Zimny prysznic, czyli powojenna historia emigracji w Szwecji

Na temat historii emigracji polskiej w Szwecji ukazało się już kilkadziesiąt publikacji, zarówno książkowych jak i obszernych artykułów, które znalazły się w prasie bądź historycznych opracowaniach. Niektóre traktowały temat szeroko sięgając po najstarsze czasy, inne opisywały wyrywkowy okres i były bardziej szczegółowe. Jeszcze inne miały charakter przyczynkowy i nie wyczerpywały tematu. Poza pracami nieżyjącego już profesora Andrzeja Nilsa Uggli nie było w zasadzie żadnych tak rzetelnie przygotowanych opracowań historycznych na temat emigracji polskiej w Szwecji. Dopiero w 2012 roku w Polsce ukazała się świetna książka Arnolda Kłonczyńskiego „My w Szwecji nie porastamy mchem…. Emigranci z Polski w Szwecji w latach 1945-1980”.

Arnold Kłonczyński, historyk skandynawista, pracuje jako adiunkt w Instytucie Historii Uniwersytetu Gdańskiego i jest autorem wielu publikacji dotyczących historii Skandynawii i stosunków polsko-skandynawskich ze szczególnym uwzględnieniem dziejów Polaków w Szwecji. Książka „My w Szwecji…” to jakby zwieńczenie wieloletnich badań i – z pewnością – kluczowe opracowanie dotyczące historii emigracji polskiej w Szwecji w latach 1945-1980.

dr hab. Arnold Kłonczyński, prof. UG

Książka Kłonczyńskiego oparta na niezwykle bogatym materiale dokumentalnym, wyróżnia się pod wieloma względami. Nie tylko rzetelnością badań, znakomitym i trafnym wykorzystaniem materiałów źródłowych, ale także narracją – która mimo iż naukowa, wciąga miejscami jak najlepszy kryminał. Bo historyczny zapis pierwszych trzydziestupięciu lat powojennej historii emigracji polskiej w Szwecji pełen jest sytuacji dramatycznych i skomplikowanych politycznie. Kłonczyński świetnie to opisuje, a ponieważ korzysta z niedostępnych wcześniej dokumentów, otrzymujemy pasjonujące opracowanie oddające burzliwą historię tamtych lat.

Dociekliwość i bogaty materiał dokumentalny pozwoliły autorowi napisać porywającą historię, która z jednej strony prezentuje polską emigrację w Szwecji jako środowisko niezwykłe – twórcze i zaangażowane politycznie, z drugiej jednak strony odsłania także wiele wstydliwych epizodów z jej życia – a to poprzez personalne konflikty, czy też próby jej dzielenia. Nie ma zresztą okresu, który byłby wolny od konfliktów i podziałów. Już zaraz po wojnie emigracja to się scalała, dzieliła, to znowu stawała się obiektem infiltracji nowych komunistycznych władz Polski Ludowej. Później nie było lepiej. Ta cykliczność jakby wpisana jest w dzieje Polaków w Szwecji.

Ale te podziały nie były tylko powodowane działalnością konsulatu i ambasady PRL, ale także wewnętrznymi nieporozumieniami – czy to natury personalnej czy też politycznej. Kłonczyński opisuje dokładnie historię podziałów tak zwanej emigracji niepodległościowej, burzliwą historię, gdy do Szwecji przyjechała emigracja marcowa, a także rolę jaką odgrywały tutaj zakładane przy pomocy dyplomatów PRL organizacje polonijne. I chociaż niektóre środowiska burzą się nadal na przypominanie tej historii, uznając że jest ona dość tendencyjna, to lektura książki Kłonczyńskiego będzie dla tych środowisk jak kubeł zimnej wody. Autor korzysta bowiem z dokumentów, jakie zachowały się w archiwum Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a także archiwów, które trafiły do Instytutu Pamięci Narodowej.

Notatki i dokumenty nie pozostawiają złudzeń: już od najwcześniejszych lat władze PRL starały się „pozyskać” emigrację i stworzyć posłuszne sobie organizacje. Pierwsze próby podjęto zaraz po wojnie. Kłonczyński opisuje historię m.in. Stowarzyszenia Studentów Polskich „Bratania Pomoc”, który powstał z inicjatywy pracowników konsulatu w Sztokholmie w 1949 roku. Organizacja miała być przeciwwagą dla Zrzeszenia Studentów Polskich, który skupiał emigrację określającą się jako niepodległościowa.

Aktywność placówek dyplomatycznych w oddziaływaniu na emigrację nie ustawała. Zarówno w latach 50., 60 i 70. czyniono wszystko by osłabić pozycję organizacji niepodległościowych.

”Pracownicy konsulatów nie tylko tworzyli nowe stowarzyszenia, ale również starali się pozyskać do współpracy już istniejące – pisze Kłonczyński. – Należy bardzo ostrożnie oceniać zacieśnianie związków z konsulatami. Nie musiało to być wspieranie władz komunistycznych, jak często twierdzili przedstawiciele emigracji niepodległościowej. Powody mogły być bardzo różne. Z końcem lat sześćdziesiątych i początkiem następnej dekady znacznie polepszyły się stosunki polsko-szwedzkie. Ułatwienia komunikacyjne, możliwości wyjazdów turystycznych i zniesienie w 1974 roku obowiązku posiadania wiz sprzyjały bliższym kontaktom. Ułatwienia umożliwiały częstsze wizyty w Polsce. Znaczna część emigrantów nie chciała angażować się w spory polityczne. Postawa emigracji niepodległościowej, związanej z ośrodkiem londyńskim, była zupełnie nie zrozumiała dla przybywających do Szwecji po 1956 roku. Należeli oni do zupełnie innego pokolenia. Nawet jeśli kiedyś świadomie opuścili Polskę, decydując się na stały pobyt za granicą, to powody tych decyzji były raczej natury ekonomicznej i nie przekładały się na utrzymywanie kontaktów z rodziną i znajomymi w Polsce. Ponadto formuła stowarzyszeń tworzonych przez konsulaty, akcentująca działalność na rzecz podtrzymania kultury polskiej w środowisku polonijnym była atrakcyjna i politycznie bezpieczna, nie prowokowała podejrzliwości władz szwedzkich o tworzenie prokomunistycznych organizacji o charakterze szpiegowskim. Wszystkie te czynniki ułatwiały dotarcie do tych grup, które już działały lokalnie.

Znamienna jest historia małżeństwa Zofii i Zdzisława Kraszewskich.

„Ważnym ośrodkiem był Sztokholm – pisze Kłonczyński. – Działalność konsulatu była tam ograniczona z powodu dużej liczby organizacji  niepodległościowych funkcjonujących w stolicy Szwecji. Udało się jednak wykorzystać okres kryzysu, jaki przeżywały te organizacje po 1968 roku, który doprowadził do rozbicia na dwa obozy. W tym czasie z inicjatywy konsulatu powstał Komitet Polonijny, który działał głównie dzięki małżeństwu Zofii i Zdzisława Kraszewskich. Oboje odwiedzali Polskę i nie widzieli nic złego we współpracy z Konsulatem PRL (według: pismo konsula generalnego PRL w Sztokholmie, Tadeusza Janickiego do MSZ, marzec 1970). Jednak Komitet miał charakter przejściowy. Dnia 18 lutego 1971 roku, „w wyniku długotrwałych (…) wysiłków, poprzedzonych licznymi spotkaniami i rozmowami indywidualnymi z aktywem polonijnym i konsultacji z Ambasadą”, odbyło się zebranie, na którym powołano do życia organizację polonijną pod nazwą Towarzystwo Polskie „Ogniwo” w Sztokholmie. Jej głównym zadaniem było szerzenie wiedzy o Polsce, propagowanie zbiórek na Centrum Zdrowia Dziecka, Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz na odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie. W statucie deklarowano apolityczność towarzystwa i jego demokratyczny charakter”.

Podobnych organizacji, nad którymi kontrolę sprawowały konsulaty PRL i ambasada, powstawało w Szwecji coraz więcej: w Malmö, Falun, Borås, Eskilstunie, Västerås, Bromölla, Norrköpingu, Gävle, Finspång, Göteborgu, Halmstad, Helsingborgu, Landskronie, Jönköpingu, Trelleborgu, Södertälje, Borlänge, Växjö… Ba, udało się nawet rozbić środowisko polskich „podwodniaków”, byłych internowanych marynarzy okrętów podwodnych w Mariefred.

„Od chwili, kiedy zaczęły powstawać przy udziale konsulatów nowe organizacje polonijne, zaistniała potrzeba koordynacji ich funkcjonowania” – pisze Kłonczyński. Pierwsza narada miała miejsce w Halmstad w 1967 roku, druga w 1969 roku, a 9 kwietnia 1974 roku odbyło się kolejne spotkanie z przedstawicielami „podległych” organizacji w… Ambasadzie w Sztokholmie. By było bardziej surrealistycznie, zebranie poświęcone zostało planowanej na rok następny wizyty w Szwecji… Edwarda Gierka. Dopiero jednak w 1977 roku udało się powołać Centralny Związek Organizacji Polonijnych w Szwecji (CZOP).

”Konsulat był stale informowany o działalności organizacji. Odbywały się stałe spotkania robocze konsula z Zofią Kraszewską i zarządem CZOP. Podczas rozmów ujawniły się pierwsze rozczarowania. Kraszewska wyraziła niezadowolenie, że obiecywane członkom zwolnienia z wymiany dewiz przy wjeździe do kraju wcale nie miały miejsca, a ona sama, podczas pobytu w Ciechocinku, za wszystko musiała zapłacić. (Notatka konsula L. Pawelca-Kwiatkowskiego dotycząca rozmowy z p. Z. Kraszewską, Sztokholm 10.098.1979, Archiwum MSZ). Konsul w odpowiedzi oświadczył, że zwalniani z wymiany dewiz byli tylko aktywni działacze organizacji polonijnych, a nie wszyscy członkowie. Okazuje się, że obiecywane drobne przywileje miały być zachętą do zintensyfikowania pracy”.

Ta historia to tylko jeden z ciekawych przyczynków pracy Arnolda Kłonczyńskiego. Dość charakterystyczny, gdyż oparty o poufne dotąd dokumenty, daje jednoznaczny obraz konfliktów tamtego czasu i dezawuuje całkowicie wypowiedzi niektórych działaczy zaplątanych w wydarzenia tamtych czasów (vide: fragment wywiadu z Zofią Kraszewską, Nowa Gazeta Polska).

Niech jednak opisana wyżej historia nie stworzy wrażenia, że Kłonczyński „tendencyjnie” swoje zainteresowania kieruje tylko w stronę organizacji „prokonsularnych”. Nic bardziej mylnego. Nie mniej smaczne i wstydliwe historie dotyczą także emigracji niepodległościowej, w tym burzliwa historia Rady Uchodźstwa Polskiego w Szwecji. Brakuje tam tylko wzmianki o publicystycznej efemerydzie, piśmie „Polak” (pismo Polskiego Ruchu Narodowego”) z roku 1979, które ukazało się anonimowo, ale w zasadzie nie ma wątpliwości, kto za tym stał – jedna z postaci, która w ostatnim czasie znowu doprowadziła do konfliktów w Radzie Uchodźstwa Polskiego w Szwecji. „Polak jest pismem dla Polaków świadomych swej przynależności narodowej i wynikających dla nich z tego faktu obowiązków – czytam w „stopce redakcyjnej”. Jest pismem polskim pozbawionym wpływów żydowskich, niemieckich, bolszewickich i reżymowych. Jest pismem dla Polaków przedkładających interes narodowy i Polski ponad wszystkie inne”. Cytaty z Dmowskiego i Piłsudskiego przeplecione były artykułami na temat żydokomuny, która opanowała nie tylko polską emirację w Szwecji, ale także „Kulturę” Jerzego Giedroycia i londyńskie „Tydzień Polski”.

Wspomnienie tego druku nie jest bezcelowe: pokazuje bowiem jak wszystko się w historii emigracji polskiej w Szwecji powtarza, jak podobna jest retoryka, jak mało się uczymy na własnych błędach. To także konkluzja, jaka się nasuwa po lekturze książki Arnolda Kłonczyńskiego.

Warto więc powtórzyć: lektura książki może być zimnym prysznicem dla wielu działaczy i osób zaangażowanych w budowanie tejże emigracji. Kłonczyński – naukowiec mieszkający w Polsce, nie związany w żaden sposób z tutejszymi strukturami – w udokumentowany sposób pokazuje złożoność lat 1945-1980. Lista nazwisk osób, które wymieniane są w książki, jest bardzo długa. I bardzo ciekawa.

Jeśli niektórzy myśleli, że ich działalność i zaangażowanie, nawet krótkie, uleciało z pamięci, przekonają się, że nic nie jest tak trwałe, jak dokumenty agentów wywiadu i pracowników dyplomytycznych…

Poza historią organizacji polskich znajdziemy w książce rozdziały poświęcone m.in. społeczności Żydów polskich w Szwecji, opieki duszpastreskiej, życia kulturalnego i oświatowego, a także obecności Polaków w życiu publicznym Szwecji.

Książka Arnolda Kłonczyńskiego to do tej pory – mimo pewnych błędów – najlepsze opracowanie dziejów emigracji polskiej w Szwecji. Nie tylko warto, ale należy to przeczytać!

Tadeusz Nowakowski

Arnold Kłonczyński: My w Szwecji nie porastamy mchem… Emigranci z Polski w Szwecji w latach 1945-1980. Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2012, s.474

Lämna ett svar