Z baedekerem po Generalnym Gubernatorstwie A.D. 1943

Już w 1786 roku Johann Wolfgang Goethe skarżył się na natrętnych handlarzy oferujących w Wenecji tandetne suweniry. Sam jednak nie był wolny od pewnej słabości charakterystycznej dla typowej turystycznej stonki. Nie znano jeszcze wtedy selfie, więc wielki poeta woził ze sobą osobistego malarza, który uwieczniał go na tle co ciekawszych zabytków czy pejzaży.

Relacje Goethego z podróży po Włoszech stały się na wiele lat lekturą obowiązkową dla wszystkich udających się do Italii. Dopiero publikacje niejakiego pana Karla Baedekera z Koblencji sprawiły, że Goethe wyszedł z użycia. A firma rodziny Baedekerów do dziś wydaje setki przewodników po całym świecie. Niewątpliwie najbardziej kuriozalny wśród nich nosi tytuł „Das Generalgouvernement” i wydany został na początku 1943 roku. Ze słowem wstępnym „Reichsministra” Generalnego Gubernatorstwa, doktora Hansa Franka.

Za czasów Goethego turystyka była jeszcze bardzo niewinna i zastrzeżona dla najwęższej elity. Dziś to już gigantyczny biznes, z którego usług korzysta corocznie przeszło miliard ludzi. Nic dziwnego, że staje się on przedmiotem coraz liczniejszych analiz ekonomicznych, socjologicznych, kulturowych, antropologicznych, historycznych, etnograficznych, czy wreszcie popularnym tematem dziennikarskim. Ambicję połączenia wielu takich perspektyw przy spojrzeniu na powszechne wojażowanie ma szwedzki pisarz i reżyser Björn Cederberg. W swojej najnowszej książce „Turistens blick. Nedslag i resandets historia” zamieszcza dwadzieścia kilka krótkich esejów lub raczej: przyczynków do dziejów turystyki. Od Grand Touru po fenomen „sällskapsresor”, czy ciągle pozostającą w fazie embrionalnej turystykę kosmiczną. Autor najwyraźniej nie ma ambicji stworzenia jakiejś pogłębionej syntezy tematu (zresztą chyba nie dałoby się jej skonstruować na 250 stronach druku), opowiada raczej różne turystyczne przygody i anegdoty, z których czytelnik może próbować zbudować sobie jakąś historyczną panoramę, czy pokusić się o refleksję typu: zmieniają się środki techniczne i sposoby podróżowania dla przyjemności, ale natura ludzka raczej pozostaje stała. Teksty uzupełnia obszerna bibliografia, więc co ciekawsze wątki można rozwijać już na własną rękę.

Z punktu widzenia polskiego czytelnika oczywiście najbardziej interesujący jest rozdział poświęcony przewodnikowi Baedekera. Trochę nawet zazdroszczę Cedebergowi, że tak odważnie złapał byka za rogi. Ja sam kupiłem to wydawnicze kuriosum kilkanaście lat temu w jednym z krakowskich antykwariatów i ciągle nie wiedziałem czy i jak je dziennikarsko wykorzystać. I muszę przyznać autorowi, że dobrze rozpoznał zgoła perwersyjny, jeśli nie zupełnie obłędny sens tej publikacji. Na przykład jedną gwiazdkę przyznaną klasztorowi i Czarnej Madonnie w „Tschenstochau” oraz dwie Wawelowi (wejście tylko za specjalnymi przepustkami). I znalazł lakoniczną informację, iż krakowski „Kazimierz jest dziś wolny od Żydów”. Cederberg nie dostrzegł co prawda, że na planie Warszawy załączonym do przewodnika teren getta i cmentarza żydowskiego to dwie duże białe plamy, po prostu miasto pomiędzy Powązkami i Żoliborzem a Środmieściem jakby wyparowało, ale nie wymagajmy od niego aż tak dobrej znajomości polskich realiów. Dodam tu tylko, że w Warszawie nic nie zasłużyło na dwie gwiazdki, nawet Adolf-Hitler-Platz (Plac Saski) czy Park Łazienkowski i Pałac na Wyspie, mimo swoich niemieckich i włoskich twórców. Musi im wystarczyć jedna gwiazdka. Oczywiście w GG niczego godnego trzech (czyli najwyższej baedekerowskiej noty) być nie może.

Szwed widzi doskonale potworność i równocześnie absurdalność informacji z Baedekera: o hotelu w Auschwitz z 20 miejscami noclegowymi, o leczniczych źródłach jodowych i bromowych w „Bad Gottschalkowitz”, czy o złagodzeniu przepisów wjazdowych – oczywiście dla Niemców – do Generalnego Gubernatorstwa. Kiedy powstawał przewodnik, jego autorzy, tak jak zapewne i większość Niemców, łudzili się, że Rzesza wojnę wygra i na trwałe zajmie tereny okupowanej Polski. I dlatego zadbali o precyzję i aktualność wszystkich informacji, m.in. o kursie wymiany pieniędzy – za jedną markę otrzymywało się wówczas dwa złote. Nie przewidzieli tylko, że na przykład w takiej Warszawie niemal wszystkie dokładnie opisane zabytki ich rodacy puszczą za rok, półtora z dymem i zamienią w kupę gruzów.

Wielokrotnie też podkreślają, że wszystko co godne w Polsce uwagi, zawdzięczamy niemieckiej myśli, niemieckim twórcom: architektom, malarzom, rzeźbiarzom, planistom. Czasem tylko zdarzy się jakiś Włoch, jak Bacciarelli. Wspomniany jest wprawdzie Jan Matejko, którego jakoś trudno im było zaliczyć do Niemców, ale to właśnie na nim kończy się wykład z historii niemiecko-polskiej kultury. Potem nie wydarzyło się w niej już nic godnego uwagi.

Mimo wdzięczności dla Cederberga za przypomnienie tego wydawniczego „białego kruka” muszę przyznać, iż wyraźna powierzchowność „Turistens blick” i koncentrowanie się na anegdotach (nawet tak smacznych, jak ta odnotowująca pierwszego turystę-idiotę, który wyrył swoje inicjały na egipskiej piramidzie w … 1244 roku przed naszą erą) powoduje niedosyt. Z pewnością można go jednak sobie zrekompensować sięgając po polecane przez autora książki i filmy.

Piotr Cegielski

Björn Cederberg, Turistens blick. Nedslag i resandets historia, Historiska media, Lund 2015, 254 s.
Tekst publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej we wrześniu 2015 roku

Lämna ett svar