Literatura a polityka

Nie tylko Żydzi, Irlandczycy, Włosi znaleźli w diasporze swą ojczyzną zastępczą: również Polacy. Dzisiaj niemal co trzeci Polak mieszka poza swoim krajem (około 25 lat temu: co piąty). Tak więc nic dziwnego, że egzystowało i egzystuje swego rodzaju polactwo światowe. Ze wszystkimi specyficznymi składnikami, jak choćby kręgiem literackim.

Jak to możliwe, można zapytać, że ta literatura emigracyjna potrafiła zachować przez tak długi czas swoją żywotność? Przyczyna była równie prosta jak i smutna. W PRL-owskich urzędach pisarzy emigracyjnych określano jako ”ostatnich Mohikanów”. Żeby nie wymarli oni w swych londyńskich, paryskich czy nowojorskich rezerwatach dbali politycy kierujący kulturą w dawnym bloku wschodnim, wraz ze swymi specyficznymi pojęciami wolności i demokracji. Po każdym dramatycznym wydarzeniu współczesnej historii nowi polscy emigranci zgłaszali się do głosu. Im ostrzej działali politycy kierujący kulturą, tym większe stawiało to zadania przed pisarzami działającymi na wygnaniu.

W krajach gdzie ci twórcy znaleźli się, echo tej twórczości literackiej było rozdwojone. Z jednej strony duża część tego co pisano była mało zrozumiała przez tych którzy zapewnili im schronienie, z drugiej strony polityczne interesy niektórych krajów zachodnich nie zawsze były identyczne z oczekiwaniami pisarzy. Bo przecież pisarze emigracyjnie zazwyczaj nie byli dela tych środowisk atrakcyjni.

Żyjący wówczas w Monachium Józef Mackiewicz, przedstawiciel straszej generacji, którego proza przypominała Pasternaka i Sołżenicyny, był powszechnie przemilczany. W Polsce traktowano go jako jednego z największych antykomunistów, a w Niemczech Zachodnich jego powieści ukazywały się na marginesie ruchu wydawniczego.

Być może wiązało się to i z tym, że Mackiewicz – podobnie jak paru innych pisarzy polskich na emigracji – akcje swych książek umieszczał wyłącznie w tej części Polski, która wówczas należała do Związku Sowieckiego. A coś, czego nie można było znaleźć w oficjalnych atlasach krajów komunistycznych, wydaje się było nie do dyskusji w krajach wolnego Zachodu. Można przekornie nawet podejrzewać, że gdyby Mackiewicz pisał swoje powieści w Sowietach a publikował nielegalnie w Madiloanie czy Paryżu, miałby szanse by kandydowań do nagrody Nobla.

Ale w tamtych czasach na Zachodzie, zwłaszcza w Niemczech, stałosię zwyczajem imputowanie emigrantom z Europy wschodniej wiecznie fałszywego nastawienia politycznego. Bo… czy ktoś, kogo automatycznie lokowano na prawo od Franza Josepha Straussa, mógł być uznan za dobrego pisarza?

Pododnie sprawa się miała z żyjący w Madrycie, byłym komunistą Józefem Łobodowski, świetnym lirykiem, którego wiersze były ignorowane na Zachodzie. W Polsce Ludowej też nie znalazł się w żadnej antologii. Dopiero po śmierci mógł liczyć na publikację niektórych swoich prac.

Czy rzeczywiście artystyczne osiągnięcia polskich pisarzy na emigracji były rzeczywiście mniej znaczące? Czy na przykład talent uchodźcy stawał się mniejszy? Ile razy powtarzano i próbowano nam wmówić, że istnieją ryby, które mogą pływać tylko w określonym stawie, ale zamierają, jeśli przeniesie się je do zachodniego akwarium.

Przez pewien czas ( w Warszawie) do dobrego tonu należało opłakiwanie losu polskiego desperata Marka Hłaski, jako wzorcowego przykładu fatalnych skutków przeniesienia się z Warszawy do Monachium i Tel Avivu. Ale prawda wyglądała inaczej: desperat Hłasko właśnie na emigracji stał się bogatszy w swym wymiarze i bardziej dojrzały: samotność i cierpienie absolutnie nie zaszkodziły jego sztuce.

Może dlatego, że ”z zewnątrz” wiele rzeczy rozumie się lepiej. Ojczyzna językowa pisarzy emigracyjnych wcale nie musiała stawać się romantyczną utopią. natomiaqst traciła swą patetyczną mgiełkę. Stawała się dialektyczną rzeczywistością i intelektualnym wyzwaniem. Dowodzą tego książki Witolda Gombrowicza, zwłaszcza zapiski w jegto ”Dziennikach”. Nigdy by jego pisana z miłosną nienawiścią historia kultury polskiej nie mogła powstać w ojczyćnie autora. Sztuka tego skrajnego nonkonformisty współczesnej literatury polskiej zyskała na skutego zdecydowanego oddalenia się ”od stada”.

Poza tym nie powinno się zapominać, że najwięksi pisarze i kompozytorzy polscy – Chopinem i Mickiewiczem na czele – byli emigrantami i na emigracji napisali swe najsłynniejsze dzieła. W XIX stuleciu nazywano ich na Zachodzie ”zwiastunami rewolucji”. Jeszcze w latach 70-tych ubiegłego stulecia panowała na Zachodzie skłonność do poglądu, że fraternizacja z ludźmi, którzy mają coś przeciwko dyktatorom wschodnim, jest ryzykowna i szkodliwa. Tęskniący wówczas za ”stabilizacją” powojenny świat zachodni, nie lubił specjalnie emigrantów: przypominali bowiem oni o nierozwiązanych problemach tamtych czasów.

A dzisiaj? Od czasów świetności i dylematów przed jakimi stawała literatura emigracyjna, zmieniło się wszystko. Świat zachodni patrzy innymi oczami na Wschód, zmieniły się kryteria emigracji. Ale wciąż nie brakuje pisarzy, którzy tworzą mieszkając poza Polską. Czy zatem ciągle można jeszcze mówić o literaturze ”emigracyjnej”, skoro potrzeby i założenia tej literatury całkowicie się zmieniły? Wydaje się, że używanie słowa ”emigracyjność” straciło swoje dotychczasowe znaczenie. Przynajmniej do czasu, gdy silne dążenia zunifikowania się społeczeństw zachodnich oraz wolność nie rozbijają się o nacjonalizm i ksenofobię.

(opr. tn)

Lämna ett svar