo oddalonego od Szwecji. Moje opowiadanie o sztuce przetrwania sprowadzę do Polski, do dosyć dużego – w tych czasach – powiatowego miasta. Płocka.

W Płocku szczęśliwie się urodziłem i tam właśnie stawiałem swoje pierwsze kroki. Poznawałem świat i uczyłem się wszystkich nowości, które napotkał mój wzrok. Dzisiaj widzę, że tych nowości nie było zbyt wiele, ale na tyle fascynujących, że głęboko utkwiły w mojej pamięci. Niektóre zapamiętane przeze mnie obrazki będę musiał wam szczegółowo opisać. Świadomość, którą mamy w XXI wieku nie będzie w wielu przypadkach mogła sobie wyobrazić tak skomplikowanych wydarzeń.

Skupię się na mieście Płock i jego okolicach, ponieważ mieszkałem tam do 16 roku życia. Pamiętam jako małe dziecko, że mama, która nie pracowała wtedy aż do czasu kiedy poszedłem do szkoły, zabierała mnie zawsze na zakupy. Poszedłem z mamą do drogerii – takiego sklepu, w którym można było kupić wszystko co potrzebne w gospodarstwie domowym. Mama kupowała pastę do zębów. Ale to nie było takie proste jak dzisiaj. Trzeba było oddać pustą, zużytą tubę, żeby moc nabyć nową. Pamiętam, że była ona dosyć ciężką. Wykonana solidnie z ołowiu. W dniu dzisiejszym to coś nie do pomyślenia i do zrozumienia – metal, z jakiego ta tuba została wykonana. Sam nie wiem, co mnie w tym zainteresowało, ale pamiętam to do dnia dzisiejszego.

Następny obrazek, który utkwił mi głęboko w pamięci, to również obrazek z Płocka. Szedłem jak zwykle z mamą do jakiegoś sklepu w centrum Płocka. Na ulicy Tumskiej remontowano jezdnię i pracowali przy tym więźniowie. W Płocku, prawie w centrum miasta na ulicy  Sienkiewicza, znajdowało się więzienie otoczone wysokim murem i drutami kolczastymi. Więźniowie wykorzystywani byli do najcięższych prac przy budowie dróg i innych prac kamieniarskich. Pamiętam ich pasiaki, czyli ubrania takie same jak w obozach koncentracyjnych w czasach II wojny światowej. Mieli nawet takie same nakrycia głowy. Było ich około 20. Pilnowało ich kilku umundurowanych strażników z karabinami maszynowymi. Obok przechodzili ludzie. Dla mnie było to przerażające. Czy takie sceny są możliwe w dniu dzisiejszym? Ale, patrząc z perspektywy czasu, może był to dobry sposób wychowawczy i prewencyjny dla przestępców? Widok ten był tak przerażający, że na pewno nie zachęcał, żeby znaleźć się w tej grupie robotników.

Następne obrazki z tej „epoki kamiennej” to rynek w Płocku. Tam co tydzień, we wtorki i piątki, odbywał się targ. Przyjeżdżali chłopi ze wsi i sprzedawali przeróżne produkty zwane spożywczymi. Na wozach do których zaprzężone były konie rozkładano mięso bezpośrednio na deskach tych wozów. Mięso było właściwie podobne do tego, które widzimy dzisiaj w sklepach mięsnych. Porcjowane w mniejsze lub większe kawałki. Czasami chłop miał ze sobą wagę, ale płaciło się za kawałek, a nie za ciężar. Jakoś to funkcjonowało. Kiedy było lato i muchy poczuły luksusową ucztę, nikt nie pytał się o higienę, o Sanepid bądź o opakowania. Nie było torebek plastikowych i związanych z nimi problemów ekologicznych, tak jak dzisiaj. Sztukę mięsa chłop zawijał w jakieś papiery niewiadomego pochodzenia. Oczywiście przy każdym wozie stał koń, który też musiał załatwiać swe potrzeby fizjologiczne. Jak załatwiali je chłopi? Nad tym się nie zastanawiałem.

Na rynku były tak zwane okrąglaki, czyli takie jakby baraki murowane w kształcie litery U. Te baraki ciągnęły się przez cały rynek. Sądzę, że około 200 metrów. Tam znajdowały się sklepiki, gdzie można było kupić dosłownie wszystko państwowej produkcji. Tam też znajdowała jedyna toaleta dla paruset sprzedawców. Przed toaletą siedziała zawsze tzw. babcia klozetowa, która pobierała opłatę i wydawała zamiast papieru toaletowego kawałek udartej gazety.

W jednym z tych sklepików rzeźnik sprzedawał swoje wyroby wędliniarskie. Utkwiła mi w pamięci kiełbasa piwna. Przypominała piłkę do rugby, ale na pewno nie piwo. Moja prababcia była stałą klientką na tym targowisku. Zabierała ze sobą metalowy pojemnik, nazywany kanką. Wlewano do niej mleko, które mierzono nie na litry tylko na chochle, czyli takie głębokie łyżki z długą rączką. W ten sam sposób babcia kupowała śmietanę, która była gęsta i prawie można ją było kroić. Do śmietany też trzeba było mieć swoje naczynie. Śmietanę mierzono trochę mniejszymi chochelkami. Przed zakupem  zawsze można było ją spróbować, nabierając troszkę na palec lub na swoją łyżeczkę, którą prababcia zawsze miała w kieszeni.

Z tych wozów konnych można było kupić dosłownie wszystko: sałatę, ziemniaki, marchew, pietruszkę i wszystkie warzywa. Nikt nie pytał o ekologię, bo wszystko tylko takie było. Zapamiętałem jednego dostawcę, który przywoził do sprzedaży setki słoneczników. Były wielkie i bardzo kolorowe. Musiały być bardzo popularne na tym targowisku, gdyż jego wóz szybko zostawał pusty. Ludzie kupowali słoneczniki i wydłubywali ziarenka i je żuli.

Mleko było świeże, można powiedzieć, że prosto od krowy. Odwirowano z niego śmietanę w miejscowych mleczarniach. Jak się dowiedziałem po wielu latach, te wirówki do separowania śmietany to był szwedzki wynalazek pochodzący z zakładów Alfa Laval. Każda wioska taką miała. Mleko nie było pasteryzowane. Ponieważ w tych czasach nikt nawet nie znał lodówek. Mleko takie można było przechować maksymalnie do dwóch dni. Na drugi dzień zmieniało swoją konsystencję. Separowało się i na dole w pojemniku zbierała się tzw. serwatka, podobno bardzo zdrowa, mętna jak woda, nieco kwaskowata i orzeźwiająca. Na górze pojemnika to już było mleko zsiadłe. Jadło się je często jako obiad z gotowanymi ziemniakami okraszonymi skwarkami lub przesmażona na maśle bułką tartą.

W naszym mieszkaniu, które znajdowało się w centrum Płocka, zapamiętałem również parę szczegółów, które na stałe zniknęły w moim późniejszym życiu. Domy ogrzewano piecami kaflowymi. Do nich, z komórek (absolutnie nie myląc z telefonami komórkowymi) zwanych również stajenkami (które każdy mieszkaniec miał wybudowaną na podwórku) przynosiło się codziennie węgiel. Czyli w skrócie można powiedzieć – dla lepszego zrozumienia dla dzisiejszej młodzieży – takie czarne kamienie, które spalano w piecach kaflowych i specjalnych kuchniach, na których gotowano jedzenie. Kuchnie te miały tak zwane fajerki, czyli okrągłe krążki, różnych wielkości, na których stawiano garnki z jedzeniem i gotowano. Wszyscy w mieście tak robili. Wyobrażam sobie, jak ten dym z kominów musiał śmierdzieć, ale wtedy nikt o tym nic nie mówił i nie sądzę, żeby to komuś przeszkadzało. Taki był wtedy sposób na życie.

W kuchni, jak pamiętam, był również mistyczny kran, z którego leciała tylko zimna woda. Pod kranem, jako standard, zawsze znajdował się żeliwny zlew, do którego wylewało się wszystko co dało się wylać. W naszym mieszkaniu mieliśmy, można powiedzieć, luksus. Mieliśmy własną toaletę i wannę. Wodę do niej podgrzewało się oczywiście węglem w olbrzymim kotle, takim jakby termosie wysokim na metry i o średnicy pół metra. W wielu budynkach mieszkańcy nie mieli takiego szczęścia i ubikacja była jedna dla wszystkich mieszkańców na korytarzu lub na podwórku.

Zapamiętałem również śmietnik. To było coś strasznego. Często wielka dziura wygrzebana w ziemi wielkości 2×2 metry. I głęboko na 2 metry. Na naszym podwórku dziura ta była murowana. Tam każdy wyrzucał śmieci i wszystko, co się dało. Dla młodych i zainteresowanych przyrodników była to istna atrakcja. Można było, tak jak na safari w miniaturze, oglądać coś w rodzaju egzotycznych miniaturowych dzikich zwierząt. Ale to były szczury i stada przeróżnych latających olbrzymich owadów i much. Raz w tygodniu przyjeżdżali pracownicy, którzy szpadlami i innymi narzędziami pakowali te śmierdziele na wozy konne i gdzieś je wywozili. Fetor pamiętam do dnia dzisiejszego. Na szczęście nie da się go opisać.

I jeszcze jeden obrazek z miejskiego życia. Na ulicy Kościuszki na jednym z podwórek znajdował się magazyn lodu. Przecież lodówek jeszcze wtedy nie było. Olbrzymie kawały lodu, jak pamiętam wielkości dzisiejszej pralki, składowane były w bardzo wysokim kopce  sięgające 10 metrów. Bloki tego lodu poukładane były jeden na drugi i przykrywane grubą powłoką trocin. Bryły lodu wycinano podczas zimy z pobliskich jezior i rzek, później transportowano je saniami do miejsca przechowywania. Technika izolacji pozwalała na zachowanie lodu nawet przez całe lato.

Na wakacje jeździliśmy zawsze do babci i dziadka na wieś. Wieś ta  leżała około 20 kilometrów od Płocka i dumnie nazywała się Zagroba. Była to niesamowita przepaść cywilizacyjna. Jak sięgam pamięcią nie dochodziła tam żadna komunikacja, nie było nawet ubitej drogi. Tylko jakaś wyjeżdżona przez wozy konne nierówna ścieżka, która była bardzo wyboista i podczas deszczów prawie nieprzejezdna. Rowerem można było udać się do najbliższego autobusy, który przejeżdżał raz dziennie. Albo trzeba było iść około 4 kilometrów. Dla dorosłego to niewiele, ale dla dziecka to była życiowa wyprawa. Trzeba było załapać się na przejeżdżający autobus, który nie wiadomo było dokładnie, o której godzinie przyjedzie. Przeważnie przyjeżdżał „mniej więcej”.

Zapamiętałem taka jedną wyprawę od dziadków do Płocka w środku zimy. Śnieg padał niesamowity. Miałem wtedy może 5 lat. Tej dróżki nie było widać. Przedzieraliśmy się z ojcem przez dosłownie metrowe zaspy. Było bardzo ciemno. Mój tata musiał mnie nieść na rękach, gdyż ja nie miałem już siły. Autobus nie przyjechał, a może nie zdążyliśmy na czas. Obok drogi stało jakieś gospodarstwo, które bez żadnego problemu przenocowało nas, nakarmiło kolacją i śniadaniem. Na następny dzień udało nam się dotrzeć do Płocka do naszego mieszkania.

Na tej wsi nie było prądu i oświetlenia. Opisuję koniec lat pięćdziesiątych i początki sześćdziesiątych. Tak jakby o tej wsi wszyscy zapomnieli. Ja z bratem jako małe dzieciaki jeździliśmy tam na wakacje. Pomimo niewyobrażalnych w dniu dzisiejszym warunków bytowania, jakoś sentymentalnie i miło wspominam te wakacje. Pobyt tam nauczył mnie wiele. Przede wszystkim… przeżycia w trudnych warunkach. Te doświadczenie dawały niekiedy wiele siły do przetrwania i, mam nadzieje, że nigdy nie będę musiał ich wykorzystywać w przyszłości. Wszyscy się cieszyli jak była pogodna noc, święcił księżyc i było coś widać na zewnątrz. Dziadek i babcia mieli dość duży dom, który dziadek wybudował sam. Kiedy zapadał zmierzch i w domu było już ciemno, zapalaliśmy lampy naftowe. Dokładnie takie same jak je wymyślił Ignacy Łukaszewicz. Pojemnik z naftą, knot, przezroczysty szklany klosik i lusterko z tylu, żeby rozpraszało światło. Lampki te, jeśli chciało się rozjaśnić, trzeba było specjalnym pokrętełkiem wysunąć knot. Świeciły wtedy jaśniej, ale dymiły też intensywniej. Ten smród, palącej się nafty przypominający kopcący dieslem samochód, na wieki pozostał w mojej pamięci. W razie zimniejszej pogody były oczywiście tradycyjne piece, do których można było wrzucić wszystko co się paliło, ale dawało oczekiwane ciepełko.

Woda niezbędna do życia to też historyczna wyprawa do studni. Nie wiem, czy wszyscy dzisiaj wiedzą co to takiego studnia. To dziura wygrzebana w ziemi, czasami nawet na kilkanaście metrów. Średnica jej to około 1 metr. W tę dziurę wkładano betonowe kręgi, żeby ziemia się nie obsuwała. Ostatni krąg wystawał jakiś metr nad ziemię. Nad nim zawsze był taki daszek żeby śmiecie, liście i deszcz nie wpadały do życiodajnej wody. Studnia to była świętość w każdym gospodarstwie. Pamiętam ten smak wody. Bardzo zimna i orzeźwiająca. W smaku chyba jak każda woda źródlana. Pamiętam, że w tej wodzie mydło się nie rozpuszczało. Powstawały kluski i szybko woda robiła się mętna.  Mówiono że woda jest „twarda”.

W samym domu nie było luksusów. W największym pomieszczeniu  stały dwa łóżka. Zapamiętałem materace nazywane siennikami. Babcia robiła je sama. Zszywała z worków wielkie płachty i wypełniano je słomą lub sianem. Czasami materac ten kłuł niemiłosiernie, ale po jakimś czasie słoma układała się i dopasowała do ciała. Żeby nam było wygodniej babcia nakrywała dla mnie i brata ten materac dziadka kożuchem. Było trochę gorąco, ale luksusowo.

O toalecie nie wspomnę. Bo jej po prostu nie było. Trzeba było iść do tzw. wychodka, zwanego również sławojką, czyli domku z dachem i drzwiami oraz dziurą w ziemi, do której się załatwiano. Sławojka pochodzi od nazwiska Felicjana Sławoja Składowskiego, premiera i ministra spraw wewnętrznych w II Rzeczpospolitej w latach 30. XX wieku. Zainicjował on akcję poprawy higieny na wsiach, nakazując  budowę drewnianych, zewnętrznych ustępów przy każdym gospodarstwie. Sołtys zlecał od czasu do czasu komuś posypywanie wapnem tej dziury i śmierdzącej zawartości. Co jakiś czas przyjeżdżał konny zaprzęg, który nazywano beczkowozem, i opróżniał to co chciałbym nazwać ubikacją.

Z życia wiejskiego zapamiętałem bardzo dokładnie babci zaangażowanie i pracowitość. Cały dom, pilnowanie mnie i brata było na jej głowie. Dziadek pracował jako murarz i wynajmował się do pracy na budowy w pobliskich wioskach. Dziadek miał maleńkie gospodarstwo. Jedną krowę, parę świń i kury, które regularnie zjadaliśmy z bratem podczas wakacji. Babcia łapała takiego ptaka i ta gonitwa bardzo nam się podobała. Potem obowiązkowo musieliśmy opuścić widownię zwaną przez nas areną. Nie bardzo rozumieliśmy dlaczego. Wraz z bratem postanowiliśmy rozwiązać tę zagadkę. Zobaczyliśmy jak babcia siekierą odrąbywała łeb kurze, potem skubała z piór i gotowała dla nas jedzenie. Tak dobrego rosołu nigdy już więcej nie jadłem.

Naszym rutynowym zajęciem było chodzenie na tzw. łąki. Wydobywano stamtąd torf, to takie gęste czarne błoto, które formowano tak jak cegłę i suszono na powietrzu całe lato. W zimie ten torf znakomicie nadawał się do palenia w piecu i ogrzewania. Na tych łąkach, z powodu wilgoci, rosło dużo pokrzyw. Babcia sierpem wycinała te pokrzywy. Ja z bratem układaliśmy je na olbrzymich płachtach, które babcia zawsze miała przygotowane właśnie do transportu tych pokrzyw do domu. A właściwie na podwórko.  Stamtąd codziennie brała ich dużą porcję, cięła wielkim nożem na małe kawałki, dodawała do nich gotowane ziemniaki, resztki jedzenia i mieszała wszystko w wielkiej beczce. Było to jedzenie dla świń. Krowę wyprowadzaliśmy codziennie na pole. Trzeba było z nią maszerować około 2 kilometrów. Krówkę zostawiało się na polu samą. Na rogach miała przymocowany żelazny gruby łańcuch  długości paru metrów. Na końcu łańcucha był półmetrowy pręt zwany palem, który wbijało się w ziemię, żeby zwierzak nie uciekł. W środku dnia trzeba ją było przeprowadzić parę metrów dalej, żeby znów miała nową porcję jedzenia. Wieczorem przyprowadzić do obory. Tam babcia ją doiła. Krówka ta dawała może 15 lirów mleka. Mieliśmy w zwyczaju pić je od razu po dojeniu. Pachniało właśnie krową. Mleko było jeszcze cieple. Nikt nawet nie myślał, czy to zdrowe, czy nie. Smakowało wyśmienicie i tego smaku nie zapomnę nigdy.

Jako deser do tego mleka były świeżutkie bułeczki, które piekł na tej wiosce piekarz dwa razy w tygodniu. Bułki pszenne prosto z pieca to najpiękniejsze wspomnienia tych. jakby nie było, trudnych i niewyobrażalnych w dniu dzisiejszym czasów. Nie było luksusów. Było dużo niewygody, ale za to wiele szczęścia, radości, takiej jak te bułki z mlekiem.

Jedno jest pewne. Czasy te nauczyły mnie wiele szacunku do każdego dnia, do  jedzenia i do pracy. Pomimo wszystkiego nie chciałabym, żeby takie czasy „epoki kamiennej” kiedyś powróciły. Nawet na jeden dzień. Nie wyobrażam sobie w takiej sytuacji moich dzieci, a tym bardziej wnuków. Przecież dla nich parominutowy brak zasięgu w telefonie to istna rozpacz. Toaleta musi być ogrzewana, nowoczesna, ze światłem i ciepłą wodą. Dzięki Bogu, że tak właśnie jest.

Ale jestem szczęśliwy, że mogłem porównać te dwa, tak różne, światy.

Marek  Lewandowski

 

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer