Rejs: od Barcelony do Walencji

0
cruise-ship-3808990_1920

Aby zatrzeć ślad po frustrujących przeżyciach na Korfu  i jednocześnie uczcić okrągłe urodziny Małżonka wybraliśmy się na krótki rejs po  Morzu Śródziemnym. Było to intensywne przeżycie, codziennie inny port. Wyprawa rozpoczęła się noclegiem w hotelu w Barcelonie. Z lotniska odchodził autobus do centrum. Kierowca nie chciał nas wpuścić bez maseczek, ale udało nam się je szybko odnaleźć w walizce. Do hotelu miało być niedaleko. Małżonek zbyt optymistycznie ocenił dystans. Taksówka była nieosiągalna ponieważ ten region miasta zamknięto dla ruchu samochodowego. Zmęczeni dotarliśmy na miejsce marząc o zimnym piwie. W recepcji próbowano nam wytłumaczyć, jak dotrzeć do odległego irlandzkiego pubu. Ale okazało się, że hotel przez ścianę graniczył z restauracją, gdzie mogliśmy ugasić pragnienie.

W Barcelonie mamy tradycję odwiedzin w szampanerii, przybytku, gdzie zagryzając tapas pije się musujące wino Cava. Szampaneria leżała w pobliżu, więc po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w jej stronę. Tam, również zgodnie z tradycją, zamówiliśmy po ciepłej bułeczce z topionym roquefortem, roquefort caliente i dwa kieliszki Cava brut. Wino nalewano szczodrze, z meniskiem wypukłym; trudno było donieść kieliszki do stolika nie uroniwszy ani kropelki. Znajomy radził nam po fakcie upijać nadmiar przez słomkę.

Następnego dnia czekało nas hotelowe śniadanie. Jak zwykle nie byliśmy rozczarowani: smakowite wędliny, sery i jajecznica ze świeżych jajek, nie z proszku. Małżonek dostrzegł natychmiast butelkę musującego wina i szczodrze sobie nalał. Ja czułam lekki przesyt po wizycie w szampanerii. Jedliśmy bez pośpiechu i tylko dyskretne przyciemnienie światła zasygnalizowało, że śniadanie ma się ku końcowi.

Przed opuszczeniem hotelu należało opłacić dodatek klimatyczny wysokości 7 euro na dwie osoby za dobę. Pamiętam z dzieciństwa, że i w Polsce, w miejscowościach wypoczynkowych, obowiązywał taki dodatek, ale był on raczej symboliczny. Małżonek wybrał się jeszcze na pożegnalny spacer w rejonie pomnika Kolumba i wylotu bulwaru la Rambla. Promenada  zmieniła się nie do poznania. Miejsce stoisk z kwiatami i pamiątkami, klatek z papużkami i kanarkami, karykaturzystów, żywych posągów, postaci pomalowanych na biało, srebrno czy złoto, zastygłych w jednej pozie, a po otrzymaniu datku zmieniających pozycję i nieruchomiejących ponownie, zajęły – widocznie bardziej rentowne – restauracje dla hord turystów.

Taksówka zawiozła nas do portu. Walizką zajął się personel, a my odszukaliśmy swoją kabinę. Była przestronna, z niewielką kanapką, którą zajęła walizka. Nie posiadała jednak lodówki i zapytałam przydzielonego nam stewarda, gdzie można przechować insulinę Małżonka. Natychmiast dostarczył nam przenośną lodóweczkę i pojemnik na zużyte strzykawki. Udaliśmy się do bufetu na lunch, ale nie odkryliśmy jeszcze wszystkich rozkoszy podniebienia.

Po sycącym śniadaniu bezpłatny autokar zawiózł nas do pierwszego portu, francuskiej miescowości Sete przeciętej dwoma kanałami i z tego względu przypominającej Amsterdam. Pogoda była piękna, a wędrówka wzdłuż kanałów aż do otwartego morza urzekająca. Udało nam się także nabyć butelkę francuskiego koniaku, Armaniaku, na prezent dla przyjaciela, okrągłego jubilata. Jeśli ktoś zapyta, skąd ta butelka, bo Armaniaku nie ma w Systembolaget, powiemy, że to prywatny import prosto z Francji.

Był 15 października, moje imieniny, i z tej okazji jedliśmy kolację w restauracji, w której można było jeść o dowolnej porze. Zapytałam miłej kelnerki, czy i na tym statku jest zwyczaj częstowania solenizantów tortem, którego Małżonek niestety nie będzie mógł jeść. ”W takim razie zapraszamy serdecznie na kieliszek szampana” – padła odpowiedź. ”Jestem Meksykanką, moja mama ma na imię Teresa i też obchodzi dziś imieniny” – dodała. Wypiliśmy za zdrowie moje i mamy. Na przystawkę zamówiliśmy frytowane ośmiornice i ślimaki zapiekane w sosie czosnkowym. Na drugie danie wybraliśmy kaczkę. Porcje były mordercze: udko i pierś na osobę. Przejedzeni udaliśmy się do bufetu na gorącą herbatę.

Następnym portem był francuski Toulon leżący w pobliżu Marsylii. Była niedziela i miejskie autobusy nie odchodziły z portu. Jedynym sposobem dostania się do miasta była taksówka lub łódź za 25 dolarów na osobę. Wydało się nam to trochę drogo. Wiec poprosiłam panienkę w informacji turystycznej o zamówienie taksówki. Nie grzeszyła usłużnością, ale w końcu uległa. Taksówka miała kosztować 25 euro. W ten sposób nic nie zyskamy. Pojechaliśmy łodzią. Atrakcją Tulonu jest ponad kilometrowy rynek owocowo-warzywny przy ulicy Lafayette. Francuzi znani są z doskonałej kuchni. Każda jarzynka czy owoc, wypucowane do glansu i w kilku wariantach cieszyły oczy.  Ale najbardziej zachwyciły mnie stragany z rydzami. Takiej ilości rydzów nie widziałam nigdy przedtem. Niestety, nie mieli ich na statku.

Stoły bufetowe zaskakiwały nas stale nowymi smakołykami. Pochłanialimy tapas, pocięte skośnie i przypieczone kromki bułki z guacamole, szynką parmeńską, łososiem lub jajkiem na twardo. Co rano mieliśmy orgię łososiową. Dwa znane w Szwecji rodzaje kompletował łosoś zabarwiony  buraczanym sokiem. Nie jadam ryb na śniadanie, ale tu robiłam wyjątek dla różyczki z łososia, łyżeczki śmietankowego serka, krążka czerwonej cebuli i ćwiartki cytryny. W oddzielnym sektorze kucharz smażył jajka i omlety. Oferowano także, już z rana, płaty pieczonego mięsiwa. Kropką nad i był pewien wieczorny poczęstunek, kiedy to poza truskawkami podano świeże maliny i jerzyny. Niezwykle usłużny personel spełniał w miarę możliwości życzenia gości. Kiedy zażyczyłam sobie tygrysie krewetki bez sosu, natychmiast dostałam całą ich miseczkę. Na specjalne życzenie dostaliśmy także na odjezdnym ogromną porcję frytowanych ośmiornic.

Następnym portem było Ajaccio na Korsyce, miejsce urodzin Napoleona. Był poniedziałek, muzea pozamykane. Obejrzeliśmy fasadę domu Napoleona i okoliczne sklepy z pamiątkami po cesarzu. W niedziele i poniedziałki Francja jest nieczynna zauważyła pewna pani. Ajaccio posiada miejską plażę, gdzie spędziliśmy miło resztę dnia na opalaniu i kąpieli.

Kiedy przypłynęliśmy na Majorkę nie było w planie zwiedzania tylko plażowanie, ponieważ znaliśmy wyspę z poprzednich pobytów. Trudno było dopytać się o autobus. Po długim oczekiwaniu, w desperacji, zatrzymałam taksówkę i razem z drugą parą poleciliśmy wieźć się do Palma Nova. Woda w morzu była jeszcze cieplejsza niż na Korsyce. Powrót odbył się autobusem. Miał nas dowieźć do portu. Niestety, zawiózł nas do centrum miasta. Po wielu mylnych informacjach i kilku czasochłonnych przesiadkach wyczerpani dotarliśmy na statek na 10 minut przed odpłynięciem. Nie chciałabym przeżyć tego po raz drugi.

Ibiza była następną wyspą Balearów. Przed wielu laty odwiedziliśmy ją i w pamięci pozostały mi piękne plaże i opalające się topless turystki. Nie znaliśmy jednak położonego dość wysoko starego centrum miasta. Nad miastem góruje katedra. Katedry często budowano na wzgórzach, bliżej nieba. Małżonek pozostawił mnie w kawiarni, a sam udał się na wspinaczkę. Powrócił zmordowany po godzinie. ”Taki wysiłek nie jest na moje lata” – stwierdził ciężko dysząc. W drodze powrotnej chcieliśmy się napić piwa. W mijanej restauracji wymagano, aby jednocześnie zamówić coś do zjedzenia. Na szczęście obok był bar bez obowiązku konsumpcji. Przypomniał mi się felieton Wiecha, gdzie autor ubolewa nad losem Szwedów. Aby wolno im było wypić kieliszek czystej w restauracji – muszą zamówić obiad z trzech dań z komputem.

Rozrywek w sensie pokazów czy występów było na statku niewiele. Jeden z nich, Broadway show, zapowiadała hostessa imieniem Mercedes. Prosiła, aby zapamiętać jej imię i nie mylić z Lambordini, Fiatem czy Maserati. Po czym na ekranie, przy ogłuszającej muzyce, przez dłuższy czas pokazywano migawki z Broadway’u. W końcu kurtyna poszła w górę i odtańczono kilka rzekomo humorystycznych skeczów o niejasnej puencie. Na innym pokazie artysta cyrkowy wprawiał talerze w ruch obrotowy na długich prętach. Jak długo można patrzeć na wirujące talerze? Wyszliśmy przed końcem. Tym chętniej, że cyrkowiec porywał gości na scenę i zmuszał do brania udziału w spektaklu. Nie lubię tego. Jako widz chcę się czuć bezpiecznie i nigdy nie siadam blisko sceny.

Przedostatnim portem była Cartagena. Miasto otacza potężny mur. Jest tam wiele antycznych zabytków, m.in. dobrze zachowany amfiteatr i pozostałości rzymskich ruin. Pewne ulice mają ławeczki i murki ozdobione wielobarwną ceramiczną mozaiką.

A na zakończenie czekała Walencja, trzecie co do wielkości miasto po Madrycie i Barcelonie. Nie sposób było zwiedzić więcej niż stare miasto. Prowadziła do niego ogromna brama, podobno największa w Europie. Dominuje tam katedra z kilkoma placami wokół. Katedra jest mieszanką stylów architektonicznych: romańskiego, gotyckiego i baroku. Walencja posiada hale targowe. I tu sprzedawano rydze, ale nie można ich brać w podróż, powinny być skonsumowane w dniu kupna.

Ten rejs różnił się od dotychczasowych. Kapitan nie częstował szampanem na powitanie i pożegnanie, o kodach ubraniowych nie było mowy. Dżinsy mogły wystarczyć jako strój. Wiele pań ubierało się we wzorzyste, luźne suknie z ”ogonami”, ale nie były to stroje galowe, tylko przewiewne, letnie ciuszki. Rejs miał jednak swoje zalety – kilka nowych miejsc do zwiedzania i ciekawe kulinarne przeżycia.

Teresa Urban

Październik, 2022 r

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer