Valencia mi amor
Na liczącej ponad 2500 km trasie Walencja – Stockholm w cztery godziny przemierzyliśmy niemal całą Europę. Eugène Ionesco, na przebycie konną pocztą nieco krótszej trasy z Bukaresztu do Paryża, potrzebował miesiąca. Zapewne liczne oberże po drodze mogły zdjąć nieco z ciężaru podróżowania. My, podróżując minimalistycznym Ryainarem, migiem przedostaliśmy się z rozjarzonego Południa do chmurnej Północy, w której jesień preferowała już potężne łysiny w grzywach drzew… no ale: sorry, taki mamy klimat, a mój komentarz niesprawiedliwy; przecież lubię Stock- holm, nawet ten wyblakły, późnojesienny.
Walencja to trzecie co do wielkości miasto Hiszpanii, duży ośrodek nowoczesnej nauki i sztuki, spory campus uniwersytecki, do tego bardzo rozgałęziony licznymi instytucjami uniwersytet katolicki. Łatwo tu zatem nie tylko o imprezy masowe ale i bardziej wyszukane eventy kulturalne. Te najbardziej widowiskowe to parady, fety, z przemarszem przez miasto wykonanych z masy papierowej, ustawionych na drewnianym stelażu, ogromnych malowanych figur. Większość rzeźb jest tak duża, że nie można ich zobaczyć w całości aż do pierwszego dnia Festiwalu Fallas, który trwa przez tydzień, corocznie w marcu.
Znaleźć się tu w Boże Ciało! Co za procesja, co za spektakl wokół Katedry (na ucho dodam, że Święty Graal czyli po hiszpańsku: Santo Cáliz, wystawiony w bocznej kaplicy katedry walenckiej, to TEN Graal!).
Miasto uwodzi udaną plastyką układu urbanistycznego, różnorodnością dzielnic, spektakularną architekturą, i tą dużą i tą małą. W Walencji znajduje się jeden z największych kompleksów przeznaczonych do popularyzacji nauki i kultury. Chodzi o słynne na cały świat Ciutat de les Arts i les Ciències. Kompleks ten tworzą spektakularne budowle. Najczęściej fotografowane to: Hemisfèric i Oceanogràfic (zobaczyć je w wieczornym oświetleniu!). Od ponad ćwierć wieku uświetniają miasto awangardową architekturą, będącą dziełem Santiago Calatravy i Felixa Candeli.
Są dobrze zachowane ślady przeszłości rzymskiej i arabskiej. Jest średniowieczne pomauryjskie Barrio de Carme, dzielnica w której mieszkaliśmy przez miesiąc. Są imponujące Ogrody Turii, czyli ciąg parków i ogrodów z osiemnastoma mostami na długości 9 kilometrów, rozmieszczonych w byłym korycie rzeki Turia. Zielony trakt przemierza śródmieście dzięki temu, że w latach 50-tych XX wieku, w wyniku notorycznych wylewów, dwoma kanałami przerzucono bieg rzeki na obrzeże miasta.
Jest centrum administracyjne, ( przy i wokół La plaza del Ayuntamiento), które nie ustępuje urodzie prestiżowemu centrum Madrytu. Są i malownicze acz byłe już osady rybackie, przyczepione do szerokiej piaszczystej plaży nadmorskiej. A wokół miasta pola ryżowe, pamiętające jeszcze czasy Maurów, no i pomarańcze z których Walencja słynie na świat.
Są szerokie bulwary wokół których przystanęły prestiżowe kamienice bogatego mieszczańskiego (Grand Via), jest też kilka okazałych hal targowych, z historyczną pieczęcią. Najbardziej znane to, nazywane po walencku: Mercat Central i Mercat Colon. Same w sobie są na tyle atrakcyjne, że przyciągają turystów z innych krajów. Kościoły i klasztory po hiszpańsku okazałe, niektóre zamienione na centra sztuki, jak np. Centre del Carme, przy Plaza del Carme, nasze z Elą smultronställe.
Jesteśmy w Walencji po raz trzeci. Od pierwszej wizyty upłynęło 20 lat. Za każdym wjazdem zachwyt na nowo. Przecięcie znakomitych współrzędnych. Chce się tam być i chce się tam wracać. Walencja ma w sobie wszystko to, co świetnie położone duże miasto może zaoferować. Elegancja w kontredansie z plebejskością, wytworne budowle statusowe, godne kraju niegdyś imperialnego, ale i współczesne dzielnice mieszkalne, funkcjonalne, porządne, z przyjazną ludziom małą architekturą. Ogrody soczyste barwami, bujne roślinnością parki i skwery (ogromne fikusy prosto do księgi Guinnessa), rzędy palm wzdłuż arterii, śmiała architektura wokół. Kilometry szerokich piaszczystych plaż przyjmujących fale Morza Śródziemnego. Jest i rozbuchany street art. Lubimy się poszwendać po ulicznej galerii w licznych zakątkach miasta, najwięcej tego w odwiedzanym chętnie przez przybyszów Ciutat Vella. No i ta mnogość galerii, wystaw, miejsc do występów, koncertów, plenerów.
Wymarzone miejsce do flanerowania. Miasto uważane za miłe i bezpieczne. Notujemy wysyp chętnych do jazdy na wynajętych dwukółkach. Nawet zagraniczne grupy wycieczkowe najczęściej widzieliśmy podążające na rowerach. Mnogość biegaczy na ścieżkach zielonej Turii. Liczne boiska, pełne dzieci i młodzieży trenującej ciężko. Mimo to, drużyna seniorów, czyli Valencja CF, gości najczęściej w dolnych rejonach La Liga. No ale, bądź co bądź, to najlepsza liga na świecie.
Tak, to miasto ma w sobie to coś, tę fajną hiszpańskość, którą lubię od dawna. I nie chodzi tylko o puls śródziemnomorski, czyli wszystko to co sprawia, że mam się w tym rejonie natychmiast lepiej. Walencja naznaczona jest zarówno imponującą tradycją, jak i pomysłową nowoczesnością. I jakby tego było mało, jest to miasto pełne twórczego wigoru, z świetnym designem (wspaniałe bramy zdobnych kamienic, ale i witryny sklepowe, aranżacje plastyczne w miejscach publicznych), który siatkówka oka notuje nawet w nieoczekiwanych miejscach.
Wprawdzie hiszpańskość jest atrakcyjna w wielu innych miastach (ulubione to: Madryt, Sewilla, Cordoba), to w Walencji i tak przemawia do mnie najmocniej. I to nawet wtedy, kiedy wydaje się, że jest zbyt głośno, i to nie za sprawą aut, które z historycznego śródmieścia są wyrzucone, lecz wskutek głośnych tyrad przy stolikach. A że zgrupowań stolikowych, kawiarnianych i restauracyjnych moc, i na szerokich ulicach i w wąskich uliczkach, to i ożywione rozmowy zaglądają niemal do każdego zakamarka.
Walencjanie, podobnie jak Grecy, ale i jak wiele innych nacji południowych, przepadają za przesiadywaniem pospołu. Nie ma znaczenia, że przekąski czy przepitki mogą być skromne
(tapas i wino za 3-5 euro, cola i woda niemal w tej samej cenie co house wine). Ważne, że się gada, emocjonuje rozmową, przerywaną czasem spontanicznym śpiewem. No i uwielbiają strzelanki a jeszcze bardziej fajerwerki. Śluby, spotkania, imprezy miejskie, bez huku i feerii barw niezaliczone. Crescendo wystrzałów jest tu ważnym zaznaczeniem odświętności chwili.
Inna cecha hiszpańskości, mocno uobecniona w Walencji, to miłość do lokalności i samoorganizacja. Co krok napotyka się na aktywności stowarzyszeń, grup wolontariuszy, miłośników czegoś tam…ci zresztą też lubią imprezy i głośne pohukiwania. Nie zapominam o traumie Walencjan i ich determinacji po tragicznych ulewach i powodziach w regionie. Są uważni. Kiedy tylko zbliżało się załamanie pogody, otrzymywaliśmy na komórkę ostrzeżenia, często na wyrost. I nie można się temu dziwić.
Podobnie jak Barcelona, Madryt, Sewilla i San Sebastian, stała się Walencja turystycznym hubem, a pamiętamy ją jeszcze jako bardzo” lokalną”. Dziś to już vice – Barcelona. Na ulicach dużo mowy włoskiej, francuskiej, polskiej i amerykańskiej, wszędzie mnogość urody z krajów azjatyckich. Jeszcze więcej jest twarzy o urodzie indiańskiej i latynoskiej, upraszczam lokalizację pochodzenia, rzecz jasna. Widoczni są wszędzie, ale to nie turyści, dominują jako niższy personel serwisowy w lokalach, sklepach, służbie zdrowia. Zdradza ich nie tylko wygląd ale i akcent ich kastylijskiego, z wtrętami z języków Indian. Widok porównywalny obrazem pracowników pochodzących z Bliskiego Wschodu w placówkach usługowych Stockholmu. Z ich specyficznym akcentem imigranckiej szwedczyzny.
Miejscowi cenią swoją autonomię, kochają swoją walenckość, i podobnie mieszkańcom innych turystycznych potentatów, zżymają się na firmę pośrednictwa lokali: airbnb i na innych inwestorów, którzy pięknie wyremontowane mieszkania wystawiają na krótki wynajem, przez co ”lokalsi“ muszą obejść się smakiem.
Mimo to, na co dzień, Walencjanie lubią się radować. Mają świetną przestrzeń do spotkań na mieście: liczne uliczki z lokalami, ogrody, parki, skwery, promenady, plaże…
Na szczęście turyści jeszcze nie zdominowali tu wszystkiego. Może dlatego, że zajęci są wyszukiwaniem atrakcji oferowanych podniebieniu przez wyszukaną walencką gastronomię. I nie chodzi wtedy o paellę, pochodzącą właśnie z Walencji, ani o croquetas españolas, patatas bravas, czy calamares o rabas a la romana, pośród innych licznych tapas regionalnych, które dostępne są na każdym kroku w ciągu dnia, lecz o wykwintne lokale i dania, których tam nie brakuje (22 restauracje z co najmniej jedną gwiazdką przewodnika Michelin), a w których kucharz szykuje obiady dopiero na godzinę 20.
Miesiąc pobytu i ani grama nudy. Tak się człowiek ma w tym mieście.
I jeszcze… Walencja i jej kolory. Oranż, biel, ochra, chabry… burgund, otoczone zielenią ogrodów, parków, między błękitem nieba i morza w wersji mediterraneo, a wszystko to rozświetlone pięknie, bo skąpane w słońcu…
Zygmunt Barczyk


Wspaniała podróż. Czytając Twój felieton byłam tam razem w Tobą i Elą. Widziałam piękną architekturę. czułam zapachy południa. Byłam tam i przed wielu laty i mnie również urzekło to miejsce. Twoje barwne i pełne miłości wspomnienie odświerzyły i moją pamięć. Serdecznie dziękuję. Anna
Serdeczne dzięki za życzliwy Miastu i mnie komentarz.
serdecznie
Zygmunt