ANDRZEJ OLKIEWICZ: Pamiętam dzień, w którym Stalin zmarł

Pamiętam dzień, 5 marca 1953 roku, w którym Stalin zmarł. Poranek był chłodny i mglisty. Spuszczona do pół masztu chorągiew zwisała bezwładnie przed dworcem w Gdyni-Orłowie.

Portret Stalina wiszący w naszej klasie, w Technikum Budowy Okrętów w Gdańsku, już ktoś przybrał żałobnym kirem. Wszystkich w szkole zwołano do auli, dyrektor i kilku nauczycieli miało przemówienia a ZMP-owscy aktywiści wydawali ”spontaniczne” okrzyki rozpaczy. Dzień ten miał być dniem żałoby, nawoływano nas abyśmy myśleli o Stalinie, żebyśmy rozważali o znaczeniu Stalina dla ludzkości i dla nas osobiście. W ciągu dnia postawiono popiersie Stalina przy wejściu do holu, ustrojono kwiatami a wybrani uczniowie stworzyli wartę honorową. Każdy przechodzący musiał zwracać swą twarz w kierunku popiersia i uroczyście przemaszerować.

Podstawowa Organizacja Partyjna Nauczycieli oraz ZMP, zawiązali komitet obrony przed wrogami ludu, którzy w zaistniałej sytuacji, mogliby się łudzić, że rozpacz spowodowana śmiercią Wielkiego Wodza zmniejszy czujność ludu do obrony zdobyczy socjalizmu.

Nas, uczniów z wyższych klas, podzielono na pięcioosobowe grupy. Przydzielono nam części miasta, które mieliśmy patrolować w ciągu nocy, aby zapobiec sabotażom i wywrotowym akcjom. W szkole założono centrale koordynacyjną.

Wieczorem zorganizowano jeszcze jedno zebranie. Jak zwykle nakazano nam wykrzykiwać naszą nienawiść przeciwko wrogom socjalizmu, imperialistycznym lokajom, wyzyskiwaczom, sabotażystom, Amerykanom oraz Titoistom. Skandowaliśmy Stalin, Stalin…, śpiewaliśmy Międzynarodówkę oraz hymn Związku Radzieckiego. Po tym wysłano nas patrolować ulice.

Większość z nas była negatywnie nastawiona do panującego ustroju, ale nie było dla nas całkiem jasne przeciwko czemu właściwie byliśmy. Wojna i okres powojenny był naszym dzieciństwem a okres stalinowski naszą młodością – okres w którym młody człowiek jest pełen konsternacji i niepewności. A świat który nam dano, był światem pełnym sprzeczności i schizofrenii.

Ci co mieli władzę twierdzili, że ich władza była przewidziana, udowodniona przez naukę i zgodna z zasadami historii. Mówiono nam że stare ideologie nie miały miejsca w nowoczesnym świecie i że to my, młodzi, powinniśmy prowadzić walkę z zaskorupiałą przeszłością. Mieliśmy bezwzględnie zwalczać wrogów ludu ażeby urzeczywistnić absolutnie szczęśliwe społeczeństwo. Problemem było tylko to, że władza nie uwolniła nas od grzechu pierworodnego. Grzechem mogło być na przykład to, że się należało do ”złej” klasy społecznej, to znaczy że się miało rodziców albo krewnych z wyższym wykształceniem, że ktoś był właścicielem sklepu czy warsztatu albo większego gospodarstwa. Bardzo niedobrze było też mieć kogoś w rodzinie który był przed wojną politycznie albo społecznie aktywny, walczył przeciwko Niemcom w nieodpowiednim ruchu podziemnym, że się miało krewnych za granicą albo księdza w rodzinie i … tak w nieskończoność. Wszystko to mogło być zwrócone przeciwko tobie.

Każdy, kto chciał coś osiągnąć w życiu, obojętnie co, próbował kamuflować albo jeszcze lepiej, zamilczeć niewygodne informacje. Każde podanie o pracę lub naukę aktualizowało na nowo trwożne pytanie: ”Ile oni właściwie wiedzą o mnie?”

Nieustannie mówiono nam jak bardzo wdzięczni powinniśmy być radzieckim żołnierzom którzy przelali swą krew aby nas wyzwolić od nazizmu i  kapitalizmu. Równocześnie pamiętaliśmy jak radość dorosłych w czasie wyzwolenia spod niemieckiej okupacji mieszała się z trwogą przed radzieckimi ”wyzwolicielami” i jak szybko ta trwoga okazała się uzasadniona. Podczas lekcji historii uczono nas o bezwzględnym poparciu jaki Związek Radziecki zawsze udzielał polskiemu narodowi. Równocześnie słyszeliśmy szepty dorosłych które mówiły o współpracy Stalina z Hitlerem, o zbrodni katyńskiej i o zostawieniu powstańców warszawskich na pastwę hitlerowcom. Opowiadano o deportacjach na Syberie, o łagrach, o prześladowaniach i  morderstwach.

Podczas wojny szukając informacji, nadziei i pociechy słuchaliśmy, narażając życie, radia BBC. Wojna się skończyła i znów słuchaliśmy po kryjomu tego samego radia i z tych samych przyczyn.

Nasze media mówiły nam o strajkach, demonstracjach, nędzach i ubóstwach na zachodzie. Tłumaczyły nam, że jeżeli cokolwiek dobrego przydarzyło nam się usłyszeć o zachodzie, to to była jedynie fałszywa propaganda. Nie wierzyliśmy w to, jednakowoż podchodziliśmy z pewną podejrzliwością także do informacji zasłyszanych z zachodu. A może jednak krocie bezdomnych nocowało pod paryskimi mostami, a może jednak samochody i koszule nylonowe były tylko dla bogatych? Otaczaliśmy przypadkowe, niezmiernie rzadkie, cudzoziemskie samochody, marzyliśmy o nylonowych pończochach, zegarkach i długopisach które marynarze przemycali do Polski.

Aby pokazać nam upadek i demoralizację kapitalistycznego świata pokazywano nam pojedyncze obrazy i fragmenty sztuki nowoczesnej albo demonstrowano przesadne wątki muzyki dżezowej. Zrozumiałe jest, że dla oczu przyzwyczajonych do jasnookich, muskularnych robotników i rumianych żniwiarek wydawała się ta sztuka obca i dziwna. A może jednak zachód był dekadentny i ludzie źli?

W kinach pokazywano często długie, nudne filmy radzieckie na które, aby wypełnić salony, kazano iść kolektywnie razem ze szkołą albo z zakładem pracy. Neorealistyczne filmy włoskie były popularne i ludzie tłoczyli się aby je zobaczyć. Filmy o sycylijskiej mafii albo o mieszkańcach biednych neapolitańskich zaułków nie dawały jednak wskazówek jak naprawdę wygląda świat zachodni.

Wszystko co rosyjskie było najlepsze – rosyjski język, kultura, technika, nauka, rolnictwo i przemysł. ”Przyjaźń, pomoc i przykład” było hasłem a ”Pracujemy metodą radziecką!” zawołaniem. Historia literatury zdominowana była przez pisarzy radzieckich. Książki uczące historii, nawet tej o Polsce, zredagowane były przez Rosjan i pisane z sowieckiego kąta widzenia. Pamiętam, gdy zaczęto zmieniać historię o przełomowych wynalazkach światowych. Nagle zaczęto uczyć nas że to Rosjanie byli pierwsi z wynalezieniem, na przykład, maszyny parowej, balonu, samolotu, okrętu podwodnego i żarówki. Opis miał niemal zawsze ten sam przebieg: ” Twierdzi się że w roku 1782 James Watt wynalazł maszynę parową, ale prawdą jest że już 50 lat wcześniej, zwykły kowal na Syberii, Matrosow, zbudował maszynę którą używał w kuźni. Niestety Rosja carska nie zainteresowała się wynalazkiem i poszedł on w niepamięć”. Nie wierzyliśmy w to, drwiliśmy z tego, ale na klasówkach i egzaminach byliśmy zmuszeni powtarzać te historie. Wątpiliśmy w to co nas uczono tak bardzo, że byliśmy nawet sceptyczni do rzeczywistych rosyjskich osiągnięć naukowych jak na przykład Mendelejewa czy Pawłowa.

Nuda panowała nad wszystkim co było oficjalne. Harcerstwo przestało być atrakcyjne z chwilą kiedy stare tradycje zastąpiono długimi i prze nudnymi spotkaniami indoktrynacyjnymi. Na oficjalnych zebraniach w szkole czy w zakładzie pracy powstała nowomowa którą dobrze było opanować. Chodziło o to ażeby zgrabnie mieszać takie słowa jak Socjalizm, Imperializm, Wielki Stalin, Walka klasowa, Karły kapitalizmu, Czujność, Pracować lepiej, Jasna przyszłość, Naprzód marsz i tak dalej. Wszystko to były puste słowa i szybko nauczyliśmy się zasad gry. Kłamaliśmy i staraliśmy się żeby jak najtaniej wykręcić się z kłopotliwych sytuacji. System apelował do dwulicowości i donoszenia i stwarzał ciągłą niepewność gdzie się miało swoich bliźnich.

Od czasu do czasu odbywały się sądy czarownic. Jeden wyrył mi się szczególnie w pamięci. Zebrano nas w auli i przeczytano list jednego z uczniów – list który ktoś przełapał. Uczeń narzekał w liście na warunki w internacie i na wyżywienie w stołówce. Chłopaka oskarżono o wprost niepojęte rzeczy – o szpiegostwo, podważanie systemu socjalistycznego – i okrzyknięto wrogiem klasowym. Prowadzący ”sąd” podjudzali zebranych do masowej histerii, wypuszczali hieny z ludzi – nastrój był straszny.

Stalin zmarł, ale terror trwał. Dopiero wiosną 1956 roku gdy zaczęły krążyć pogłoski o ujawnieniu zbrodni stalinowskich przez Chruszczowa można było zauważyć pewną odwilż. Zauważyć można było to przede wszystkim po nieco łagodniejszym i pokorniejszym tonie wyższego aparatu partyjnego stoczni w której pracowałem.

W czerwcu 1956 roku wyszli na ulice poznańscy robotnicy! Pogłoska mówiła o wielu zabitych, o hasłach ”chleb i wolność” i ”precz z Rosjanami”. Władze przerwały wszelki dostęp do Poznania. Propaganda i UB pracowały gorączkowo żeby zdezorientować i zastraszyć społeczeństwo.

W październiku tego samego roku doszedł do władzy Gomółka. Zacząłem spotykać ludzi politycznie zorientowanych, zaczęły wychodzić nowe książki i czasopisma. Nagle stały się jasne mechanizmy ucisku, kłamstwa i permanentnej trwogi. Nagle można było nazwać rzeczy po imieniu, zdobyć poczucie własnej godności i uświadomić sobie że jesteśmy ludźmi z własną polityczną wolą. Było to jak dotarcie do czystego, chłodnego źródła … W między czasie wybuchło powstanie węgierskie i poszliśmy gremialnie oddać krew walczącym. Przez krótką chwilę żyliśmy nadzieją życia w wolności.

Stopniowo, powoli, zaczęło dochodzić do naszej świadomości że właściwie nic się nie zmieniło – władza w kraju i na stoczni była, z małymi wyjątkami, w rękach tych samych których myśmy dopiero co potępili, struktura społeczna była niezmieniona a oficjalne kłamstwo, donosicielstwo i dwulicowość nie mniej żywotne niż przedtem. Wprawdzie terror stalinowski ustal – nie było już doraźnych egzekucji i ludzie nie ginęli już bez śladu – ale samowola władz i strach istniały nadal.

W 1957 roku udało mi się uciec z Polski.

Komunistyczna dyktatura trwała jeszcze przeszło czterdzieści lat. Podczas tych lat wiele powstań zostało stłumionych – 1956, 1968, 1970 i 1976. W 1980 roku udało się wszakże stoczniowcom gdańskim zawiązać wolne związki zawodowe Solidarność. Po dziewięciu latach walki upadł komunizm w Polsce i ogłoszono wolne wybory. Kilka lat później cała komunistyczna Europa przestała istnieć.

W 2003 roku, zaprezentowałem powyższy artykuł w programie kulturalnym  OBS, P1, Szwedzkiego Radia. Wtedy byliśmy dumni i szczyciliśmy się że to my, Polacy, przyczyniliśmy się do obalenia tego nieludzkiego systemu – że wykazaliśmy odwagę i że pierwszy raz w historii zwyciężył rozsądek a nie emocje.  Pokazaliśmy że potrafimy budować demokratyczne, idące do dobrobytu, normalne wśród normalnych państw, państwo. Świat podziwiał nas i dawał Polskę jako przykład jak można budować demokrację, stabilną ekonomię i przyjazne stosunków z innymi krajami.

Niestety, ta opowieść która zaczęła się tak pięknie, nie ma szczęśliwego ciągu dalszego. Dziś, rozczarowany, ze smutkiem i z bólem i widzę, jak tak trudno wywalczone wartości demokratyczne są niszczone: wolne sądy, wolność słowa, prawa kobiet, poszanowania praw mniejszości…

Ale przecież kiedyś – wtedy – serca przepełnione nadzieją wolności zwyciężyły komunizm. Mam nadzieję że dziś, znowu, wszystkie dobre siły połączą się w walce autorytarny, opresywnym, rządem i wspólnie odzyskamy demokrację.

***

Pierwsza wersja powyższego artykułu została opublikowana w 1983 roku w gazecie Arbetaren. Powyższą wersję zaprezentowałem w 2003 roku w 50-tą rocznicę śmierci Stalina w programie kulturalnym OBS, w programie pierwszym Szwedzkiego Radia. W języku polskim (i szwedzkim), został opublikowany w nieistniejącym już czasopiśmie RELACJE w nr 5-2003.

Andrzej Olkiewicz

www.immigrant.nu

 

 

 

Lämna ett svar