KATARZYNA GRUBEROWA: 1 września 1939 roku. II wojna i światowa i sowiecka okupacja (4)

We wrześniu 1939 r. miałam rozpocząć trzeci i ostatni rok nauki w liceum. Latem byłam na obozie harcerskim niedaleko Nowogródka. Dużo się wtedy mówiło o niechybnej wojnie, ale nikt nie chciał wierzyć, że wojna może wybuchnąc. Mówiono: ech, z dużej chmury mały deszcz!

Pamiętam zbiórkę pieniędzy i wartościowych rzeczy – srebro, złoto, biżuterię – na skarb narodowy. Pamiętam też, że i moja Mama, która w domu zawsze trzymała kasę, dała na tę zbiórkę jakiś rodzinny skarb. Pamiętam, że ofiarność społeczeństwa była ogromna, a jednocześnie niemal pewność, że do wojny nie dojdzie, bo jesteśmy silni, zwarci i gotowi, nie oddamy ani jednego guzika! To był popularny slogan powszechnie przy różnych okazjach powtarzany.

A jednak pierwszego września wojna wybuchła. Kilka dni później ogłoszono przez radio, że nauka rozpocznie się normalnie i że należy stawić się w szkołach. Wyjechałam 4-go września pociągiem, kursowały tylko nocą, do Szczuczyna. W Lidzie miałam przesiadkę. Kiedy o świcie pociąg zbliżał się do Lidy zatrzymano go w szczerym polu – Lida była bombardowana. Potem jednak dotarliśmy do stacji, zaraz miałam następny pociąg i szczęśliwie dojechałam do Szczuczyna. Szczuczyn nie był bombardowany, leżał 6 km. od stacji kolejowej i nie było tam żadnych obiektów przemysłowych.

Na miejscu okazało się jednak, że nauka nie rozpocznie się, w budynku szkoły ma być zorganizowany szpital dla rannych, a my uczniowie mamy szpital ten przygotowywać. Pracowałam tam wspólnie z koleżankami i kolegami przez kilka dni. Wieści były coraz gorsze – ze Szczuczyna było stosunkowo niedaleko do Prus Wschodnich i stamtąd już zbliżał się do nas front. Uczniom polecono wyjazd do domów. Nie było już łatwo dotrzeć do Baranowicz. Rodzice zlecili mi telefonicznie, żebym pojechała do przyjaciół, którzy mieszkali we wsi Wasiliszki, ca 40 km. od mojego Szczuczyna. Byli to pp. Fietisowie, rodzice Marysi, po mężu Szpyrkowej, z którą kiedyś chodziłam do gimnazjum. Po wojnie mieszkała w Polsce, korespondowałam z nią, bywałam u niej i widywałam ją, kiedy przyjeżdżała do Sztokholmu do swojej córki Ewy. Zmarła w grudniu 2006 r. Jej ojciec i mój pracowali razem na poczcie w Baranowiczach, przez jakiś czas mieszkaliśmy nawet razem w naszym domu, kiedy ich dom nie był jeszcze gotowy. Było wtedy w tym naszym małym domku sześcioro małych dzieci w wieku od pięciu lat do jednego roku i czworo dorosłych! Nie mam wielu wspomnień z tamtego czasu, ale jedno wydarzenie pamiętam doskonale: rodzice wyszli gdzieś wieczorem, zostawiając naszą szóstkę pod opieką najstarszej Neli (zmarła w 1940 r. na gruźlicę). Wiedzieliśmy, że w kredensie są cukierki i że klucz leży na zegarze wiszącym na ścianie. Ustawiliśmy stół, na nim krzesło i najmłodzego mojego brata, Tadzika, postawiliśmy na krześle, by wydostał klucz. Nie udało się, spadł z krzesła rycząc niesamowicie, klucza nie dosięgnął, zostały ślady wydarzenia i strach, co będzie, jak wrócą rodzice. Właśnie chyba to uczucie strachu utrwaliło ten fragment w mojej pamięci.

A zatem starzy przyjaciele przygarneli mnie w Wasiliszkach jak własną córkę i tam zastało mnie wkroczenie armii radzieckiej do Polski 17 września 1939 roku. Pamiętam, jak przestraszeni patrzyliśmy przez okno na maszerujące ulicą sowieckie wojsko w szaro-brunatnych szynelach i w czapkach z takimi śmiesznymi szpicami, z karabinami przewieszonymi przez plecy. Była deszczowa pogoda, co jeszcze bardziej poszarzało obraz. Wasiliszki znałam z wcześniejszych tam pobytów w czasie wakacji. To duża wieś, prawie miasteczko, biedna jak w owym czasie większość wsi na wschodzie Polski. Tam, u sąsiadów naszych przyjaciół, po raz pierwszy zobaczyłam kurną chatę (11). Takich ponoć było więcej na tej i innych wsiach. Pamiętam, że w domu przyjaciół w sypialni i w dużym pokoju była drewniana malowana podłoga, ale już w kuchni było klepisko.

Po kilku dniach chaosu, strachu i niepewności nowe władze zawiadomiły, że życie ma wrócić do normalności i że nauka ma się rozpocząć natychmiast. Pojechałam więc znów do Szczuczyna do swego liceum. Zamieszkałam tym razem w internacie szkolnym i rozpoczęły się niby normalne lekcje z tymi samymi, co w poprzednich latach, profesorami. Doszedł język białoruski (zapamiętałam mały wierszyk i nic więcej). Atmosfera w szkole była dosyć napięta, panował nastrój wyczekiwania, co dalej. Pewnej nocy aresztowano dyrektora liceum, Omiljanowicza, mieszkał w budynku internatu na pierwszym piętrze. Pamiętam nasze przerażenie kiedy do budynku internatu w nocy przyszli sowieccy żolnierze. Było to pierwsze zetknięcie się z NKWD. Przerażona żona dyrektora przyszła do nas z prośbą o schowanie jakiejś paczuszki. Co to było, nie wiem, któraś z koleżanek to schowała. Z dzisiejszej perspektywy podejrzewam, że to była broń. Wtedy nie zdawaliśmy jeszcze sprawy z grozy wydarzenia i niebezpieczeństwa jakie nam groziło. W grudniu oznajmiono nam, że szkołę reformuje się i przystosowuje do rosyjskiej dziesięciolatki. Naszą klasę cofnięto o rok, mieliśmy kończyć dziesięciolatkę razem z klasą niższą od nas o rok. Nie podobało się nam to, czuliśmy się pokrzywdzeni. Większość z nas nie wróciła po feriach zimowych do szkoły. Ja wyjechałam na święta Bożego Narodzenia do Baranowicz i za zgodą rodziców też nie wróciłam już do Szczuczyna.

Katarzyna Gruber

cdn

Foto: Felicja i Nadzieja Baranowicze 1937 rok

 

Lämna ett svar