Słyszę, widzę, czuję… zbliżam się. Kraków wyobrażony
Dwa charakterystyczne brzmienia i trzy usypane wzgórki. Tak mógłbym, uzurpatorsko poniekąd, określić, czym Kraków sygnalizuje swą wyjątkowość w historii. Słyszę dwa brzmienia: Dzwonu Zygmunta i Hejnału z wieży Kościoła Mariackiego. Widzę trzy wzgórki: Kopiec Kościuszki, kopiec Piłsudzkiego, kopiec Jana Pawła II (nawet jeśli ten stosownie duży, będzie dopiero usypany).
unta II Augusta, od 1518 roku rozbrzmiewał podczas koronacji, uroczystych wjazdów do miasta, parad tryumfalnych, uroczystości i kanonizacyjnych, pogrzebów znakomitych Polaków. Okazji w historii było co niemiara, były i wątpliwe, jak pogrzeby Stalina i Bieruta, były okazje specjalne. Dla przykładu: uczczono biciem dzwonu 650. rocznicę powstania Uniwersytetu Jagiellońskiego, a 6 marca 2022 roku zadźwięczał w wyrazie wsparcia Polaków dla walczącej Ukrainy.
Kilkakrotnie pękało jego ważące 365 kilo serce, ostatni raz w 2000 roku, leczone było w Hucie Sędzimira.
Fraza Hejnału Mariackiego znana jest w całej Polsce dzięki transmisjom w Polskim Radio, codziennie o godzinie 12-tej. W czasach średniowiecznych na wyższej wieży kościoła Mariackiego strażak dawał sygnał od otwarcia i do zamknięcia bram krakowskich. Był także stróżem Krakowa, który wypatrywał pożarów i wrogów zbliżających się do miasta. Z historycznej perspektywy patrząc, mieli hejnaliści co robić. Podczas jednego z ataków Tatarów na miasto czuwający strażak zaczął trąbić. Legenda mówi, że strzały przeszyły jego gardło i hejnał nagle się urwał. Trębacz zginął od strzały, a pamięć o nim pozostała na zawsze w hejnale, przerywanym w tym samym punkcie frazy za każdym razem. Dziś hejnał jest wciąż jednym z najbardziej rozpoznawalnych tematów muzycznych w polskiej kulturze. Chyba tylko Mazurek Dąbrowskiego i pieśń „Boże coś Polskę” mogą z nim konkurować.
Kopce Kościuszki, Piłsudskiego, Jana Pawła II. Te najsłynniejsze. Jest jeszcze kopiec Krakusa i Wandy. Nigdzie w Europie, poza Krakowem, nie spotyka się tradycji sypania kopców. Czy czeka nas wkrótce powstanie kolejnego?
Będąc w Krakowie czuję historię na każdym kroku. To zrozumiałe dla każdego kto choć raz to miasto odwiedził. Mnogość kościołów, pomników, tablic, skwerów, ulic i placów, ujawnia również szczególność Krakowa w roli depozytariusza polskości. Są i słynne wydarzenia, celebrowane w opisach kronikarzy, historyków, dziełach malarzy. Najważniejsze z nich: „Hołd pruski” i „Przysięga Tadeusza Kościusz-ki”, miały miejsce na krakowskim Rynku Głównym. Są i inne, mniej nagłośnione a symbolicznie naładowane, jak wymarsz pierwszej Kompanii Kadrowej Piłsudskiego z Oleandrów. Ostały się w pamięci zbiorowej sytuacje współczesne: przemarsz Lecha Wałęsy przez miasto na ramionach Krakowian w 1981 roku, spotkania z wiernymi Jana Pawła II, w „oknie papieskim”, przejażdżka papieża Franciszka krakowskim tramwajem podczas Światowych Dni Młodzieży. Od siebie dodam: spontanicznie skrzyknięte zgromadzenie na Rynku Głównym, by wspólnie zaśpiewać refren utworu „Hallelujah” na wieść o śmierci Leonarda Cohena w 2018 roku.
Jest jeszcze coroczny przemarsz Lajkonika ku Rynkowi Głównemu. W opinii dyrektora Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, to mit założycielski Krakowa, opowieść o tym, jak to miasto jest ważne, twierdzi Michał Niezabitowski. Według tradycji, Laj-konik to włóczek – flisak krakowski, przebrany w strój hana tatarskiego. Ten han tatarski został pokonany nad brzegiem Wisły, gdzie dziś znajduje się klasztor Norbertanek. Wedle legendy włóczkowie walczyli wiosłami, czyli swoimi głównymi narzędziami pracy. Ta bitwa została wedle legendy przez włóczków wygrana. Byli oni tak dowcipni, że przebrali się w stroje tatarskie i o świecie wjechali do Krakowa, budząc na początku strach. Gdy okazało się, że to przebrani włóczkowie, zapanowała wielka radość, bo miasto zrozumiało, że zostało ocalone. Na pamiątkę tego Lajkonik zawsze wjeżdża do miasta i odbiera haracz z rąk prezydenta, który musi się wkupić – dodaje Niezabitowski.
A przy okazji, zaznaczmy szczególność Ryn-ku Głównego w przestrzeni symbolicznej. Nie tylko dlatego że spory, jeden z największych w Europie: 200 m x 200 m. Toż to scena narodowa w teatrze dziejów Polski.
Wyrywając kartki z kalendarza historycznego ukazuje się nam biografia miasta naznaczona nieszczęściami i chwilami chwały. Nie sposób nie zauważyć uporczywych podbojów, z którymi Kraków musiał się zmierzyć. Tatarzy, Rosjanie, Szwedzi, Austriacy. Do tego liczne plagi. Oto przykładowe kartki z kalendarza:
Czas panowania króla Władysława Jagiełły. Ogień, raz po raz, trawi kolejne części miasta, mieszkańców dopada trzęsienie ziemi, wielka powódź zadaje straty. Za rządów Kazimierza Jagiellończyka na Kraków spadają kolejne epidemie (1451-1453). Pożary nie szczędzą miasta, które pod koniec wieku XV liczy 10 000 dusz. W 1504 spłonął Kazimierz. Czternaście lat później, za zezwoleniem króla Zygmunta, na Kazimierz przybywają Żydzi wygnani z miast czeskich i morawskich.
Kolejne nieszczęście: „potop szwedzki”. Król Gustaw przebijając obronę miasta, założoną przez mieszczan i młodzież, wjechał do zdobytego miasta 19 października 1655 roku. Wojska szwedzkie niszczyły budynki i zrabowały wiele dzieł sztuki. Podczas najazdu spalili wszystkie kościoły i klasztory poza murami miasta. Zniszczenia i pożary spowodowane wojną trwały do 1657 roku.
Kraków atakowany, dręczony. Plaga szwedzka zdaje się nie mieć końca. Wojska Karola XII i zdewastowały Wawel. Przemoc niszczy miasto przez kolejne lata. W 1711 wkroczyły na Wawel wojska rosyjskie. W tym czasie zawitała też epidemia tyfusu. W mieście umarło wtedy ponad 7000 osób, poza murami ponad 12000.
W 1768 nawiedza Kraków kolejne trzęsienie ziemi, a dwa lata później musi się zmierzyć z nalotem szarańczy, powtórzonym kilkanaście lat później. Notuje się kolejne trzęsienia ziemi. Pod koniec XVIII wieku Kraków liczy 24000 mieszkańców. Jakby tego wszystkiego było mało, 5 sierpnia 1772 dokonuje się pierwszy rozbiór Polski…
Znamienny rok 1846. Rzeź galicyjska, powstanie krakowskie, wspólna decyzja zaborców o likwidacji statusu wolnego miasta i włączenie Miasta Krakowa w obręb monarchii austriackiej. Jako „bonus”, epidemia duru brzusznego, umiera prawie 4000 osób.
18 lipca 1850 roku wielki pożar. Zniszczeniu uległo – jak się szacuje – 10% zabudowy miasta: około 160 kamienic i domów, Pałac Biskupi i pałac Wielopolskich, kościoły św. Franciszka z Asyżu, Świętej Trójcy, św. Norberta i (częściowo) św. Józefa oraz przylegające do nich klasztory Dominikanów, Franciszkanów i Bernardynek. Oprócz zabytkowego wyposażenia wnętrz tych świątyń utracono też kolekcje dzieł sztuki i księgozbiory, zgromadzone w domach prywatnych. Spłonęło wiele mieszkań, sklepów i magazynów, wraz z którymi przepadły majątki całych rodzin.
Dopiero pod koniec XIX wieku i na początku XX wieku życie Galicji i Krakowa przyspiesza. Jak pisze Natasza Styczyńska:
Rozkwitał Uniwersytet Jagielloński, który w ostatnich latach XIX wieku został rozbudowany, by mógł pomieścić coraz większe rzesze studentów i kadry akademickiej. Okres autonomii to również okres intensywnego rozkwitu życia religijnego w Krakowie. Do miasta sprowadziły się zakony felicjanek, urszulanek i karmelitanek, a także jezuici i pijarzy. Zakony nabywały ziemię i nieruchomości. Autonomia stwarzała też możliwości funkcjonowania stowarzyszeń, związków i klubów [poczynając od kasyn, bibliotek i klubów mieszczańskich, przez skauting, po paramilitarne towarzystwa sportowe „Sokół”]. Dawniej salon, inteligencka kawiarnia czy oficerskie kasyno było zinstytucjonalizowaną formą rozwoju swoistego rodzaju idei i – co się z tym wiąże – tworzenia wspólnych znaczeń. Galicyjska autonomia umożliwiła również powstanie pierwszych partii politycznych. Po 1918 roku, w dobie wyłaniania się nowego kształtu odrodzonej Polski, doświadczenia te okazały się bezcenne.
Druga Wojna Światowa. Okupacja, eliminacja Krakowa jako polskiego miasta, witryny polskiej dumy historycznej. Unicestwienie elit. Zburzone pomniki, zamknięte instytucje. Tragedie, mordy, eliminacja Żydów, inteligencji, ludzi oporu.
Powrót do życia polskiego, acz odmienionego, już w komunistycznej uwięzi. Po nazistach stalinizm niszczy miasto. Ludzie znajdują swoje nisze. Artystyczny i intelektualny Kraków także zdołał je zagospodarować. Lata komuny mniej brutalne i dotkliwe niż np. w dużych miastach przemysłowych Śląska, co nie znaczy, że żyło się tam łatwo. No i było biednie. Izolacja od Zachodu też bolesna.
Siła środowiska, jego zróżnicowanie, infrastruktura instytucjonalna nauki i kultury, uodparniały jednak miasto na dotkliwe ciosy ideologią socjalizmu realnego. Kraków się nie poddawał, nie rezygnował z prymatu duchowego i kulturowego, pozostał „wzorcem metra” tego, co twórcze i wartościowe. Do niepodległości uzyskanej wraz z wejściem w lata 90-te XX wieku dotrwa w dobrej formie. Zahartowany przez burzliwe i dramatyczne dzieje jego genius loci ma się dobrze, Kraków mości gniazdo twórcom i innowatorom nowych czasów.
Dziś jest miastem nowoczesnym, i to w „zachodnim” tego słowa znaczeniu. Już nie drewniany, nadal murowany, nieźle zachowany jak na miasto z długą tradycją, przykuwa urokiem osobistym mimo metryki. Jest i „szklany”, czyli: inteligentny, smart, high tech, śmigający ku nowym szczytom, ku powodzeniu i poważaniu. Wystarczy zobaczyć co się dzieje w bliższej i nieco dalszej odległości od dworca, zajrzeć kogo kusi, by na czas dłuższy w Krakowie zawitać.
W zawodach o nowoczesność i rozwój miejski Kraków jest na podium, wraz z Wrocławiem i Warszawą.
Zygmunt Barczyk


A co z Katowicami jeśli chodzi o rozwój i nowoczesność? Czyż Miasto Czarne nie zmieniło się pod tym względem najbardziej w ostatnich latach?
Katowice stały się miastem kongresowym, zmiany są znaczne, teraz jest zadyma z Europejskim miastem nauki, to są takie eurourzędnicze zawody, demografia czyni z Katowic I Śląska zagłębie naukowe, nie poziomem, ale jest dobrze, Katowice, zwłaszcza na tle innych miast regionu, mocno prze do przodu, zobacz poza tem jak się buduje, ekspansja na sto pieronów
Kraków jest mocniejszy w istotnych inwestycjach i lokalizacjach ważnej przedsiębiorczości w high techu.
z.