ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Dawno temu

Dawno temu, kiedy byłem jeszcze nastolatkiem, Mama opowiadała czasem o swoich szkolnych latach, to znaczy dwudziestych i trzydziestych latach ubiegłego wieku. Wspomniała kiedyś marginalnie, mówiąc o czymś innym, swoje gimnazjalne lata – nie pamiętam, choć powinienem, które warszawskie gimnazjum kończyła, pamiętam tylko, że leżące gdzieś w śródmieściu – co gdy przypominam sobie dziś, budzi podziw i, co tu dużo mówić, zaskoczenie, w ogóle zdumienie.

Otóż w programie – przypuszczam, że w końcowej klasie – były przedmioty, o których ja (matura w 1956 roku) nie miałem, a dzisiejsza nie tylko młodzież, ale i ich pedagodzy, nie mają pojęcia. Mianowicie Mama wymieniła przedmioty takie jak greka i łacina (ja miałem jeszcze łacinę) oraz: retoryka, wypracowanie z języka polskiego pisane w specjalnych warunkach. Zajęcia z retoryki polegały na nauce publicznej wypowiedzi. Uczeń otrzymywał wcześniej temat (bez żadnych sugestii, jak ma do niego podejść), a następnie wygłaszał na forum klasy piętnastominutowe (z pamięci, bez notatek) przemówienie, i bronił potem w dyskusji swoich tez.

Wypracowanie zaś polegało na tym, że na podany a vista temat należało napisać krótki tekst w czasie dużej pauzy (ca. 20 minut) siedząc w klasie pełnej hałasujących i przeszkadzających w skupieniu uczennic. Dla porządku dodam, że Mama kończyła oczywiście gimnazjum żeńskie.

Matura była, w okresie dwudziestolecia międzywojennego i wcześniej, już w pewnym sensie zawodem, z maturzystów rekrutowała się kadra urzędnicza. Ludzie ambitniejsi zdawali na studia, kończyli je i wchodzili na rynek pracy. Niektórzy (rokujący kariery naukowe) pozostawali na uczelniach w charakterze asystentów, nieliczni pisali doktoraty. Konsekwentni w budowaniu kariery naukowej stawali do habilitacji, a z ich szeregów wyłaniał się skromny liczebnie i ogromny wiedzą, zastęp profesorów. Kadra profesorska to byli czcigodni panowie w słusznym wieku, niezmiernie rzadko przed pięćdziesiątką, habilitanci oscylowali w granicach 35-40 i starsi, doktoranci nieco młodsi.

Ów swoisty rytm zdobywania wiedzy oraz stanowisk naukowych utrzymywał się za mojej młodości i trwał, można rzec, aż do transformacji ustrojowej, czyli 1989 roku. Dopiero potem…
No właśnie. Można odnieść wrażenie, w zasadzie pewność, że nastąpiło z jednej strony obniżenie poziomu, z drugiej gwałtowne przyspieszenie powszechności wyższego wykształcenia (po 1989. uczelnie powstawały jak grzyby po deszczu), co skutkowało i skutkuje wysypem kabotynów z dyplomami ukończenia wyższych studiów.

Jerzy Dobrowolski, znakomity satyryk, aktor, pisarz, swego czasu absolutny idol i osoba godna najwyższego podziwu, dla barda Wojtka Młynarskiego, ukuł (w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia) nadzwyczaj celną i jakże na czasie również dziś sentencję: Nie ma nic gorszego, niż człowiek wykształcony ponad własną inteligencję.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar