Rodeo dysydenta
Będzie mi trudno w kluczu osobistym omówić let alone zrecenzować wspomnienia Karola Modzelewskiego, mimo, że znałem go przelotnie ze studiów na historii UW a nawet mieliśmy chyba jakieś wspólne zajęcia, choć studiowałem rok wyżej.
Tym niemniej byłem dość daleki od jego (i Jacka Kuronia, kolegi z mojego roku) wczesnej działalności politycznej na fali odwilży i później polskiego października. Mimo wzięcia udziału we wcześniejszej demonstracji niż ta opisana w książce, mającej jednak podobny przebieg: zmierzającej pod sowiecką ambasadę i następnie zwekslowanej w kierunku Politechniki. I mimo podobnych doświadczeń z okresu stalinizmu i spojrzenia na referat Chruszczowa. A także dlatego, że reakcja prof. Gieysztora na spóźnienia KM na seminaria przypominała uwagi prof. Gerbera na moje wcześniejsze ich opuszczanie: a, pan Kwiatkowski pewnie na pokaz filmowy? proszę bardzo.
Nigdy nie byłem suką (frajerem) ani worem w zakonie (porządnym człowiekiem) ale bliska mi jest – choćby więzienna – lektura ”Historii starożytnego Rzymu” Maszkina, z której kiedyś oblewałem i zdawałem poprawkę u prof. Izy Bieżuńskiej-Małowist.
Brakuje mi natomiast w książce jakiegokolwiek odniesienia do taternickich ambicji KM, poczynając od statystowania w ”Błękitnym krzyżu” Andrzeja Munka (1955) w zimowej sekwencji strzelaniny gdzieś na grani Tatr i dochodząc do pamiętnej sceny w jadalni Murowańca na Hali Gąsienicowej latem 1957, gdy KM wbiegł na salę i krzyknął dramatycznym głosem: Wawa nie żyje! Parę dni przed czy po tym wydarzeniu (dotyczącym tragicznej śmierci Wawrzyńca Ż7uławskiego w Alpach) przebywający wówczas na kursie wspinaczkowym KM wspiął się (w zespole oczywiście) trudną piątkową drogą (Wrześniaków?) południową ścianą Zamarłej Turni i jeszcze przez kilka lat uprawiał aktywnie taternictwo, choć z procesem ”taterników” miał już niewiele wspólnego. Miał na głowie własne procesy.
Co jest jednak właściwą materią wspomnień KM? Głównie analiza zaszłości politycznych w Polsce z dobrze uplasowanego miejsca obserwacji autora, często przemieszczającego się z widowni na scenę wydarzeń. Analiza nienaganna logicznie, nie pozbawiona sarkastycznego poczucia humoru, nie kryjąca sympatii i antypatii, choć zawsze bez zacietrzewienia. Sporo tu spraw ogólnie znanych i nie budzi np. zaskoczenia fakt odwołania odwołania przez Lecha W. sierpniowego strajku pod wpływem kobiet: Krzywonos, Pieńkowskiej i Walentynowicz. Natomiast zaskoczyły mnie tendencje separatystyczne gdańskich związkowców u zarania Solidarności, nie widzących zrazu potrzeby połączenia lokalnych MKZ w jedną organizację i ustępujących dopiero pod wpływem m.in. aktywistów z Wrocławia. Równie wnikliwie opisana jest transformacja, wobec której (planu Balcerowicza) nie kryje autor wątpliwości i nie szczędzi krytyki. Do końca nie jest on pewien czy inne rozwiązanie było możliwe (choć pożądane) i w tej analizie brak mi jednego, być może istotnego elementu – niesprawiedliwego uwłaszczenia dawnej nomenklatury. A także stosunku do grubej kreski Mazowieckiego z rozgałęzieniami w postaci różnych nieprzemyślanych gestów i wypowiedzi Michnika. Gdzieś w podświadomości KM widoczny jest brak przecięcia pępowiny łączącej go z szeroko pojętą lewicą. Co nie musi być zarzutem ale wyjaśnia pewne uwarunkowania jego politycznego światopoglądu.
I na koniec: co prawda wierzę każdemu słowu wspomnień KM, ale anegdotę o weneckich terrorystach-autonomistach można by snadnie opatrzyć wizytówką: se non e vero…
Aleksander Kwiatkowski
