Akta sprawy można czytać jak pasjonującą książkę

NGP rozmawia z mecenasem Arturem Makuchem (z kancelarii Praetor&Lamblake w Sztokholmie), który reprezentuje pośredników inwestycji, jednocześnie będących wierzycielami w procesie, który toczy się w Ystad.

Kogo reprezentujesz w procesie, który toczy się w sądzie w Ystad?

My w tym procesie reprezentujemy dziewięciu pośredników, mieszkających w Polsce, których zadaniem było umożliwienie zawarcia umów inwestycyjnych osobom, tzw inwestorom, które chciały brać udział w tym finansowym przedsięwzięciu.

A jak oni zostali “zwerbowani”?

Angażował ich w głównej mierze tak zwany koordynator. To osoba, która też działała jako pośrednik, ale był “w bliższym kontakcie” z Joanną Segelström. On działał głównie na terenie Polski i tam szukał osób, które od lat prowadziły albo działalność finansową, albo na przykład sprzedawały ubezpieczenia. Nie byli to przypadkowi ludzie, raczej osoby, które miały jakieś własne kontakty i własnych klientów. Koordynator przedstawiał im bardzo atrakcyjny układ finansowy, oni z kolei “sprzedawali” to dalej swoim klientom, którzy gotowi byli w to inwestować. Sami też inwestowali.

Brzmi jak typowa “piramida”… Dlaczego akurat sprawa tych pośredników trafiła do sądu?

Szwedzki syndyk masy upadłościowej Joanny Segelström i jej syna założył im sprawę o zwrot otrzymanych prowizji. Łącznie w procesie, w którym uczestniczymy jako prawni przedstawiciele pośredników, chodzi łącznie o około 350-400 milionów koron.

To tylko część sumy, która “wyparowała”…

W chwili ogłoszenia upadłości firmy Segelström, syndyk wyliczył, że brakuje około 2,5 miliarda koron. To jedna z największych sum procesowych w Szwecji czy nawet w Europie związanych z upadłością takiej dzialalności gospodarczej, jaką była Timeless Gallery.

Większość komentatorów mówi po prostu o gigantycznym przekręcie.

Tak twierdzi syndyk. My jako przedstawiciel prawny twierdzimy z pełnym przekonaniem, że to nie był żaden „przekręt”, po prostu źle trafiona inwestycja.

Wszystko ma jednak znamiona klasycznej piramidy finansowej…

Powtórzę: tak twierdzi syndyk. I właśnie na podstawie tej argumentacji wystąpił do sądu o to, by pociągnąć do odpowiedzialność między innymi pośredników, których my reprezentujemy, a którzy otrzymywali prowizję za złączenie inwestorów z Timeless Gallery. Syndyk uważa, że oni powinni zwrócić tę prowizję do masy upadłościowej i właściwie o to toczy się sprawa.

Kto najbardziej stracił na tej inwestycji?

Ci, którzy zainwestowali pod sam koniec działalności. Wpłacili pieniądze, za które nabyli dzieła sztuki, ale już tych inwestycji nie odzyskali.

Za co płacili?

Kupowali dzieła sztuki. Wyglądało to tak: osoba taka kupowała na przykład rzeźbę za 100 tysięcy koron, Timeless Galery Joanny Segelström gwarantowała, że na przykład za rok odkupi tę rzeźbę za np 130 tysięcy koron. Inwestor nie musiał się na to godzić i mógł zatrzymać zakupione dzieło, ale jeśli się zgodził, to ona te pieniądze mu miała wypłacić. Wychodzono z założenia, że wartość tego dzieła sztuki po prostu wzrośnie o 30%. To jednak oznaczało, że jeśli ona miała zwrócić dodatkowo 30 tysięcy koron, plus jeszcze opłacić prowizje pośrednikom, to musi zyskać kolejnych, nowych klientów, którzy np wykupią tę samą rzeźbę za np 150 tysięcy koron. Warto podkreślić, że układ ten sprawdzał się bezbłędnie przez parę lat.

No… czyli swego rodzaju piramida…

Tak myśląc można stwierdzić, że każda działalność finansowa jest piramidą. Gdy banki dają pożyczki, to też działają na tej samej zasadzie. Skądś te pieniądze na nowe pożyczki trzeba wziąć.

Sprawa przypomina nieco aferę Amber Gold. Rozsądek mówi, że w tego typu inwestycjach nigdy nie można mieć gwarancji zysku.

To prawda. Ja nie reprezentuję Joanny Segelström i jej syna, który był wspólnikiem w tym przedsięwzięciu. Ja reprezentuję tylko osoby, które współpracowały z nimi. Syndyk sugeruje, że są one współodpowiedzialne, że wiedziały od samego początku, że to „pęknie” i inwestorzy na tym stracą. A w rzeczywistości było wręcz odwrotnie, co staramy się udowodnić.

A dlaczego pękło?

Nie wiem dokładnie, ile było tak zwanych inwestycyjnych etapów. To znaczy, ile razy dochodziło do transakcji kupno-odsprzedaż, kolejne kupno i tak dalej. Na każdą kolejną inwestycję potrzeba było wpływu kapitału. Nie tylko trzeba było wypłacić “zysk” dla inwestora, ale także trzeba było płacić prowizje – dla koordynatora, dla pośredników, no i Segelström też musiała na tym zarobić. I wreszcie trzeba było płacić też artystom za dzieła sztuki. Było więc wiele ludzi, którzy musieli na tym zarobić. Syndyk twierdzi, że od samego początku inwestycja była skazana na finansową katastrofę.

W procesie, w którym uczestniczysz, stroną jest syndyk?

Tak, a konkretnie masa upadłościowa Joanny Segelström i jej syna. W prowadzeniu tych spraw asystuje mi i udziela bezcennej pomocy Magdalena Rapacewicz. Joanna Segelström i jej syn zniknęli i przez długi czas nie wiadomo było, gdzie się ukrywają. Wysłane były za nią listy gończe przez Interpol. Dopiero niedawno aresztowano ją i syna w Hiszpanii. Odniesieniem naszej sprawy jest obrona ludzi, których syndyk pozwał o zwrot pieniędzy, pośredników i koordynatora wobec których, uważa ma szansę na odzyskanie części wierzytelności.

Wy reprezentujecie 9 osób. Czy jest ich więcej, wobec których wystąpił syndyk?

W sądzie w Ystad, gdzie sprawa jest prowadzona, jest około 20 pozwanych. Sprawami tymi zajmują się inne renomowane kancelarie, z którymi w pewnym zakresie współpracujemy, bo mamy po części wspólny cel. Z tego co wiem, jest jeszcze jakaś sprawa w Linköpingu i jedna w Malmö. Sprawami, którymi się zajmujemy, prowadzone są od 2019 roku. Wcześniej zajmował się tym prawnik w Malmö, ale został odsunięty od prowadzenia przez sąd – co jest wydarzeniem dość precedensowym – zarzucono mu brak kompetencji. To naprawdę niezwykła sprawa, bardzo skomplikowana, akta można czytać jak pasjonującą książkę.

Fotografia Joanny Segelström na liście gończym Interpolu

Spraw o podobnym charakterze, gdy inwestorzy tracili pieniądze, było już wiele. Często zastanawiam się, czy epilog takich spraw nie jest jednak karą za naiwność inwestorów?

Zapewne gdzieś jest granica między ludzką naiwnością, a poczuciem, że po prostu zostało się oszukanym. To sprawa trudna do rozstrzygnięcia. Przecież poszkodowanymi są osoby, które ciężko podejrzewać o naiwność: to są też prawnicy, ministrowie, ludzie na bardzo wysokich szczeblach, również zajmujący się finansami. Z pewnością tacy ludzie nie wdawali by się w inwestycje, które z góry wyglądały by bezpodstawnie. Ogólnie można stwierdzi, że inwestycje z bardzo znacznym awansem w krótkim terminie, z zasady zawsze wiążą się z dużym ryzykiem.

Czyli chęć szybkiego i dobrego zarobku przeważyła nad zdrowym rozsądkiem…

Na to musi każdy z inwestorów sam odpowiedzieć. Warto podkreślić jednak, że też wiele osób inwestujących zarobiło bardzo znaczne kwoty.

Złośliwie można powiedzieć, że głównie Joanna Segelström… Dlaczego sprawa toczy się w Szwecji, skoro poszkodowani są głównie w Polsce?

Joanna Segelström mieszkała w Szwecji, w Trelleborgu. Przez ostatnie dwa lata wiele w tej sprawie się nie wydarzyło, od czasu gdy syndyk założył sprawę. Zastanawiano się, czy sąd w Ystad jest właściwą instancją, czy nie było by bardziej właściwe prowadzić sprawę w Polsce, gdzie mieszkają pozwani. Ale sprawa o upadłość firmy Timeless Gallery ogłoszono w Szwecji. I tu mieszkała Segelström.

Kto jest głównym winowajcą w tej aferze? Joanna Segelström?

My nie oceniamy kto jest winien i czy w ogóle można mówić o winie. Występujemy jako przedstawiciele pośredników i koordynatora. Naszą rolą jest udowodnienie, że nasi klienci nie są winni zwrócić do masy upadłościowej pieniędzy.

To chyba jedna z największych spraw, które prowadziłeś do tej pory.

Olbrzymia sprawa, olbrzymi materiał do przeczytania, kilkaset akt. Wymagało to zupełnie przeorganizowanie pracy mojej kancelarii. To łącznie 9 spraw. O olbrzymie pieniądze. Od samego koordynatora – według syndyka mającego najlepszy wgląd w sprawę przepływu pieniędzy – syndyk domaga się zwrotu 250 milionów koron. Sprawa skomplikowana, trudna, ale dla prawnika bardzo pasjonująca.

Ocenia się, że zaginęło 2,5 miliarda koron, ile do tej pory udało się syndykowi odzyskać?

Niewiele. 5 milionów złotych w gotówce, sztabki złota, dom Segelström, samochody w Szwecji i w Hiszpanii. Część dzieł sztuki, które były przedmiotem inwestycji, została zabezpieczona w galeriach i innych miejscach w Polsce, w Szwecji, Hiszpanii i w USA. Według syndyka mają one wartość znikomą wobec tego za ile były sprzedawane inwestorom. To oczywiście też nas – jako obrońców – różni od opinii syndyka, gdyż wszystko zależy, jak dzieła sztuki należy wyceniać. W moim przekonaniu syndyk powołując się na wycenę eksperta, myli się. Chodzi o to, że gdy odnosimy się do współczesnych dzieł sztuki, które nie były wcześniej na rynku, to można ich wartość ocenić jedynie na podstawie tego, za ile ktoś je chce kupić. A nie za ile ktoś je wyceni. Czyli, jeżeli ktoś zapłacił za rzeźbę np 150 tysięcy koron, to ona ma wartość 150 tysięcy. Oczywiście, to nie oznacza, że drugi kupiec zapłaci tyle samo, a może zapłacić nawet dwa razy więcej.

To chyba będzie argument, który w sądzie trudno będzie obronić…

Tego nie wiem. Według mnie jest to argument logiczny i wsparty opiniami zaciągniętymi od rzeczoznawców. Ale to oczywiście tylko jeden z wielu elementów tego procesu.

Poszkodowanych inwestorów jest około 2000.

Tak, a wśród poszkodowanych inwestorów są także nasi klienci. Bo będąc pośrednikami, sami także inwestowali i utrzymują roszczenia do masy upadłościowej rzędu kilkunastu milionów złotych. Jest to więc sprawa bardzo skomplikowana, o wielkiej złożoności.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Tadeusz Nowakowski

Foto: Artur Makuch i Magdalena Rapacewicz z kancelarii Praetor&Lamblake. © Patrik Berg

Lämna ett svar