’Utarczki’ z przewodnikami czyli kulturowe zderzenia czołowe

Humid Chodżajew, na oko 40-letni Tadżyk rodem z położonej w Uzbekistanie Buchary, okazuje się świetnym przewodnikiem naszej grupy, mówiącym płynnie po angielsku (i oczywiście równie dobrze, a może lepiej po rosyjsku, pomijając już tadżycki i uzbecki), doskonale przygotowanym do uprzystępniania turystom zagadek i zabytków Chiwy, Buchary i Samarkandy, także współczesnego Taszkentu. To nie tylko oczytanie i doskonała pamięć, także rutyna wypływająca z wieloletniej zapewne praktyki prowadzenia wycieczek po tych obszarach. Czyli nic dodać nic ująć.

Ale wkrótce, co w końcu nieuniknione i tylko ludzkie, w tym monolicie ujawniają się drobne rysy.

W Taszkencie mieszkamy dwie noce w centralnie położonym hotelu, naprzeciw dużego teatru nazwanego imieniem średniowiecznego poety Aliszera Nawoi. Pozwalam sobie poinformować Humida, że niewiele lat po wojnie w Polsce rozpowszechniano biograficzny film o poecie (sprawdzam po powrocie: prod. 1948, polska premiera 1949, reż. Kamil Jarmatow). Fakt dlań nowy, w który z lekka powątpiewa. Nic dziwnego, dzieli nas parę pokoleń, nie mówiąc już o moim profesjonalnym skrzywieniu, pozwalającym z kolei w Bucharze przy pomniku Hodży Nasreddina przypomnieć (już tylko sobie a muzom), że ów lokalny Don Kichot był bohaterem co najmniej 3 filmów (Przygody Nasredina/Nasreddin w Bucharie, 1943/1947, r. Jakow Protazanow; Wędrówki czarodzieja/Pochożdenija Nasreddina, 1946/1951, Nabi Ganijew; Nasreddin w Hodżente, 1960) i również wydanych w Polsce książek. Z czasem zaczynam żałować, że oglądane przeze mnie na przestrzeni lat liczne sowieckie filmy z Azji Srodkowej, zmieniły się w magmę nazwisk i tytułów nie do rozróżnienia, może z pominięciem adaptacji prozy kirgiskiego pisarza Czingiza Ajtmatowa, co sobie później częściowo rekapituluję w rozmowie z kirgizką pasterką w dolinie Dzeti Öguz pasma Terski Alatau.

Nie dysponowałem oczywiście podobnym komentarzem w zakresie dorobku średniowiecznego astronoma Uługbeka, ale gdy Humid, przy zwiedzaniu jego mauzoleum w Samarkandzie, podał że odkrył on jakiś ważny południk, nie mogłem się powstrzymać przed nieco prowokacyjnym spostrzeżeniem, że pewnie był to południk Greenwich (jedyny jaki znam), co wywołało z jego strony zdecydowane zaprzeczenie.

Ale żart na stronę. Nieco później, w innym pałacu, przewodnik opowiada, związaną ponoć z tym miejscem, historię Abrahama (uważanego za protoplastę zarówno Żydów jak Arabów) i jego pierworodnego syna Izmaela, którego właśnie miał złożyć w ofierze bogowi. Tu nie mogę opanować korekty, że chyba mieli oni (Humid i Abraham) na myśli Izaaka. Co zdaje się psu na budę: nie, właśnie Izmaela. Humidowi nie starcza wielkoduszności, czy nawet intelektualnej uczciwości, by przyznać, że owszem, Biblia sobie, a Koran sobie, dla niego istnieje tylko wersja muzułmańska. Podobnie jak wielokrotne tupanie nogą, czy uderzanie kijem o skałę różnych osób powoduje wytrysk wody, choć jak wiadomo ten sposób wynalazł Mojżesz na Synaju (na górze Horeb).

Te mniej czy bardziej poważne niezgodności znajdują mimowolny ciąg dalszy jednego wieczoru przy winie i długich rodaków rozmowach. Ktoś stwierdza, niemal poważnie, że Adam (jeszcze) nie był Żydem. W końcu nie był nim i Noe, nawet nie był semitą, dopiero jeden z jego synów… Na to ktoś inny: ale Żydówką była Ewa (a co z Lilith?). To by załatwiało sprawę, bo po matce dziś wszyscy jesteśmy Żydami. By jeszcze podnieść poziom absurdu ktoś dodaje, że napewno był Żydem wąż, bo cały jego kształt jest nosem Żyda…

Ujawniając nam szczegóły historii i współczesności Uzbekistanu, Humid wystrzegał się jakiejkolwiek krytyki panującego reżimu (co nie dziwi w jego profesjonalnej sytuacji, gdy najważniejsze jest kontynuowanie profesji), oceniał tylko ostrożnie optymistycznie, pewne reformy nowego (od roku) prezydenta. Natomiast nie szczędził nam opisów różnych represji za czasów stalinowskich, których ofiarą padło wielu Uzbeków.  Równocześnie podkreślał zasługi cywilizacyjne reżimu komunistycznego, zaś okresowi dominacji rosyjskiej przed 1917 poświęcił mniej uwagi.

Nieco inne kłopoty czekały na nas w Kirgizji. Tu zamiast jednego 40-latka opiekowały się naszą grupą dwie dwudziestoparolatki, w sumie reprezentujące 3/4 krwi rosyjskiej i 1/4 kirgizkiej. Kristina była czystej krwi Rosjanką (urodzoną w Kirgizji) a Zanna – pół na pół Rosjanką/Kirgizką. Obie znaąy oczywiście rosyjski i angielski, Zanna dodatkowo francuski. Poziomem erudycji i doświadczeniem organizacyjnym znacznie ustępowały Humidowi, co nadrabiały pracowitością i serdecznie bezpośrednim stosunkiem do nas, nie mogąc się jednak często ustrzec elementarnych potknięć organizacyjnych, czy nawet błędów w topografii i historii rejonu.

Kirgizja ma w Środkowej Azji renomę kraju stosunkowo najbardziej demokratycznego, o mniejszych tendencjach autorytarnych i korupcji. Jest tu jednak nadal widoczna nostalgia za komunizmem, wyrażająca się np. w zachowaniu szeregu pomników w stolicy Biszkek, dużego – Lenina i mniejszych – Marksa i Engelsa. Ta przeszłość jest jakby uświęcona, jej krytyka mało poprawna politycznie. Jeden przykład: stolica zwała się w latach 1925-91 – Frunze. Kim był Michaił Frunze? Zasłużonym rewolucjonistą, komdiwem czy komandarmem, pod koniec życia bodaj ministrem obrony ZSRR. Powiem wam jak zginął: w 1925 na stole operacyjnym, przy niezbyt koniecznym zabiegu operacji serca zaordynowanym przez Najlepszego Przyjaciela Chirurgów, J.W. Stalina. Przypadek opisany przez Borysa Pilniaka w noweli ”Śmierć komandarma” (Povest’ niepogaszennoj łuny), która z kolei przyniosła pisarzowi śmierc w Gułagu w 1938.

Te fakty były ponoć nowe dla naszych przewodniczek, twierdzących, że o tym w szkole nie uczą nawet po upadku komunizmu. Zmowa milczenia dotyczyła również pewnych okoliczności życiorysu znanego podróżnika rosyjskiego o polskim nazwisku, N. M. Przewalskiego (tego od gatunku koni). Co najmniej w dwóch muzeach (drugie poświęcone w całości eksploratorowi) wiszą portrety, na które co bardziej egzaltowane uczestniczki reagujó głośnymi okrzykami: przecież to Stalin. Informuję je (a także przewodniczki, które później, niejako przyparte do muru, rekapitulują to jako nie potwierdzoną legendę) o teorii dotyczącej P. jako biologicznego ojca S. Ponoć był w Gori 10 lat przed narodzeniem S., gdzie matka S. – jako praczka – go opierała (sama opierając się o ścianę), czyli wszystko jest możliwe.

Niepełna wiedza naszych przewodniczek dotyczyła również gór, bo np. nie wiedziały, że Pik Lenina (7145) zwał się wcześniej Pik Kaufman, a teraz zwie się Avicenna, nie znały pierwszego wejścia zespołu niemieckiego (1928). Pomyliły im się także kierunki (na północ i południe od jeziora Issyk-kul) i położenie pasm Terski Ałatau i Kengu Ałatau wskazały dokładnie odwrotnie. Nasza wycieczka była w Terski A. w dolinie Dzeti Öguz. Wszystko to zaledwie przedsionki widocznych w oddali potężnych grzbietów Tien-szan czyli Niebiańskich Gór.

Aleksander Kwiatkowski

Lämna ett svar