Ze łzą w oku. Wspomnienia żony internowanego
Mieszkanie pustoszeje. Najpierw wychodzą esbecy, zabierając ze sobą mojego męża, potem wychodzą dzieci, a potem pies. Każdy rusza w swoją stronę. Esbecy z Adolfem jasnym Fiatem 125, za nimi Trabant i Skoda odjeżdżają w wiadomym tylko im kierunku. Jacek zamiast do szkoły idzie do kolegi szukać pomocy by wypełnić ostatnie polecenie ojca: zawiadomienie podziemia o tym, co się stało. Przemek idzie do szkoły na lekcje. Chce także opowiedzieć o wszystkim Rafałowi, swojemu przyjacielowi. On zaś opowie swojej mamie, a mama dalej… Tak trzeba! Pudel Agar wybiega w roztargnieniu za panem by towarzyszyć mu na esbecję. Nie nadąża jednak za samochodami i na zakręcie traci je z pola widzenia. Traci też orientację – którędy i dokąd trzeba biec. Mimo to pędzi dalej, pędzi na oślep, łudząc się, że dogoni swojego pana.
Dom teraz ogarnia cisza. Złowroga cisza. Jakby odgrażająca się cisza: – jestem tylko do czasu! Niedługo może być tutaj znowu głośno, nawet bardzo głośno! Ja mam także wrażenie, jakbym na coś wyczekiwała. Na coś złego, co może mi się przytrafić w każdej chwili. To, co minęło chwilę temu, nadal istnieje we mnie. Cisza krzyczy mi wszystkimi dźwiękami: niskie tony głosów tych obcych i wysokie moje i dzieci, skrzypienie wyciąganych szuflad, odsuwanych mebli, stukot otwieranych i nerwowo zamykanych walizek, szafek i drzwi oraz szmery ściąganych ze ścian i na nowo zawieszanych na ściany obrazów, szmery grzebania w odzieży domowników. Rozgardiasz w całym mieszkaniu dopowiada resztę.
Czuję bezmiar niemocy. Niemocy, która ogarnia całe moje ciało i całą moją duszę. Czuję się jak piłka, z której wypompowano powietrze tak, że już nie ma w niej jego najmniejszej cząsteczki. Odczuwam fizyczny ból – dotkliwe ssanie wewnątrz żołądka jakby jego ściany chciały się skleić razem na stałe. Czuję ból, lecz nie płaczę. Nie umiem już płakać. Leżę i nie myślę. Nie umiem już myśleć. Leżę i milczę. Z kim mam zresztą porozmawiać? Nawet nie umiałabym. Nie umiałabym otworzyć ust. Leżę bez ruchu. Lecz cały pokój tańczy ze mną. Powieki zaś stają się ciężkie jak ołów. Pokój ogarnia ciemność. Odpływam w czarną, jak najczarniejsza noc, ciemność…
Stoję na skraju przepaści. Trzymam silnie za ręce moje dzieci, które próbują mi się wyrwać. Gdzieś w czarnych głębinach widzę niewyraźnie postać Adolfa. Jedno z dzieci wyrywa mi się z rąk i spada w czarną otchłań. Krzyczę: Jacek! Jacek!
Mój własny krzyk budzi mnie z koszmarnego snu.
*
Siedzę na krawędzi kanapy i czekam sama nie wiem na co – może na jakiś telefon, a może przygotowuję się do nagłego wyjścia? Nie wiem. Siedzę jednak dalej jak sparaliżowana. Myśli rozpierzchły się na wszystkie strony. Rozkładam szeroko ramiona i składam je z powrotem, jakbym chciała pozbierać to, co się rozproszyło. Splatam palce u dłoni zaciskając je aż do bólu.
Już nic nie jest takie, jak było. Sytuacji, w której moja rodzina się znalazła, nie można już odmienić. Nie można już przywrócić dawnego ładu.
*
Drzwi od zewnątrz do przedpokoju uderzają nagle z trzaskiem o ścianę. Tak samo jak dzisiaj o świcie! Hałas ten stawia mnie na równe nogi. Zaglądam do przedpokoju. To pudel Agar wraca z wyprawy. Nieudanej wyprawy. Nie znalazł swojego pana. Za Agarem widzę wchodzącego człowieka. Jest to silnie zbudowany, wysoki mężczyzna w średnim wieku. Jest ubrany w skórzaną, żółtą kurtkę. Agar podbiega do mnie, potem zawraca i raptownie z całym rozpędem rzuca się na stojącego człowieka. Ten chwieje się lekko, lecz jakby przygotowany na najgorsze, opanowuje sytuację. Chwyta za klamkę u drzwi by nie upaść. Nie wyraża najmniejszego zdziwienia czy też zdenerwowania. Stoi znowu tak stabilnie i tak spokojnie, jakby nic się nie stało. Patrzy jedynie na mnie przez długą chwilę. Patrzy jakby czekał na kogoś innego. Oczywiście, on czeka na Adolfa! Jest przecież właśnie godzina dziesiąta rano! Adolf powiedział wczoraj, że dzisiaj o tej porze odwiedzi go pewien człowiek. To musi być on! Powiedział też, że on przyjdzie po czcionki. Czcionek jednak nie ma, bo ktoś, kto je obiecał, nie dostarczył wczoraj wieczorem. I dobrze, bo to byłby niezbity dowód! Niezbity dowód na działalność podziemną Adolfa! Ja pierwsza więc się odzywam. Przepraszam tego człowieka za zachowanie psa. Wyjaśniam przyczynę jego reakcji. – Esbecy byli tutaj rano. Wcześnie rano. Mąż jeszcze spał. Został zabrany z domu jakąś godzinę temu. Esbecy byli w czarnych skórach. Pan ma na sobie skórzaną, żółtą kurtkę. Pies nie rozróżnia kolorów, lecz czuje jednak zapach. Myślał, że pan przyszedł po mnie. Mąż mówił mi o panu, lecz pan musi wyjść stąd jak najszybciej. Dom jest zapewne pod obserwacją. Mężczyzna przez cały czas jest bardzo opanowany. Nie widać po nim śladu paniki. Zachowuje się z godnością. Po moich słowach mówi krótko: „Proszę się nie załamywać! Nie zapomnimy o pani.” Wychodzi. Wychodzi bardzo spokojnie. W przedpokoju jest pusto. Pudel chwilę temu wyszedł stąd do kuchni. Spełnił swoją rolę.
Ja stoję bez ruchu. Ciągle w tym samym miejscu. Nagle uświadamiam sobie, że w kredensie zostały matryce. Ta myśl uderza mnie jak piorun z jasnego nieba. Bezwład i niemoc mija. Czuję ogromny przypływ energii. Trzeba działać! Teraz chodzi o moje bezpieczeństwo, a tym samym o bezpieczeństwo moich dzieci!
*
– Jak to się stało, że ten Esbek nie wziął tych matryc? – myślę. – Próbuję więc zrekonstruować całą sytuację tego fragmentu rewizji, gdy ten starszy Esbek otwiera kredens…
W ciężkim, dębowym kredensie w stołowym pokoju tam, gdzie serwis obiadowy, leżą matryce. Adolf z trudem „załatwił” je dwa dni wcześniej. Cieszył się bardzo na tę zdobycz. Brakowało jeszcze czcionek. Esbek, ten starszy wiekowo, w trakcie rewizji otwiera kredens, spostrzega kartony, zagląda do środka jednego z nich, wyciąga delikatnie matryce i szybko wkłada je z powrotem do kartonu. Oba kartony stawia na to samo miejsce i zamyka drzwi ciężkiego, wielkiego mebla. Adolf i ja w napięciu obserwujemy całą sytuację. Stoimy obok. Czuję, że staję się blada jak płótno, że za chwilę zemdleję. Wiemy wszyscy, jakie ma to znaczenie. Gdy ten młodszy Esbek wraca po rewizji w pokoju Przemka i zbliża się do kredensu by zaglądnąć do środka, ten starszy mówi: „Nie, nie! Nie trzeba. Tu już kontrolowałem. Idź do kuchni lepiej! Zajrzyj tam do kosza na śmieci. To najlepsza kryjówka.” Ten wychodzi pośpiesznie i żarliwie szpera w śmieciach i wokół kosza na śmieci.
Teraz zaglądam sama do kredensu by się upewnić, że te matryce dalej tam naprawdę leżą. W dolnej części ciężkiego mebla na górnej półce po prawej stronie, tuż obok płytkich talerzy z serwisu obiadowego, leżą dwa kartony matryc offsetowych formatu A 4.
*
– Dlaczego on zostawił te matryce? – Czy się nie poznał na nich? – pytam samą siebie w myślach. – Czy też zostawił na przynętę?
On musiał się poznać! Patrzył na nie! To jest przecież to, czego Esbecy dzisiaj najbardziej poszukują w trakcie rewizji. Poszukują dowodu na istnienie wydawnictw podziemnych. Matryce są potrzebne do drukowania ulotek oraz różnych innych tekstów. Trzy matryce były nawet już zapisane, jak powiedział mi Adolf dzień przed rewizją, były gotowe do druku. Zgodnie z prawem, teraz obowiązującym, Adolf by dostał minimum pięć lat! Skoro ten Esbek poznał się na tych matrycach, zostawił je więc na przynętę. Pomyślał sobie, że ktoś musi po nie przyjść i wtedy złapią nową ofiarę. Ja natomiast… Ja także będę ofiarą! Na liście rzeczy zabranych nie było tych matryc! Nie było! Na szczęście dla Adolfa! Lecz na nieszczęście dla mnie! I dla dzieci! – Lecz jednak chwilę temu był przecież tutaj ten człowiek i nikt za nim nie przyszedł!
– A może to jest zupełnie inaczej niż ja myślę? – A może ten Esbek, ten starszy, naprawdę nie chciał ujawnić prawdy przed tym drugim? – rozważam dalej. – A może jednak był on mimo wszystko po prostu człowiekiem? On, wydaje mi się, że w trakcie rewizji, patrząc w dowód osobisty Adolfa, dał do zrozumienia, że jest z tych samych stron, spod Wołkowyska. – Może właśnie to miało wpływ na całą sprawę? – rozważam intensywnie. – Lecz ja nieraz słyszałam, że w trakcie rewizji bywa często tak, że jeden Esbek jest trochę lepszy od drugiego, a potem ten sam jest na odmianę gorszy w drugim miejscu. A jednak mimo wszystko pozostawienie tych matryc – tak cennego dowodu na działalność podziemną – to coś szczególnego! To coś osobliwego!
Znalezienie prawidłowych odpowiedzi na te pytania jest teraz ogromnie ważne. Od tego zależy dalszy tok mojego postępowania. Jeśli pierwsza ewentualność – nie poznał się na matrycach lub trzecia – poznał się, ale nie chciał ujawnić prawdy jest prawdziwa, mam do dyspozycji trochę czasu. Wygląda mi na to, że on nie zostawił ich na przynętę. Nie! Raczej nie! Lecz tak czy owak ja muszę się pozbyć tych matryc! One nie mogą w żadnym wypadku tutaj pozostać!
*
Nagle ogarnia mnie niesamowita wściekłość. – Po co Adolf załatwi te matryce? Po co się w ogóle bawił się w to całe podziemie? Głupio gadasz, kobieto! – karcę samą siebie w myślach. – No, tak, ale te cholerne matryce przysparzają mi tyle kłopotu! Dodatkowego kłopotu! Czy nie wystarczy już tego, co mam z Adolfem? Leżą one sobie spokojnie tak, jak spokojnie stoi sobie ten ciężki, dębowy kredens. Jak w tym mieszkaniu każdy mebel, każdy przedmiot, który jeszcze tak niedawno w trakcie rewizji był wiele razy oglądany, popychany, przestawiany czy przewracany. Gdyby nawet nogę wyrwano dla stołu, szukając pod jego blatem ukrytego, domniemanego mikrofilmu, i ten stół wyglądałby teraz niczym inwalida wojenny, też by on tym się nie wzruszył. Stałby krzywo, lecz spokojnie, bez żadnych emocji. Jak kamień! Tylko ja przepełniona jestem uczuciami. Tylko ja szaleję! A nerwy roznoszą mnie od wewnątrz! Nie mogę się pozbierać po tych wszystkich przeżyciach. Nie mogę się wyciszyć – JA – człowiek! Zazdroszczę przedmiotom spokoju, obojętności, braku wszelkich uczuć. – Nic nie wzrusza nas – śmieją mi się w żywe oczy. – Byłyśmy i jesteśmy tutaj dalej. Mimo wszystko.. Mimo rewizji. Tylko Adolfa nie ma!
Najbardziej śmieją się ze mnie te cholerne matryce! Ze złości sięgam po nie ręką tak, że o mało nie tłukę płytkiego talerza od drogiego serwisu. Chcę je wyrzucić z kredensu! Wyrzucić w diabły! – Lecz gdzie? – znów zaczynam myśleć logicznie. – Trzeba je ukryć w inne miejsce! Rozglądam się wokół. W kanapie? Tam zaglądali! W szafkach kuchennych? Tam też zaglądali! W szafie? Szafę też spenetrowano! Żaden z mebli nie może mi pomóc. – Do czego więc jesteście przydatne? Po co istniejecie? Po co ja trzymam was w tym domu? Stoicie i milczycie. Tylko ja nie mogę milczeć! Ale też nie mogę mówić! Nie mogę mówić nawet sama do siebie! Mogę teraz tylko myśleć. W mieszkaniu może być podsłuch! – Podsłuch? No, tak! – Lecz kiedy by go założyli? – pytam sama siebie. W myślach. – W trakcie rewizji nie mieli czasu. Nieważne! Ostrożność nie zaszkodzi! – rozważam. Coś mi tam w głowie świta, że parę dni przed stanem wojennym jacyś ludzie przyszli z drabiną i coś grzebali w puszcze telefonicznej na zewnątrz willi. Adolf był w tym czasie w domu i to widział. I nawet mówił mi o tym. Nie miał jednak czasu aby spytać, co oni tan grzebią, ani też zbadać całej sprawy. Śpieszył się, bo miał wyjazd do Warszawy. Jechał jako przewodniczący związku zawodowego d/s. budownictwa ze strony Solidarności na rozmowy z rządem. Było wiele postulatów w tej dziedzinie i rozmowy między Solidarnością, a rządem trwały przez długi okres czasu. Adolf bardzo często bywał wtedy poza domem. Gdy ja byłam w kuchni, gotując obiad dzieciom, wołali mnie chłopcy do pokoju: – Mamo, mamo chodź, chodź, tato jest w telewizji! Stał tam wśród innych solidarnościowców z Rakowskim czy innym przedstawicielem rządu. Ciągle tylko rozmowy, tylko rozmowy… Niewiele do przodu… Dreptanie w miejscu – myślałam patrząc na Dziennik Telewizyjny. Teraz to ja rozumiem… Rząd grał na zwłoką.
– Ale co z tymi matrycami? Co teraz?- przypominam samej sobie. I znowu jestem w martwym punkcie! – Co zrobić z nimi? I znowu ta pierwsza myśl: Wyrzucić! I znowu ta druga myśl: Gdzie? Dochodzi jeszcze jedno pytanie: Jak? Do kubła na śmieci na zewnątrz? Ktoś może zauważyć, że wynoszę coś dużego. Jeśli nawet nikt nie zauważy, to może ktoś to znaleźć! Doniesie na milicję! Wokół mieszkają prawie sami wojskowi i milicjanci. Jeśli znajdą, to od razu będzie na nas. Konkretnie na mnie!– Sama nie poradzę sobie z tym problemem!
*
Uświadamiam sobie wreszcie, że ja muszę wychodzić już do pracy. Już późno! Dochodzi godzina dwunasta. Powinnam być o dziewiątej. Wprawdzie powiadomiłam telefonicznie sekretarkę, że przyjdę później, ale to i tak już wielki czas na mnie. Teraz jednak ogarnia mnie jeszcze inny niepokój: – Co to będzie, kiedy ja się natknę od razu na dyrektorkę? Co ja jej powiem? Jak ja powiem o tym, co się stało w moim domu? Jestem przecież pedagogiem szkolnym. Odpowiadam za sprawy wychowawcze w całej szkole, gdzie jest ponad 1250 uczniów. Mogę utracić pracę! – Ja muszę najpierw porozmawiać z Krystyną Górską. Dobrze, że dzielę z nią gabinet. Teraz jednak jest obiad, więc ona będzie z dziećmi w jadalni, ale może uda się choć chwilę porozmawiać. Może mi coś doradzi, jak mam powiedzieć Wagnerowej? I co najważniejsze w tej chwili – może doradzi mi w sprawie tych matryc? Jak dobrze, że mam przyjaciółkę! Jest mi teraz bardzo potrzebna.
Wychodzę w końcu z domu na ulicę. Chcę teraz jak najszybciej dotrzeć do pracy. Świeże powietrze orzeźwia mnie. Dodaje sił. A i kontakt z ludźmi też mi dobrze zrobi. Przemka spotkam też na obiedzie. – Jak to dziecko czuje się po tym wszystkim? – myślę śpiesznie idąc ulicą. – Z Jackiem zobaczę się dopiero po południu w domu.
Po ulicy krąży jakaś kobieta, ubrana w szary prochowiec. Jest młoda i dziwnie długa niczym drabina. Właśnie mija mnie i przygląda mi się uważnie patrząc na mnie z góry. Sprawia wrażenie, jakby intensywnie szukała kogoś właśnie na ulicy. Może naprawdę szuka kogoś? Oglądam się za nią. Staje koło naszego ogródka i zagląda w okna naszego mieszkania. Teraz ja przyglądam się jej uważnie. Kobieta spostrzega moje spojrzenie i szybko się oddala w przeciwnym kierunku. Dopiero teraz widzę, że w parku na przeciwko naszej willi chodzą w tę i z powrotem jacyś dwaj mężczyźni. Każdy z nich też jest ubrany w szary prochowiec. Obydwaj patrzą w moją stronę. Zaczynam czuć się nieswojo. Ulica Sienkiewicza jest niewielka. Tutaj wszyscy przecież się znają. Skąd te obce twarze? Docieram do narożnika by skręcić w lewo, a tu stoi biały fiat, podobny do tego, który rano zabrał Adolfa. Stoi po prawej stronie pod willą tych, co to mają czerwone Alfa Romeo tuż obok przejazdu kolejowego. Kiedy ja się zbliżam przechodząc naprzeciwko niego, nagle rusza do przodu i robi ostry zakręt w lewo tak, że słychać pisk opon i znika w sąsiedniej uliczce. Teraz rozumiem w czym rzecz. Jestem obserwowana. Przyśpieszam kroku by jak najszybciej znaleźć się w miejscu pracy.
*
W szkole trwa przerwa obiadowa. Podwórko szkolne i korytarze wypełnione są dziećmi i młodzieżą. Jest gwarno jak zwykle. Odczuwam uczucie radości. Czuję się tutaj jak ryba w wodzie. Lubię moją pracę. Jestem pedagogiem, nauczycielem z powołania. Czuję się lubiana przez uczniów i ja ich lubię. Mam wiele sukcesów w pracy. – Dzień dobry pani pedagog – głos Haliny X przerywa moje rozważania. Jestem właśnie już przy moim gabinecie. – Pani kierowniczki nie ma. Jest na Esbecji – powiadamia mnie Halina bez ogródek i jakby wiedziała, że chcę z Krystyną porozmawiać.- Jak to? – pytam. – Wzięli ją na przesłuchanie. Zaraz po pani telefonie do szkoły. Najpierw wzięli Jolę, sekretarkę, a ją właśnie teraz. Jola wróciła blada jak płótno. Mówiła, że ją tak wymęczyli pytaniami, że się czuje jak przekręcona przez wyżymaczkę – opowiada mi dalej Halina. W tym momencie spostrzegam, że zbliża się do mnie dwoje ludzi. Patrzą na mnie, więc odwracam się od Haliny i szybko otwieram drzwi do gabinetu. – Przepraszamy, ale musimy z panią porozmawiać – mówi mężczyzna stając naprzeciwko mnie. Kobieta stoi za nim. Nie wpuszczam ich do gabinetu. Nie wiem dlaczego. Mężczyzna jest młody, wysoki, ciemnowłosy. Rozpoznaję w nim Wyżgę. Ryśka Wyżgę. Widzieliśmy się chyba przelotnie. Mężczyzna przedstawia mi siebie, a potem kobietę. – To pani Stenia. Proszę mieć do niej zaufanie. Kobieta wygląda niepozornie. Jest średniego wzrostu, ma szaro blond włosy i szary ubiór. Nie wyróżnia się niczym. Trudno byłoby zapamiętać jej wygląd. Ma jednak bardzo miły uśmiech. – Pani Szutkiewicz, my z panią musimy się spotkać. To bardzo ważne! Dziś wieczorem. Godzina dziewiętnasta. U pani Steni. Adres…
*
Krystyna Górska wraca właśnie z przesłuchania. Wychodzimy z gabinetu na korytarz. Tu na pewno nie ma podsłuchu. Nie mówi nic szczególnego. Jej ładna twarz jest jednak mocno spięta i jakby jej przybyło trochę lat. A widziałyśmy się przecież wczoraj. Nie uśmiecha się na mój widok jak zwykle. Na jej zawsze pięknie zrobionej twarzy widzę rozmazany różowy puder, a pod oczami tusz. Jest lekko zdenerwowana. Mówi rzeczowo i krótko: – Przesłuchiwał mnie Tereszko. To ojciec mojej uczennicy. Powiedział, że to on prowadzi sprawę twojego męża. On był też u was w domu na rewizji dziś rano. Ja natychmiast mówię Krystynie o matrycach. Opisuję wygląd Esbeka, który nie ujawnił prawdy o nich przed tym drugim. Krystyna mówi, że to musi być ten sam, który ją przesłuchiwał. Jeszcze raz upewniam sama siebie, że sprawa matryc tak czy owak jest dla mnie teraz najważniejsza. Wiem od Krystyny, że jej mąż i szwagier działają w podziemiu. Na pewno mi pomogą! Krystyna też jest zdania, że ze względu na moje bezpieczeństwo trzeba się jak najszybciej pozbyć tych matryc. Najbezpieczniej będzie je pociąć i wyrzucić do śmieci. Do tego potrzebne są jednak specjalne nożyce. Michał jakoś je zdobędzie.
Mamy się spotkać pod wieczór o piątej w sklepie przy Traugutta. Ona mi przekaże te nożyce. A jej szwagier, Dominik, wpadnie wieczorem do mnie i potnie te matryce. Mieszka niedaleko przy sąsiedniej ulicy. Lecz okazuje się wkrótce, że to nie jest takie proste. Nie ma nożyc. Czas oczekiwania jednak na te nożyce daje mi odpowiedni dystans do całej sprawy. – Adolf nie po to przecież z trudem załatwił te matryce, by je zniszczyć. One są potrzebne.. Dla podziemia! – rozważam.
Rozmowy z Krystyną, kontakt z ludźmi w mojej szkole, ich przyjazny stosunek do mnie, łącznie z dyrektorką szkoły i wicedyrektorkami, dodają mi siły i pewności siebie.
*
Adolf największym zaufaniem darzy dwie osoby z jego podziemnego kręgu: Ryśka Wyżgę i Jurka Mądrzyka. Powiedział mi to jakiś czas przed aresztowaniem. Zatem i ja kieruję się tym samym kluczem.
Wieczorem po spotkaniu u pani Steni rozmawiam o sprawie matryc tylko z Wyżgą. Wyżga jest tego samego zdania, co ja: – Matryce należy przekazać dla podziemia. Obiecuje zorganizowanie zabrania ich z mojego domu. Opowiada, jak będzie przebiegać cała akcja. Ma kontakty w Pogotowiu Szczecińskim, więc ktoś stamtąd przyjedzie do mnie niby z pomocą lekarską o godzinie siedemnastej następnego dnia i matryce zabierze. Doznaję niemal uczucia ulgi, że wreszcie się ich pozbędę i że jednak nie będą zniszczone, lecz trafią tam, gdzie trzeba. Równocześnie niepokoję się jednak, że to jeszcze tyle godzin do ich zabrania, a ja mogę mieć kolejną rewizję w domu. Nie mam jednak innego wyjścia jak tylko czekać do jutra.
*
Jestem z dziećmi w domu. Ugotowałam właśnie pomidorówkę, żeby wreszcie wspólnie zjeść ciepłą strawę. Posprzątałam też mieszkanie po rewizji. Poprzedniego dnia nie miałam ani do tego głowy, ani na to czasu. Wiem już od wczoraj, że Adolf jest zatrzymany w Areszcie. Taką informację pozwolono jemu telefonicznie przekazać rodzinie. Telefon odebrał Jacek. Ja byłam poza domem. Ja nie mogę przecież nic zrobić w sprawie Adolfa. Teraz muszę tylko czekać na rozwój wydarzeń i prosić Boga o łaskę dla niego i dla nas. Moim obowiązkiem jest zadbać o dzieci i pilnować pracy by jej nie utracić. Utrata pracy równałaby się oczywiście z utratą pensji, a więc środków do życia. Nie wiem, co teraz będzie z pensją Adolfa? Jeśli będzie oskarżony o działalność podziemną, czeka go wyrok, więzienie i utrata pracy. – Jak dobrze, że ten człowiek nie pokazał matryc temu drugiemu! Znów przemknęła mi myśl, która od wczoraj jest na pierwszym planie. – A przecież dzieci muszą jeść, a Przemek ma cukrzycę i potrzebuje dobrego wyżywienia i szczególnej troski – myślę dalej. – Dobrze, że te matryce zaraz będą zabrane z domu, bo inaczej mogłoby się źle skończyć – rozważam nakrywając w kuchni do stołu. Staram się być dzielna, nie pokazać niepokoju, by chłopcy czuli oparcie we mnie. O matrycach wiedzą jednak. Nie dało się tego ukryć. Proszę ich tylko, by w tym czasie, kiedy ten ktoś przyjedzie do mnie, żeby nie wychodzili z kuchni. Mamy jeszcze tyle czasu, by spokojnie zjeść gorącą, pachnącą zupę. Chłopcy lubią pomidorówkę z makaronem. Jest na mięsie, które udało mi się kupić jak zwykle teraz na kartki. Zdążyłam już dzisiaj być nie tylko w pracy, ale nawet postać w kolejce i kupić kawałek karkówki. Oczywiście zrobiłam jeszcze inne zakupy. Nalewam zupę do talerzy. Siadamy do stołu w trójkę: Jacek, Przemek i ja. Pudel Agar kręci się wokół nas, merda ogonkiem oczekując na kości. Zapomniało mu się na chwilę o panu. Ale Przemek pyta: – Mamo, a tatę będą długo trzymać tam w tym areszcie? Nie wiem, co mam jemu odpowiedzieć. Spoglądamy z Jackiem na siebie. – Mamo – pyta Przemek nie doczekawszy się odpowiedzi – a czy chociaż dają tam tacie jakieś jedzenie? Spostrzegam, że dzieci nie tknęły jeszcze zupy. Ani ja. Wszyscy myślimy o Adolfie. – Dzieci, jedźcie, bo zupa wam wystygnie – mówię, ledwo powstrzymując łzy.
Jest godzina szesnasta czterdzieści. – Już niedługo! Już niedługo to zabiorą – znowu myślę o tym samym. Jakaś pielęgniarka ma przyjechać. To jej właśnie mam oddać te matryce. – Ale czy ona sama tu wejdzie? – rozmyślam. – Czy z lekarzem? Jeśli z lekarzem to, co wtedy? O, już za chwilę! Zaraz tu będą! Zamiast dzwonka u drzwi słychać dźwięk telefonu w holu.
Dzwoni Kucabowa, kobieta, z którą rozmawiałam wczoraj rano po rewizji. – Pani nauczycielko – mówi – niech pani natychmiast wyjdzie z domu. Natychmiast. Trzeba zabrać dzieci i dobrze zamknąć drzwi. Niech pani natychmiast przyjeżdża do nas. Niech pani nie czeka ani chwili.
– Co to ma znaczyć? – myślę. Zaraz przecież ma przyjechać Pogotowie. – Czy ona coś wie na ten temat? Coś w tym musi być! Na pewno to jakaś wsypa! Nie ma czasu na zastanawianie się, tylko trzeba wychodzić. Mogą mnie zaaresztować za posiadanie tych matryc! Tak jak przewidywałam! Mam tylko parę minut do przyjazdu Pogotowia. Trzeba szybko wychodzić! Szybko! Dzieci głodne. Ja też. Ciepła zupa na talerzach i w garnku, a my musimy uciekać z domu. W pośpiechu opuszczamy mieszkanie i udajemy się tramwajem na Krzekowo. Jestem niemal bez sił. Nie miałam znów nic w ustach od rana. Wchodzę roztrzęsiona do Kucabowej i pytam: – O co chodzi? Co się stało? Otrzymuję odpowiedź: – Chciałam się dowiedzieć, czy jest coś nowego w sprawie pani męża? Odpowiadam, że nie wiem nic. – Może mój będzie mógł tam się czegoś dowiedzieć. Zna jednego tam z Małopolskiej. Może uda mu się spotkać z nim na kawie. Ale musiałby mieć na to parę groszy. Nie mówię nic. Stoję tylko jak skamieniała i nie wiem, co mam odpowiedzieć i co myśleć. – A co zabrano w trakcie rewizji? Od tego też zależy, czy i jaki będzie wyrok dla pani męża? Wzmacniam moje czujki. – Nie, nie. Nic nie powiem. Nie powiem tego, czego ja nie powinnam powiedzieć – myślę. – Nie mogę zaszkodzić mojemu mężowi ani nikomu innemu.
Po godzinie wychodzę z dziećmi stamtąd. Czekamy długo na mroźnym, marcowym, wieczornym zimnie na przyjazd tramwaju. Głodni, zmęczeni długą drogą i zziębnięci na kość wracamy do domu.
*
Skoro z matrycami wyszło tak, jak wyszło, czekam dalej na sygnał od Wyżgi. Wkrótce otrzymuję informację przez kolegę Jacka. – Pogotowie nie mogło przyjechać. – Coś musiało więc jednak stanąć na przeszkodzie – myślę. Lecz co? – Czy telefon Kucabowej ma jakiś związek z tą sprawą? Wyżga chyba jej nie zna. – Czy to jednak zwykły zbieg okoliczności?
Wyżga próbuje jeszcze raz. Pogotowie tym razem ma przyjechać nocą. Czuwam zatem nie śpiąc niemal do piątej nad ranem. Nie pojawia się jednak nikt. Jest już drugi dzień po rewizji i aresztowaniu Adolfa. Matryce nadal leżą sobie spokojnie w kredensie. Ja natomiast chodzę ciągle zdenerwowana, że nie mogę się ich pozbyć z domu. Czuję się bardzo zmęczona po nieprzespanej nocy. Znowu czekam na sygnał od Wyżgi. Tuż przed moim wyjściem z pracy wpada on do mnie do szkoły i mówi, że ktoś przyjdzie po matryce o godzinie dwudziestej. Ten ktoś przyjdzie jednak nie do domu. Mam czekać z matrycami na przystanku tramwajowym naprzeciwko parku przy Wojska Polskiego, niedaleko Jednostki Wojskowej i ulicy Sienkiewicza. Mężczyzna ma być ubrany w czarną kurtkę i czarne spodnie. Będzie na mnie czekać na przystanku tramwajowym, lecz po przeciwnej stronie ulicy. Przyjmuję te warunki. Nie mam wyboru. Nie mogę narażać kogokolwiek innego na problemy z powodu tych matryc. Ja sama muszę wynieść je z domu. Matryce wkładam do czarnej torby podróżnej. Dzieci przygotowuję na najgorsze. Wiedzą, gdzie są pieniądze i wszystkie dokumenty. Przemek wie, jak i ile czasu gotuje się igły do strzykawek na insulinę. Wie także, gdzie ma się zgłosić po insulinę. Pocieszające jest jednak to, że dzisiaj przyjeżdża moja matka. Zajmie się wszystkim. Jak zawsze!
Już pierwszego dnia po zabraniu Adolfa z domu zatelefonowałam do rodziców, prosząc o przyjazd matki. Matka ma prawo jechać bez zezwolenia władz, bo jest emerytką. Tylko emeryci w czasie stanu wojennego swobodnie mogą poruszać się po kraju. Matka jest bardzo potrzebna, zwłaszcza chłopcom. Będą się czuli bezpieczniej, bo chociaż już nastolatki, potrzebują jednak jeszcze opieki. Potrzebują też troski, zwłaszcza ten młodszy, Przemek, chorujący na cukrzycę. Ja jestem teraz bardziej zagoniona niż zwykle. Sprawy związane z tym, co się stało w domu, zajmują mi dodatkowo wiele czasu: Byłam już dwa razy na Komendzie Aresztu Wojewódzkiego by się dowiedzieć coś o Adolfie: gdzie jest, jak wygląda jego sprawa, lecz jak na razie bez rezultatu. Poza tym różne osoby z podziemia wzywają mnie na potajemne spotkania chcąc uzyskać informacje: co i jak było w trakcie rewizji, gdyż boją się o siebie samych albo żądają nazwisk, kontaktów. Ja jestem bardzo ostrożna, nie mówię więcej niż potrzeba by nie wsypać ludzi, o których wiem. A ja przecież też nie wiem wszystkiego. I dobrze! Lepiej teraz za dużo nie wiedzieć!
Jak dobrze więc, że dzisiaj przyjeżdża moja mama. Za chwilę powinna już tutaj być. Chłopcy i ja czekamy na nią z niepokojem. Boimy się, aby nie przytrafiło się jej coś złego. Czasy są niepewne, podróż ma dość długą, chociaż to tylko 220 km do Szczecina. Mieszka w Debrznie, małej mieścinie koło Człuchowa. Musi jechać autobusem do Chojnic, a potem pociągiem z przesiadkami. Była już u nas sama z siebie, krótko po ogłoszeniu stanu wojennego. Bała się o los zięcia i po prostu przyjechała. Paradoksalna sytuacja, bo wybrała się razem z Szałajską, moją byłą kierowniczką ze szkoły, w której ja kiedyś pracowałam jako nauczycielka. Szałajska jechała także do córki i także w obawie o los swojego zięcia, który był z kolei oficerem wojska polskiego, a więc stał po przeciwnej stronie Adolfa, działacza Solidarności. Jechały więc obie matki i teściowe razem, a jakże, zgodnie bez sprzeczek, chociaż zięciowie byli formalnie wrogami. Szałajska nawet odwiedziła mnie wtedy. A jej zięć podrzucił ją samochodem do nas! I ja sama także byłam u nich, by moja mama mogła odwiedzić Basię i jej rodzinę, sama przecież nie trafiłaby. Szczecin jest dużym miastem. Dziwnie to czasy i dziwnie to wszystko wygląda, jeśli chodzi o podział społeczeństwa. Trudno ustalić granice: gdzie ktoś się znajduje, zwłaszcza ten, co to oficjalnie po drugiej stronie tak, jak choćby wojsko czy milicja. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo, kim kto jest. – rozważam jak zwykle – Ach, już późno! Mama już powinna tutaj być! – myślę. – A ja muszę przecież niedługo wyjść z tymi matrycami! Co teraz? Lecz nagle Przemek krzyczy radośnie: – O, babcinka! Nie usłyszałam ani taksówki, która pewnie mamę tu podwiozła, ani też otwieranych drzwi do przedpokoju. Mama musiała więc wejść bardzo cicho.
Wtajemniczam matkę niemal od razu w sprawę matryc, bo właśnie zbliża się już czas wyjścia. Mówię bardzo dyskretnie, licząc się z podsłuchem. Matka zdecydowanie sama chce wynieść i zanieść te matryce w umówione miejsce. Uważa, że jest tutaj jeszcze nieznana, zwłaszcza dla szpiclów, którzy obserwują nasz dom. Chce chronić córkę i wnuki w razie wpadki przed ewentualnymi konsekwencjami. Ustalamy obie plan działania i zgodnie z im postępujemy. Dzieci zostają w domu.
Parę minut przed wyznaczoną godziną matka wychodzi z domu. Ubrana jest jak do podróży – w płaszcz, kapelusz i rękawiczki. W jednym ręku trzyma sporą czarną teczkę, a w niej oczywiście matryce, w drugim zaś parasolkę. Idzie zdecydowanym krokiem jakby trochę się śpiesząc w kierunku przystanku tramwajowego. Przechodzi obok jednostki wojskowej, gdzie na warcie stoi jak zwykle żołnierz. Ja z psem wychodzę po paru minutach. Pies zatrzymuje się za swoją potrzebą w kilku miejscach. Cały czas mam sylwetkę matki w polu mojego widzenia. Na chwilę tracę ją z oczu. Konary drzew przysłaniają mi widoczność. Idę z Agarem teraz alternatywną drogą przez park i docieram do przystanku tramwajowego. W świetle latarń widzę znów matkę. Właśnie dociera do przystanku tramwajowego zgodnie z ustaleniem. Poza nami i pudlem Agarem nie ma nikogo. Ja stoję po przeciwnej stronie na rogu ulicy Wojska Polskiego tak, jakbym właśnie chciała przejść, lecz jest czerwone światło i muszę poczekać. Przez cały czas utrzymuję z matką kontakt wzrokowy. Patrzę też na przeciwległy przystanek tramwajowy. Na razie nie widzę tam nikogo. Po krótkiej chwili pojawia się człowiek. Jest ubrany w czarną kurtkę. Przyglądam mu się uważnie, czy to może być ten. Nie zgadza się! Miał mieć czarne spodnie, a ten ma jasne! Mam już zielone światło. Stoję jednak jeszcze chwilę. Przyglądam się jeszcze uważniej. To Wyżga! Kiwam lekko głową dając znak matce, że to ten! Matka zdecydowanie, lecz spokojnie przechodzi przez jezdnię. Podchodzi bardzo blisko do Wyżgi, tak jakby go chciała wyminąć. W ułamku sekundy przekazuje dyskretnie teczkę i idzie dalej wzdłuż Wojska Polskiego w kierunku Kortów Tenisowych. W tym momencie nadjeżdża tramwaj i zatrzymuje się przede mną na przystanku. Tracę z pola widzenia i matkę, i Wyżgę. Drzwi tramwaju się otwierają. Wychodzą jacyś ludzie. Agar, zrywa mi się ze smyczy i jednym wielkim susem wskakuje do tramwaju. Drzwi się zamykają. Tramwaj powoli rusza. Ja wybiegam na jezdnię. Macham rękami dając znaki motorniczemu. Tramwaj się zatrzymuje, drzwi na ułamek sekundy ponownie się otwierają. Agar wyskakuje jak oszalały i pędzi na drugą stronę ulicy. Teraz jego tracę zupełnie z pola widzenia. Tramwaj odjeżdża i znowu widzę Agara, podbiegającego do Wyżgi, który szybkim krokiem idzie w ulicę Wyspiańskiego. Pies obwąchuje go, obszczekuje i po chwili wraca do mnie. Nie udaje mi się jednak założyć mu smyczy. Matka uwolniona od matryc idzie jak na skrzydłach. Przechodzi przez park, a stamtąd już bardzo blisko do domu. Agar znowu mi ucieka. Tym razem w przeciwną stronę do kierunku jazdy tramwaju. Nie wolno mi krzyczeć, bo już późno, godzina policyjna, więc biegnę tylko za nim. Nie nadążam jednak. Pudel zatrzymuje się na innym przystanku przy rogu Traugutta i Wojska Polskiego. Nadjeżdża właśnie autobus. Agar wyprzedza stojących tam ludzi i wskakuje jako pierwszy do autobusu. Macham znów rękami do kierowcy. Na próżno! Autobus rusza. Pędzę więc w kierunku jazdy autobusu na kolejny przystanek. Autobus nie staje. Liczę na to, że Agar wysiądzie na kolejnym przystanku i wróci do domu. Okolice zna bardzo dobrze. Już nieraz robił długie wyprawy i zawsze wracał.
Matka już dobrą chwilę jest z dziećmi. Uśmiecha się z zadowoleniem, że udało się z matrycami. Dziękuję jej posługując się bardziej mimiką i gestami niż słowem. Mama szykuje kolację dla nas. Ale Agara nadal nie ma. Nie wraca na noc. – Nie mamy nie tylko taty, ale i naszego Agara – popłakuje Przemek. Jacek jest też bardzo smutny. Agar to jego pupil.
Mija kilka dni, a po Agarze ani śladu! I po Adolfie też ani śladu! Nie mam nadal od niego żadnej wiadomości. Nie mogę go odnaleźć, nie wiem, gdzie się znajduje.
Jedynie z matrycami mam już rzeczywiście spokój! Święty spokój!
Odczuwam olbrzymią ulgę. Uniknęłam poważnego problemu.
Jolanta Szutkiewicz




