JANUSZ SŁAWOMIRSKI: PiS i demokracja (1)

Wychodząc z tezy o braku wewnętrznej demokracji w PiSie (o czym pisałem w Nowej Gazecie Polskiej), niektórzy Czytelnicy wysnuli twierdzenie, że żadna partia w Polsce nie jest demokratyczna – w stu procentach. Czy to ma usprawiedliwiać PiS? Czy po prostu uważają, że jest to w Polsce zjawisko normalne? Gdyby chodziło o to pierwsze, to boję się, że wchodzimy na grząski teren współczesnego relatywizmu politycznego. Dobrze jest się temu fenomenowi przyjrzeć, gdyż wraz ze wzrostem liczby partii populistyczno-autorytarnych, jest on aż do przesady wykorzystywany przez liderów owych partii.

W praktyce wygląda to tak, że kiedy np. Putinowi ktoś zarzuca brutalne prześladowania opozycji, ów bezczelnie rzuca w odpowiedzi: „A taki Macron to co, a jemu to wolno bić żółte kamizelki?” To jest klasyczny przykład relatywizmu. Dla ludzi ospałych intelektualnie, nienawykłych do myślenia taka odpowiedź jest przekonywująca, zaś dla ludzi myślących jest ona kłamliwa i manipulująca.

Główny jej fałsz polega na tym, że Putin – bez mrugnięcia okiem – zrównuje pokojowe manifestacje opozycji rosyjskiej z protestami żółtych kamizelek, a więc z marszami pełnymi gwałtu, destrukcji, palenia samochodów, itd. Nie mówi też Putin o różnicach strukturalno-politycznych społeczeństwa francuskiego. Jeśli ktoś tam zostaje pobity niezgodnie z prawem przez policję, to może się odwoływac, dostac nawet wysokie odszkodowanie, itd. W Rosji odwoływanie się jest jedynie drogą do dalszych, coraz bardziej niebezpiecznych prześladowań delikwenta. Dawną, komunistyczną odmianką relatywizmu stosowanego była słynna mantra reżymu, który niezmiennie „odszczekiwał się”  krytykującej go Ameryce: „A u was to Murzynów biją”. Koniec dyskusji.

Przyjrzyjmy się też relatywizmowi od strony osobisto-logicznej, czyli jak to funkcjonuje w życiu codziennym. Czy można kogoś usprawiedliwić, tylko dlatego, iż ów twierdzi, że nic złego nie zrobił, bo przecież wszyscy to robią.

Proszę wyobrazić sobie, że ktoś kradnie nam samochód, a przy okazji klucze do domu, ograbia z wartościowych rzeczy, na które pracowaliśmy całe życie. Później jeszcze posługując się naszą kartą wyciąga całą gotówkę z konta. Wszystkie te pieniądze przepuszcza, ale zostaje w końcu złapany i przed sądem tłumaczy się, że OK, ukradł, ale przecież na świecie nie ma stu procentowo uczciwych ludzi, każdy coś ma na sumieniu. Podejrzewam, że gdyby sąd uznał jego argumenty i go uniewinnił, to każdy by odebrał to jaką straszliwą niesprawiedliwość. Byłaby to osobista krzywda. Extremum tej sytuacji byłoby, gdyby ktoś się usprawiedliwiał: „Zabiłem, no ale co z tego, że zabiłem, a mało to ludzi na świecie ginie?”

Cały nasz system sprawiedliwości opiera się na odrzuceniu relatywizmu, na połączeniu normatywności ze  zdroworozsądkowym pojmowaniem różnic w ocenie czynu. I to już tak od Kodeksu Hammurabiego. Tak więc w życiu prywatnym odrzucamy zdecydowanie relatywizm, jako zjawisko niszczące jednostkę i cały system społeczny, natomiast w życiu politycznym, niestety, mnóstwo ludzi daje się nabrać na te dość prymitywne, relatywistyczne manipulacje.

Ale jak jest z tym PiSem? Czy jest on taki sam jak inne partie, czy jednak czymś się różni? System polityczny w Polsce można w uproszczeniu określić jako dwupartyjny. Po jednej stronie jest liberalna, centrowa PO, po drugiej zaś stronie prawicowy (choć o socjalistycznym profilu polityki społecznej), populistyczny PiS. Reszta partii, partyjek czy ugrupowań politycznych, na razie nie odgrywa większej roli. Warto więc porównać te dwie prowadzące partie pod względem, na ile jest dla nich ważna demokracja w skali narodu, oraz na ile demokracja wewnątrzpartyjna. Te dwie rzeczy się pokrywają jednak tak ze sobą, że można je – praktycznie rzecz biorąc – utożsamić.

To, że PiS jest partią typu wodzowskiego, temu nikt nie zaprzecza. Nawet jeśli jakiś ważny polityk z Zachodu chce odpowiedzialnej rozmowy, spotyka się z Kaczyńskim, z pominięciem Dudy czy Morawieckiego.

Sytuacja jest tu chora, gdyż Polską rządzi człowiek nie wybrany do tego w żadnym demokratycznym procesie. Jeśli dodamy do tego drugi ośrodek władzy, ten w Toruniu, u Rydzyka (tam jeżdżą politycy po błogosławieństwo i wytyczne) to mamy obraz Polski nie rządzonej demokratycznie, a autorytarnie. Ani Rydzyk, ani zresztą jakikolwiek inny z kościelnych hierarchów, nie został wybrany przez naród polski.

PiS zresztą nie ukrywa swej niechęci do demokracji. Już w przeszłości głosił hasła takie, jak: ”Zatrudnienie, możliwość pracy są ważniejsze niż demokracja” – co przekłada się w praktyce na: ”Wolności demokratyczne nie są ważne, ważna jest micha. My wam dajemy pracę, a wy macie milczeć”.

Druh ideologiczny Kaczyńskiego, Orban wymyślił zaś pojęcie demokracji nieliberalnej. Kiedys przerabialiśmy już demokrację socjalistyczną, która w praktyce oznacza to samo, co demokracja orbańska. Co to znaczy demokracja nieliberalna? Czy może istnieć demokracja przy jednoczesnym pozbawieniu obywateli ich praw? Zdaje się, że liberalizm (a więc wolnośc jednostki) jest nierozerwalnie związany z pojęciem demokracji, jest głównym jej filarem. No chyba, że się to (po populistycznemu) zrelatywizuje.

PiS/Kaczyński widzą naród jako monolit, nie jako wielość różnych grup interesów, mniejszości etnicznych, seksualnych, obyczajowych, etc. A jeśli tak nie jest, to przerobią naród – wtłoczą w prasę, która go uformuje, przykroi, ujednolici. Temu służy głównie telewizja publiczna (która teraz nie jest publiczną, a jest wyłączną własnością PiSu/Kaczyńskiego) oraz różne nacjonalistyczne ugrupowania począwszy od kiboli, a skończywszy na ONRze czy Korwinie i spółka.

Wszystkie one hołubione są przez PiS i kościół. Ich profil jest dość wyraźny – jeden z przywódców ruchu już dawno napisał książkę „Jak pokochałem Adolfa Hitlera”. Odważni zaś żurnaliści, którzy opisali świętowanie urodzin Hitlera przez polską nacjo-młodzież zostali sami represjonowani przez ziobrowską prokuraturę. Ostatnio zaś Korwin zasłynął obroną biednego Hitlera, który wg niego nic nie musiał wiedzieć o Holocauście, bo przecież nikt mu tego nie udowodnił. Na tej zasadzie Stalin i Beria też nie wiedzieli o Gułagu, bo nikt im tej ich wiedzy sądowo nie udowodnił.

Historia za PiSu przestała być nauką, a stała się narzędziem tępej propagandy.Naród ma czcić nie tych, którzy walczyli z Niemcami, a tych nielicznych, którzy walczyli z komunistami. Ma się czcić nawet bezwzględnych bandytów, takich jak Bury czy Ogień. Nic to, że zabijali niewinne kobiety i dzieci, że mordowali, gwałcili i palili. Dzieci mają się uczyć, że byli to bohaterowie, a więc ludzie godni naśladowania.

Jak w wielu autorytarnych państwach Kaczyński  zadecydował, że mitem założycielskim ”jego” państwa będzie mit funeralny, a więc oczywiste kłamstwo o bohaterskiej śmierci (poległ według niego przecież) jego brata pod Smoleńskiem. Aby mit ten wbił się w świadomość Polaków organizowano co miesiąc ponure, średniowieczne rytuały.

To, co jest niezrozumiałe, np. dla mojej córki wychowanej w Szwecji, że PiS i pol-nacjonaliści związują nierozerwalnym węzłem polskość, śmierć i zabijanie. Naród ma być dumny z WALKI I MARTYROLOGII (akurat prezydent Duda coraz częściej wykrzykuje to hasło). Ale jak to pogodzić? Ma się być dumnym z tego, że się zabijało i jednocześnie dumnym dlatego, że się dało zarzynać i to milionami?

Chyba lepiej byłoby być dumnym, że się dało coś ludzkości, wzbogaciło cywilizację, zapłodniło świat idei, wydało na świat słynnych naukowców i artystów. Ale zabijanie punktem centralnym? Tak to PiS widzi, i pamiętajmy, co mówili przy okazji awantur o Muzeum II Wojny Światowej, że wojna jest zjawiskiem pozytywnym, bo kształtuje charaktery i wychowuje młodych ludzi. Toż to jakaś ideologia jaskiniowców, demoniczna, antychrześcijańska. Zarówno Mussolini, jak i  Hitler podobnie widzieli rolę wojny.

Wojna jest wiec czymś ważnym dla PiSu, gdyż wojna usprawiedliwia stan wyjątkowy, a więc ograniczenia wolności obywatelskich, cenzurę, szukanie zdrajców, szpiegów, itd. Dawno kiedyś słyszałem, jak stary, mądry,  profesor rosyjski Rapaport mówił, że każdy system totalitarny musi mieć co najmniej dwóch wrogów, jednego zewnętrznego, no i jednego wewnętrznego. Kaczyński widzi wrogów wszędzie, może tylko poza Trumpem (który go totalnie lekceważy) i Orbanem (który go w każdej chwili może sprzedać, no bo sam podziwia Putina). Kaczyński zaś nienawidzi głównie Niemców, Rosjan, Kaszubów, Ślązaków, Timmermansa, Merkel, Tuska, Wałęsę, Frasyniuka, liberałów, centro-lewicę, obrońców konstytucji, feministki, uchodźców, ludzi niepełnosprawnych, środowiska LGTB, środowiska ekologiczne, środowiska sędziowskie, wykształciuchów, cyklistów, wegetarian, strajkujących nauczycieli, lekarzy-rezydentów, swojego kuzyna z Austrii oraz tych wszystkich, którzy nie uznają wielkości jego brata oraz chwalebnej śmierci tegóż pod Smoleńskiem.

Sądzę, że w rozważaniach, dlaczego ostatnio wygrał PiS, nie zwraca się uwagi na to centralne pojęcie PiSowskie, jakim jest wojna. Przypomnę tu fakt, że demokracja wykształciła na świecie pewne reguły gry, które przyzwoici ludzie i przyzwoite partie szanują. Nie wolno np. otwarcie, bezczelnie kłamać, nie wolno kupować wyborców za pieniądze, nie wolno obrzucać kandydatów innej partii błotem czy ekskrementami, itd., itd. Partie populistyczno-autorytarne świadomie i brutalnie przekraczają te reguły.  One są w stanie permanentnej wojny i wojna wszystko dla nich usprawiedliwia. Każda kampania wyborcza, to nie zwykły proceder demokratyczny, tylko zażarta walka na śmierć, na życie.

Tak też było z PiSem. PO, trochę jak partia gentlemanów, rozleniwiona rozwojem gospodarczym nie rozliczała PiSu z niczego, nie prowadziła żadnej propagandy sukcesu, była po prostu partią pragmatyczną, a nie ideologiczną. Części zaś ludzi brakuje indoktrynacji. A tutaj PiS był mistrzem świata. Sączono nienawiść i podsycano paranoję. Produkowano filmy dezawuujące PO i przedstawiające najnowszą historię Polski jako spisek żydowsko-liberalny. Zatrudniono jakiś profesorów/nazioli, którzy łgali jak najęci, np. nazywając wybitnych, ideowych ludzi pachołkami Moskwy. Rzucano najgorsze oszczerstwa i kalumnie (robi to się dalej). Rozpowszechniano to niemal wszędzie, nie tylko w internecie.

Moja córka odwiedziła przed ostatnimi wyborami Uniwersytet Gdański i tam w kiosku kupiła mi czasopismo poświęcone historii. Czytałem to z niedowierzaniem, bo tam były jedynie quasifaszystowskie bzdury. Córka nie czyta dobrze po polsku, i jak się dowiedziała, była oburzona, że na uczelni oferuje się takie pisma do sprzedaży, propaguje taką ideologię.

To była wojna ze strony PiSu na wszystkich możliwych frontach, toczona podstępnie i bezpardonowo, więc PO działająca za pomocą staromodnych, grzecznych metod musiała ją przegrać. Trudno wygrać z łobuzem, do którego ty przemawiasz intelektualnymi argumentami, a tamten chce ci po prostu jedynie dać w mordę.

W prowadzeniu tej wojny PiS wykorzystuje skrajną brutalizację języka. Kaczyński nie może np. powiedzieć: ”Opozycja proponuje nam uznanie Deklaracji LGTB”. To jest niemożliwe. On mówi: ”Nasi przeciwnicy planują atak na nasze dzieci. Wara z łapami od naszych dzieci!”. To jest język militarny, język wojny. Od razu czuje się agresję, napad, widzi najeźdców, może czołgi, może armaty  a po drugiej stronie przerażone, niewinne, bezbronne dzieciątka. Więc JarosławPolskemZbaw kolejny już raz zbawia. Hasła rzucane przez Kaczyńskiego, według Michała Bilewicza, można uznać za okrzyki pogromowe (pisała o nich kiedyś Joanna Tokarska-Bakir, znawczyni problematyki prześladowań mniejszości). Okrzyki te, rzeczywiście, brzmią jak nawoływanie do pogromu.

Wspaniała dziennikarka Masha Gessen pisała o podwójnym gwałcie na języku rosyjskim. Najpierw tego gwałtu dokonali komuniści, później drugi raz Putin. W Polsce dokonało się to samo. Słowa znaczą już co innego, niż ich słownikowe desygnaty, najczęściej coś odwrotnego. Kaczyński chce rozbić Europę, ale mówi, że chce uzdrowić. Polska jest coraz bardziej straszydłem, zadupiem Europy, ale oficjalne hasło głosi: „Polska sercem Europy”. Niszczenie systemu legislacyjnego nazywa się reformą, naprawą. Minister do spraw ochrony przyrody wycina prastarą puszczę wbrew protestom i polskim, i unijnym. Nowomowa kwitnie jak za komuny, tylko że kiedyś byliśmy do tego zmuszeni przez Sowietów, a teraz jesteśmy zmuszani przez innych Polaków.

I słowa i pojęcia straciły swoje pierwotne znaczenia. Pojęcia takie jak tolerancja, empatia, konstytucja, humanitaryzm mają teraz znaczenia pejoratywne. Prawica wyzywa przeciwników : „Toleraści!”, to coś jakby połączenie pederastów ze zwolennikami tolerancji. Sam polski kościół zresztą też wrogo ustawia się do tolerancji (ojciec Woroniecki: „Jest ona źródłem wielkiej plagi społecznej”), mówiąc, że tolerancja to nie to, nie wystarczy, itd. To dziwne, bo Chrystus wyraźnie mówił w słynnym passusie: ”A ktoby rzekł bratu swemu Raka…”. Poza tym jak można kochać bliźniego swego, nie tolerując go? Ale polski kościół dziwnymi drogami chodzi. Prawdopodobnie zeszedł już dawno na manowce.

Wracając do wynalazczości słowotwórczej naszych rodaków to jest ona olbrzymia. Zainteresowanych tematem odsyłam do pola komentarzy w Telewizja Republika. Znaleźć tam można też, inne niż wyżej przytoczone, perełki, jak np.: „Obeszczani KODomici”. 90% publikowanych tam komentarzy, najzwyczajniej jest skrajnie prymitywna, antysemicka i używa języka wyjątkowo plugawego.

Z tymi samymi fenomenami spotyka się człowiek wszędzie w przestrzeni publicznej, a więc na ulicy, na placach, przystankach autobusowych, itd. Robiłem trochę zdjęć i mam już małe ich archiwum. W Łodzi na kamienicy na rogu Legionów i Zachodniej przez długi czas widniał olbrzymi napis-grafitti: „Litość jest zbrodnią!”. Pamiątka po kampanii szczucia na uchodźców zainicjowanej przez Kaczyńskiego? W każdym razie w kraju deklarującym się być chrześcijańskim, katolickim, zwycięża Antychryst, górą są idee absolutnie wrogie wartościom chrześcijańskim.

Miłość i inkluzywność zastąpione zostały nienawiścią, nawoływaniem do czystki – i to nawoływaniem z użyciem języka, jako żywo przypominającego język nazistów. Ostatnio zasłynął tym oligarcha od SKOK, senator PiSu, Bierecki, szczerze odkrywając ideologię tej partii, kiedy deklarował, że PiS nieustanie „dopóki nie doprowadzi do pełnego oczyszczenia Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej”. Nacisk jest tu położony na „naszej”, a więc pisowskiej wspólnoty. Kto nie z PiSem to zdrajca? A ze zdrajcą można zrobić wszystko. Biereckiego próbował bronić marszałek Senatu Karczewski, który – przy okazji – dał popis nowomowy, przebijający wersje orwellowskie. Otóż ten powiedział, że Bierecki jedynie „mówił o pojednaniu, budowaniu wspólnoty”. Zakłamanie idzie tu w parze z tchórzostwem (powiedziałem, ale nie powiedziałem). Inni pisowcy (jak chociażby Lichocka) broniąc Biereckiego, usiłowali, równie kłamliwie i tchórzliwie, przedstawić ten incydent jako jednorazowe potknięcie językowe.

Jakby w odpowiedzi na to, świetny dziennikarz prawicowej Rzeczypospolitej, Nizinkiewicz, zestawił tylko kilka cytatów z wypowiedzi decydentów pisowskich, cytatów udowadniających powszechność myślenia prezentowanego przez Biereckiego. Wymowa tych cytatów jest przerażająca.

Janusz Sławomirski

cdn

Lämna ett svar