Literacki chuligan
Nie jestem pewien, czy to już historia, czy raczej nie do końca ostygłe dzieje człowieka. Jego gwałtowna kariera i żałosny upadek, nie bez próby dokonania rachunku sumienia w ostatnich godzinach żywota.
Natknąłem się jakiś czas temu ponownie na lekturę opowieści Henryka Dasko o Andrzeju Brychcie. Ongi pupilku literackim władzy PRL, autorze „Dancingu w kwaterze Hitlera” i upolitycznionego „Raportu z Monachium”, mającego nakład wielkich bestsellerów (400.000 egz.), wreszcie o azylancie szukającym na Zachodzie oparcia u tych, co pierwej ich opluł, na koniec nawróconego „syna marnotrawnego”, który popełnił ziejący nienawiścią „Azyl”. Epilog stanowiła, – co raczej nieznane – śmierć autora w Kanadzie, który (jeśli wierzyć Dasko) zrozumiał, iż był właściwie chuliganem pióra.
Nie należę do miłośników literatury w stylu Hłaski i Brychta, ale też nie neguję talentu obu autorów w chwili debiutów. Zresztą życie pisarzy i ich dzieła rzadko chadzają w parze z osobistą uczciwością, przyzwoitością życia prywatnego i idealizmem. Andrzej Brycht [1935-1998] miał życiorys awanturniczy: przeszłość kryminalna, pijatyki i bijatyki, przerost ambicji, nielojalność wobec otoczenia, naciąganie wydawców na sowite zaliczki na poczet nienapisanych książek, gorący temperament i dziwkarstwo. Jego żywot byłby świetnym tematem do dużej powieści „rozrachunkowej”, pokazującej wzlot i upadek pisarza doby gomułkowskiej, a nawet pokazującej wzlot i upadek człowieka, gdyż stanowił on sinusoidę zła, talentu i grafomanii.
Nie pisałbym o Brychcie, gdyby nie pewne moje irracjonalne związki z jego osobą. Pamiętam, że był on pupilkiem głównej wydawczyni Instytutu PAX p. Jasi Kolendo, lubiącej otaczać się ludźmi młodymi, później awanturował się (jakiś spór alkoholowy) na imieninach mojego szefa w WTK i kopnął go tak mocno w kostkę, iż ten – cierpiąc na odwapnienie kości – po udzieleniu mu pomocy w pogotowiu ratunkowym, musiał długo kurować się po sanatoriach. (Zresztą alkohol – następna „okazja” utalentowanego redaktora-dipsomana, ofiary ekscesu Brychta – wkrótce spowodował inne jego zapaści zdrowotne, kiedy we Wrocławiu, wygłaszając publicznie referat o potrzebie odnowy moralnej, a więc o szkodliwości palenia tytoniu i nadużywania alkoholu, spadł nietrzeźwy z podium i złamał sobie nogę! A to już nie było dzieło pisarza chuligana…).
Wreszcie dobrze pamiętam „Raport z Monachium” reklamowany jako dzieło odkrywcze, w którym „demaskował” Wolną Europę i mojego brata, bydgoszczanina zaprzysięgłego. Tamże na str. 60:
…w tej ich rozgłośni siedzi cholernie dużo facetów spod ciemnej gwiazdy, którzy nawet u Niemców mają opinię kapusiów i sprzedawczyków. Takich, którzy nie są przekonani o żadnych racjach politycznych, tylko po prostu sprzedają swoją umiejętność posługiwania się polskim językiem.
Tak oto sprawa stała się nie tylko obelżywa politycznie, ale też rodzinna.
Ów raport (nazwa fatalna, godna milicjanta i agenta tajnych służb, a nie literata) spotkał się z niszczącą ripostą w postaci eseju Tadeusza Nowakowskiego (dziś znaleźć go można w tomie „Aleja dobrych znajomych”, PTF, Londyn 1968), acz niektórzy gadali początkowo w Monachium do rymu: „Prędzej Gomułka huknie na Ulbrichta, niż Nowakowski na Andrzeja Brychta”. Przybysz z Polski został bowiem przyjęty gościnnie i nikt nie przypuszczał, iż taki z niego warchlak. Ale stało się: i ku radości wielu pisarzy w kraju – Andrzejek został w eseju ”zrobiony na szaro”.
Ludzie rodzą się i odchodzą, kłopot w tym, żeby potrafili żyć godnie. Przykład Andrzeja Brychta, który aby móc po latach znowu „zaistnieć” w księgarniach napisał własną książkę pt. „Stopa Ikara” pod pseudonimem Andrew Bright (z angielskiego przełożył Andrzej Brycht), wydaną przez ExLibris w 1990 roku, jest pouczający, ale też odstraszający. Słowo „bright” po angielsku oznacza „jasność”. Niestety, żywot Brychta był pozbawiony jasności i blasku. To raczej Bright – z dużej litery, który słownik określa medycznie jako chorobę nerek z obrzękami. I nie trudno o nią, jeżeli się dużo pije…
„Raport z Monachium” z 1967 roku, pełen nierzetelności i przeinaczeń, przechowuję w domu z wklejonym wycinkiem gazetowym:
Ześwinił się. Prasa i agencje zachodnie podają, że pisarz Andrzej Brycht zwrócił się do władz belgijskich o udzielenie mu prawa azylu. Brycht znajdował się ostatnio w podróży morskiej w rejonie Morza Śródziemnego, dokąd udał się z żoną. W drodze powrotnej podjął tę kompromitującą decyzję.
Nic dodać, nic ująć tamtej agencyjnej depeszy PAP. Brycht zawiódł „zaufanie” PZPR i PRL, ale miał prawo zmienić poglądy, jeśli fałszywe – i nie w tym sęk. ale w jego późniejszej postawie. Kiedy próbował znaleźć pracę w opluwanej uprzednio polskiej rozgłośni Radia Wolna Europa, został tam odprawiony z kwitkiem, a w Kanadzie zapłonął nienawiścią i do emigrantów, i do Żydów, i do wszystkich…
Spoglądając na Brychta przez pryzmat literatury stanowił zmarnowany talent. Nie potrafił godnie pokierować swoim życiem osobistym i twórczością, co analitycznie i trafnie opisał Henryk Dasko, Brycht vel Bright rodem z Warszawy pochowany został nie w szkatułce (nie pamiętam – wyznam po bratersku – takiego krewniaka w naszej rodzinie, choć być może istniał, tak jak dziwaczna ciocia Gucia, daleki pociotek Robcio volksdeutsch i zajadły komunista, tajemnicza Grabska w Taszkiencie i wuj Bańka w Ameryce…), ale w przemysłowym mieście Hamilton, gdzie wmurowuje się jedynie spopielone prochy i tabliczki z nazwiskami zmarłych na zielonej murawie cmentarnej. I sądzę, iż – wbrew grzesznemu żywotowi i ułomnościom – należy mu się kadisz, o jaki podobno prosił.
Jerzy Nowakowski
Dodajmy jeszcze: Andrzej Brycht (1935 – 1998) przed śmiercią wykasował z komputera wszystkie pliki, aby nie pozostawić po sobie nic, co mogliby oceniać krytycy jego twórczości. Była to przedziwna zmiana jego zachowania gdyż przez całe życie pisarz zabiegał o popularność. O jego twórczości i o nim krytycy literatury mówią najczęściej, że był zdolny i gotowy na wszystko, nawet na największe świństwa.
Jego życie przypomina zachowanie wielu rozgoryczonych emigrantów, którzy nie odnaleźli się w nowych warunkach i świecie. Toczył prywatne wojny z elitami emigracji, posuwał się do szkalowania wszystkich, z którymi nie było mu po drodze. Co więcej, krzywdził również osoby wspomagające go w trudnych chwilach zarówno w kraju, jak i za granicą. Brycht jest w tym prywatnym rozrachunku jedynym sprawiedliwym. Pełen osobistej goryczy zadaje ciosy na prawo i lewo, jak początkujący zawodnik w turnieju bokserskim.
W pewnym momencie, po napisaniu książki ”Azyl”, postanawia powrócić do Polski. Ale to bardzo niefortunna decyzja. Wkrótce po tym pisarz powraca do Kanady, gdzie umiera po ciężkiej chorobie nowotworowej. Po jego zgonie 8 marca 1998 roku ukazuje się artykuł satyryka, Ryszarda Marka Grońskiego ”Śmierć w Kanadzie”. Reszta to skromne notki w prasie. Żadnych analiz jego twórczości, nic oprócz grobowej ciszy i milczenia nad tą trumną. To kara za sposób życia i zmarnowany talent. Miłosierdzie nakazuje jednak wybaczenie popełnionych grzechów. Rozstający się ze światem Brycht szczerze za nie żałował. Jeżeli nie na granitowej płycie, to może przynajmniej w pamięci, warto wyryć starożytną maksymę ”Non omnis moriar”… chociaż Brycht chciał wykasować cały dorobek życia, swoją dumę, żal i wstyd.
To wspomnienie o nim, to memento dla wszystkich, którym się wydaje, że są jedynymi sprawiedliwymi…
STREFA:SE
