Wielka wyprawa Polaków do Szwecji w świetle ówczesnych relacji

Na przełomie XVI i XVII wieku podróże morskie były dla Polaków rzadkością. Przeprawy morskie uważano za wyjątkowo niebezpieczne i niepewne. Na zmianę tej niekorzystnej opinii nie wpłynęły przygody i wojaże Jana Flechsbindera zwanego Dantyszkiem. Śmiałek ten przepłynął wielokrotnie Bałtyk, Morze Północne, Kanał La Manche i Morze Śródziemne.

Wszystkie podróże morskie odbywali Polacy w pojedynkę lub w stosunkowo małych grupach. Olbrzymie zmiany przyniosły dopiero wyprawy Polaków do Szwecji w drugiej połowie XVI wieku.

Już w 1563 roku do Szwecji ruszył Jan Tęczyński z imponującym orszakiem liczącym około 100 osób. Celem wyprawy było sfinalizowanie planów matrymonialnych młodego magnata. Wybranką była Cecylia, siostra króla Eryka XIV. Najprawdopodobniej 10 września na wynajętym statku wypłynięto z Gdańska do Sztokholmu. Pomimo wszechstronnych przygotowań wyprawa nie osiągnęła celu. Statek z Tęczyńskim został przechwycony i zaaresztowany przez Duńczyków, będących w stanie wojny ze Szwecją. Przygoda zakończyła się dla Tęczyńskiego tragicznie. Wtrącony w listopadzie do więzienia kopenhaskiego zmarł 27 grudnia 1563 roku z nieustalonych do końca przyczyn.

Ponowne ożywieni ruchu bałtyckiego pomiędzy Polską a Szwecją nastąpiło po śmierci Stefana Batorego. Na północ podążali wysłannicy elekcyjni.

Prawdziwy przełom nastąpił już za panowania Zygmunta III Wazy i związany był z wyprawą koronacyjną do Szwecji w 1563 roku. W wyprawie wzięło udział około 6000 osób! O wyjątkowości świadczy nie tylko ogromna liczba uczestników, ale i udział w niej wszystkich warstw społecznych. W rejsie uczestniczyli dworzanie, szlachta, uczeni. Nie brakowało również przedstawicieli innych stanów, zaokrętowano bowiem również wojsko i rzeszę sług, koniuchów i innego rodzaju służbę.

Pierwsze to zetknięcie się na tak dużą skalę z żywiołem morskim dostarczyło wielu wrażeń i na długo zapadło w pamięć podróżnikom. Z wyprawy tej zachowało się kilka relacji. Do najbardziej wartościowych należą wspomnienia pióra Wacława Kiełczewskiego i Andrzeja Zbylitowskiego. Obaj zaokrętowani byli na okręcie „Wilk” dowodzonym przez Jana Bagge.

Już same przygotowania do rejsu godne były uwiecznienia, które widział Zbylitowski:

„…tym czasem zwątlone

Okręty poprawiono i liny kręcone

Wiązano u wysokich masztów i zszywano

Żagle białe, i smołą nawy polewano.”

Po tych przygotowaniach flota gotowa do drogi odbiła spod gdańskiej Latarni w dniu 16 września 1593 roku. Już pierwszy dzień podróży dostarczył wielu wrażeń uczestnikom rejsu. Tak oto początek drogi wspomina Kiełczewski: „…aż przed wieczorem samym przypadła wielka nawałnica na morzu, tak iż nas Pan Bóg różno rozstrzelił po morzu; było nas z miejsca 56 okrętów, a tak nas wiatr rozniósł, że nas tylko 20 okrętów z Królem JM-cią do jednej insuły którą Helem zową, przypłyneło i tam król mieszkał cały tydzień, aż się do niego drugie okręty zgromadziły”. Fatalna pogoda dawała się we znaki również i w dalszym ciągu  rejsu:

„Przed wieczorem szturmy i wielki nawałości były na morzu, że nas jeszcze barzi i w dalekie strony, z wielkim a prawie z niewymownymi i nieopisanymi strachami.”

Podobne wrażenie wywarło morze na Zbylitowskim, który tak wierszem oddaje grozę natury:

„Nawałość sroga wstała i wały gwałtowne,

Że okręty wiatr srogi przewracał budownie.

Raz pod niebo bałwany nawę podnosiły,

Drugi raz ją w przepaści morskie ponurzały,

Znowu gdy się niebezpieczność i trwogę dostała :

Bo ją przeciwne między się wzięły bałwany,

Tak że i wierzch masztu ledwie był widziany,

Czasem ją zaś ze wszystkimi tak wały okryły,

I srodze na przemiany z oby stron w nię były.

A ludzie, którzy jedno w nawach wszystkich byli,

Niemałych niebezpieczeństw i strachów zażyli.

Dzień i noc ta nawałność i trwoga trwała”

Bardzo życzliwie wspomina Zbylitowski Gotlandię, gdzie „Wilk” szukał schronienia przed sztormami i przeciwnymi wiatrami. Mieszkańcy wyspy widząc okręty w niebezpieczeństwie nie tylko pospieszyli z pomocą nie bacząc na ciężkie warunki, ale i ofiarowali wszelką gościnę nie oczekując w zamian wynagrodzenia. O pięknym tym uczynku informuje Zbylitowski:

„Kilkanaście wysłali na baciech człowieka,

Chęc nam swą ofiarująć, przywieźli żywność

Wszelakiej do okrętów, a my ich ludzkości

Będąc wdzieczni dar każdy chciał im ofiarować

Za taką chęć, lecz oni nie chcieli przyjmować

Od żadnego, i owszem, o to nas prosili,

Żebyśmy do ich wyspy nawy swe przybili,

Dostatek do żywności potrzeb obiecując,

Ludzkość swą i wszelaki wczas tam ofiarując”

Również dalszy ciąg podróży nie był wolny od groźnych sytuacji. Tuż u kresu podróży znalazł się „Wilk” ponownie w opałach. Opisy są zgodne co do okoliczności i przebiegu katastrofy. Niespodziewanie okręt uderzył bokiem w skały. Zdarzenie to tak przedstawia Kiełczewski:

…w dzień niedzielny, prawie w południe myśmy się skupili około jadła na dole w okręcie. Kapitani też nasi jedli w swoich komorach; przyszlichmy na skały wielkie i ciasne prawie extesis plenis velis, to jest po naszemu mówiąc wszystkimi żaglami rozpuszczonymi uderzył okręt trzykroć o skałę; tym sam nas jeszcze Pan Bóg zachował, że pierwsze uderzenie było w bok i tym się zraził okręt z onego tęgiego biegu, że nie mógł tak uderzyć przodkiem tak gwałtownie, jako był miał uderzyć”.

Katastrofa wywarła jeszcze większe wrażenie na Zbylitowskiem, według jego relacji okręt już był praktycznie utracony:

„Wtem uderzył w róg skały okręt z lewej strony

Gwałtownie: tam nie było już inszej obrony,

Jeno się Bogu tylko samemu poruczać,

A do dylow i masztu co rychlej rzucać.

Bojaźń sroga na wszystkie, nagła padła trwoga”.

Obaj autorzy zgodnie uważają ocalenie za cud, wspominając, że: „Tam Pan Bóg przedziwnym a misternym przejrzeniem swoim sam nas jeszcze zachować raczył”.

Dotarcie do celu podróży uczczono wieloma salwami armatnimi. Rejs nie dla wszystkich skończył się dobrze. Na okręcie „Wilk” zginęło co najmniej kilka osób, część w wyniku kolizji niedaleko Sztokholmu, lecz i również w wyniku sztormowej pogody, jak bosman wspomniany przez Zbylitowskiego. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia:

„Jednak w tej nawałności jeden okręt zaginął,

Który na ślepą skałę w srogi szturm przypłnął

W pół się prawie na ostrej okęt spadał skale,

Tak że ludzi zostało jednak kilko cale

Na jednej połowicy, drudzy potonęli”.

Większość okrętów odniosła większe lub mniejsze uszkodzenia. Podróż powrotna nie obfitowała już w tyle tragicznych sytuacji.

Podróż morska do Szwecji tak znacznej liczby osób z całą pewnością przyczyniła się do popularyzacji spraw morskich w Rzeczpospolitej. Ważne były nie tylko spisane relacje podróżników, ale zwłaszcza wspomnienia przekazywane ustnie przez wszystkich uczestników rejsu. Ważnym jest również i to, iż z żywiołem morskim zetknęła się nie tylko elita społeczna Rzeczpospolitej i marynarze, ale i duża liczba osób pochodzenia nieszlacheckiego, dla której taka podróż była bardzo egzotyczna. Bardzo trudne warunki i liczne niebezpieczeństwa odcisnęły piętno na relacjach uczestników, nie zachęcając do podróży morskich. Kolejna wyprawa Polaków do Szwecji w roku 1598 również doświadczyła bardzo sztormów przysparzających dużych strat. Wyprawy oprócz popularyzacji spraw morskich poszerzyły również wiedzę w Polsce o naszym północnym sąsiedzie – Szwecji. Przez długi czas po wielkiej wyprawie do Szwecji udawano się sporadycznie, a w wyniku wojen Szwedzi już nie kojarzyli się z gościnnością i bezinteresownością.

Michał Duda

Tekst publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej w 2006 roku

 

 

 

Lämna ett svar