screenshot_20240104_125155

Kiedy patrzę hen za siebie, w tamte lata co minęły, czasem myślę, co przegrałem, a co diabli wzięli. Co straciłem z własnej woli, ile przeciw sobie, co wyliczę, to wyliczę, ale zawsze wtedy powiem, że najbardziej mi żal… Słowa te napisał Ryszard Ulicki do muzyki Janusza Laskowskiego, i właśnie one zinspirowały mnie do przemyślenia, co ja, tak bardzo, straciłem w moim życiu.

No właśnie: co? A może raczej: kogo, tak najbardziej mi żal i co mi diabli wzięli? Wiele razy zastanawiałem się, czy my – tak zwana „powojenna młodzież” – mamy wystarczającą wiedzę i własne doświadczenie, by oceniać ten najbardziej (współczesny nam) barbarzyński czas w dziejach ludzkości, jakim była II wojna światowa? Przecież nie słyszeliśmy wybuchów bomb, nadlatujących samolotów, alarmów przeciwlotniczych i krzyków mordowanych ludzi… Jesteśmy tymi szczęśliwcami, którzy nie musieli przeżyć tej masakry. Ale przecież wojna nie zakończyła się, ot tak, jak zdmuchnięcie świeczki. Przez prawie 60 lat milczałem o tym i wydawało mi się, że ta „druga fala” wojennych przeżyć nie uderzyła we mnie bezpośrednio.

Wszystko zmieniło się, gdy zostałem dziadkiem. Zacząłem się zastanawiać, jaka jest rola dziadka w życiu moich wnucząt? Jak wiele się od nas uczą? W mojej rodzinie ta więź jest wyjątkowo silna. Może dlatego, że mieszkamy w tym samym mieście, dość blisko siebie. A praktycznie nasz dom – dom dziadków, jest oczywiście drugim domem wnuczków. Wszystkie wnuki chętnie u nas przebywają i często nocują. Razem robimy wiele wspólnych i ciekawych rzeczy. Bo dziadkowie mają zawsze więcej czasu niż rodzice. Dziadkowie są nie tylko fajni, ale bardzo ważni w ich życiu.
I właśnie dlatego sam często wracam myślami do czasów, kiedy ja byłem małym dzieckiem (na początku lat 50.) a tę całą radość „bycia z dziadkiem” zabrali mi ci „DIABLI”, o których napisałem na początku, nawiązując do słów piosenki. „Diabli” ubrani w niemieckie mundury ze swastykami i z karabinami. To właśnie oni zabrali mi najpiękniejsze lata dzieciństwa i tego najbardziej mi żal.
Żal mi siebie samego i mojego dziadka, którego nigdy nie poznałem, bo los mi go odebrał. Pozostawiło to na mojej psychice nieodwracalną bliznę, pomimo że urodziłem się sześć lat po wojnie. Jak pamiętam, od najmłodszych lat w mojej rodzinie nigdy o dziadku nie wspominano. Być może rodzice nie chcieli rozdrapywać tak świeżych ran, może nie chcieli mnie zasmucać. Zauważyłem sam, jako już dorastający młodzieniec, że oni po prostu się bali tych nowych „diabłów” – tym razem polskich, kochających Stalina i komunizm. Jak się dowiedziałem później, dziadek był jednym z ważniejszych przywódców Armii Krajowej podczas okupacji w Płocku.

Czas szybko mijał i w tym nawale nowości – przeprowadzki do Warszawy, nowej szkoły i kolegów – temat „dziadka” został zapomniany na dłuższy czas. Dopiero kiedy sam zostałem dziadkiem, zrozumiałem jaką rolę dziadek może odgrywać w życiu kolejnych pokoleń. Po prawie 60 latach zacząłem grzebać w rodzinnej historii. Za wszelką cenę chciałem znaleźć się myślami bliżej mojego dziadka. Nawet moja mama pytała: po co? Ciekawość była silniejsza ode mnie.

Dziadek nazywał się Eugeniusz Topajew. Dzięki mojej mamie, która dzisiaj ma prawie 94 lata i znakomitą pamięć, uzyskałem niestety tylko szczątkowe informacje. Wiedziała ona, że parę lat po wojnie jakieś „diabły” (tym razem w polskich mundurach) dopytywały się o Eugeniusza Topajewa i pytały, gdzie się ukrywa. Mama pamięta też, że w bardzo młodym wieku musiała szukać pracy żeby pomóc w domu, ale ze względu na koneksje rodzinne nie chciano jej zatrudnić. Przynależność dziadka do AK była barierą, nawet dla członków rodziny. Z tego też powodu pośmiertna tabliczka pamiątkowa dziadka pojawiła się w kościele w Płocku dopiero w latach 60., wiele lat po jego śmierci.
Mama opowiedziała mi zapamiętane momenty z dnia, kiedy jej ojciec został aresztowany przez gestapo. Dziadek Eugeniusz pracował w Elektrowni w Płocku. Tego dnia, jak zwykle rano, wyszedł do pracy i już nigdy nie wrócił. Okazało się, że właśnie tam było główne dowództwo AK. Gestapo tego dnia aresztowało wielu członków organizacji podziemnej. Prawdopodobnie jeden z pracowników nie mógł wytrzymać tortur i wydał swoich kolegów. Moja mama zapamiętała tylko wiadomość, że „tatuś nie przyjdzie do domu”. Za wszelką cenę chciała się dowiedzieć gdzie on jest i co mu się stało. Pobiegła pod bramę gestapo w Płocku i swymi dziecięcymi piąstkami waliła w żelazne wrota. Jakiś wartownik przepędził ją stamtąd i, dzięki Bogu, nie padły strzały.

O aresztowaniu dziadka dowiedziałem się nieco więcej z Muzeum Historycznego w Płocku. Znalazłem tam tylko krótką notatkę, która jednak nie zaspokoiła mojej ciekawości.

Podczas któregoś pobytu w Polsce udałem się do Muzeum w Stutthofie. Po wielogodzinnych poszukiwaniach nie znalazłem jednak nazwiska dziadka na tablicy straconych. Dopiero po paru tygodniach kierownictwo przesłało mi parę dokumentów, które odnaleziono w archiwach. Między innymi jego wypis ze szpitala obozowego i zaświadczenie o posiadaniu przez dziadka 71 złotych i 95 groszy. Z obozowego szpitala został wypisany w dniu 19 grudnia 1944 roku. Dowiedziałem się także, jaki numer miał wytatuowany na ramieniu.

Kochany Dziadku 97487. Zawsze będę Cię kochał, chociaż nigdy Cię nie poznałem i jesteś tylko wspomnieniem. Zawsze jedną świeczkę będę zapalał dla Ciebie…

Z dokumentów, które pozostały po dziadku, mam jeszcze parę listów, które dziadek przesłał rodzinie z obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Między innymi list ocenzurowany, w którym dziadek przesyłał tylko wiadomość, że jeszcze żyje.

Pisząc to krótkie wspomnienie o moim dziadku, poczułem się jakby bliżej niego. To jedyne co mogłem zrobić dla Niego, jako jego wnuk. Czas ponoć goi rany, ale trudno mi przebaczyć owym „diabłom”, które zabrały mi dziadka. Nie potrafię. A zapomnieć się nie da. Zabrano mi część bardzo ważnego momentu w moim życiu. Może to nauczyło mnie trzymać dystans do wszystkich „diabłów”, których w ostatnich latach jest coraz więcej, które winne są codziennym tragediom i nieszczęściom na całym świecie. Współczuję tym, którzy stracili lub mogą stracić swoich bliskich – dziadków, babcie, rodziców – przez bezsensowne zabijanie. I nie ma tu miejsca na słowo „przepraszam”, bo za taką krzywdę nie ma przeprosin. Za co tu przepraszać? Za numer wytatuowany na ramieniu?

Pod wpływem tych moich doświadczeń z dzieciństwa, staram się być super dziadkiem. Pamięć o Eugeniuszu Topajewie, po którym pozostał mi jego numer z obozu i list ze znaczkiem Hitlera – zobowiązuje.

W tych moich poszukiwaniach zyskałem jednak wiele. Po 60 latach poznałem mojego kuzyna. Dziadek Eugeniusz miał brata i właśnie odnalazłem jego wnuka Bogusława Topajewa. Spotkaliśmy się w Warszawie parę lat temu (foto 4). On też bardzo mało wie o tych tragicznych czasach. Jego podobieństwo do mojego dziadka jest uderzające – jak dwie krople wody. Pozostajemy w wielkiej przyjaźni i pomimo że spotykamy się bardzo rzadko, wiemy, że jesteśmy i dopóki my żyjemy pamięć o dziadku Eugeniuszu nigdy nie zaginie.

Później z opowieści byłych więźniow obozu i relacji kustosza muzeum w Stutthofie dowiedziałem się, że dziadek prawdopodobnie miał tyfus i z tego powodu znajdował się w szpitalu. W styczniu 1945 roku aż 5,5 tysiąca z 11.000 więźniow obozu zginęło podczas tak zwanego Marszu Śmierci. Dziadek mógł również zginąć w drugim etapie ewakuacji obozu drogą morską na barkach. Ale, jak było naprawdę – tego już się nigdy nie dowiem.

Marek Lewandowski

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer