ANDRZEJ B. LEWKOWICZ: Buraczane dziewczyny

0
Polskie robotnice w Danii 2

Przełom XIX i XX wieku był okresem wielkiej migracji ludności w Europie. Zjawisko to dotknęło wiele narodów. Najwięcej emigrantów z Europy przeniosło się do Ameryki południowej. Władze Brazylii, Argentyny, Paragwaju słusznie uznały, że bez dopływu siły roboczej z Europy kraje te nie będą rozwijały się. Aby zachęcić Europejczyków do osiedlenia się rządy państw  południowoamerykańskich przyznawały nowym osadnikom ziemię. Migracja nie była jednak bezpłatna.

Cena za tzw. pozwolenie na osiedlenie się była zróżnicowana w zależności od kraju. Najtaniej było wyjechać do Brazylii, lecz warunki oferowane przez władze tego kraju należały do najgorszych. Osadnicy otrzymywali jedynie po 25 ha ziemi. Właściwie była to dżungla, którą musieli sobie wykarczować. Migranci dostawali najwyżej podstawowe narzędzia, takie jak siekiera piła czy łopata oraz worek ziarna kukurydzy na pierwszy zasiew. Nie znali przyrody ani warunków panujących w tym kraju. Wielu umierało na skutek ukąszeń węży, dlatego zanim zbudowali domy, spali w hamakach rozciąganych między drzewami. Do Brazylii mogło wyjechać od 300 tys. do blisko miliona Polaków, Białorusinów i Ukraińców z Kresów Wschodnich. Osiedlali się głównie na południu kraju w stanie Parana, Rio Grande do Sul, Santa Catarina. Największym polonijnym ośrodkiem stała się Kurytyba. Do dzisiaj istnieją też dziesiątki mniejszych miasteczek i wsi zamieszkałych przez ludność polskiego pochodzenia (Áurea, Dom Feliciano i wiele innych). Nie tylko Polacy wyjeżdżali do Nowego Świata. Przed Polakami pojawiły się w Brazylii duże grupy Niemców, Włochów i Hiszpanów. To właśnie te cztery narody kształtowały kulturę południa Brazylii.

W tym samym czasie Polacy masowo emigrowali również do Ameryki Północnej (do Kanady i Stanów Zjednoczonych). Losy tej grupy polskich migrantów są znane znacznie lepiej niż losy emigrantów udających się do Ameryki Południowej. Do Stanów przybywali nie tylko Polacy, lecz także Irlandczycy, Francuzi, Anglicy, Holendrzy i Niemcy oraz Szwedzi, którzy uciekali przed biedą panującą w ich kraju. Jak widać, nie tylko Polacy byli zmuszeni migrować za chlebem.

Polacy, których nie było stać na wyjazd za ocean, trafiali do różnych krajów europejskich, między innymi do Danii. O ile wyjazd do Ameryki był podróżą w jedną stronę, na dobre i złe (nie są znane przykłady powrotów stamtąd do Polski), o tyle wyjazdy do Niemiec czy krajów skandynawskich miały zazwyczaj charakter czasowy i trwały kilka miesięcy. Z Ameryki nie było ani za co, ani nie było do czego wracać. Emigranci sprzedawali cały swój majątek, aby opłacić wydanie dokumentów oraz kupić bilet na statek z Hamburga do Porto Alegre, Rio de Janeiro czy Sao Paulo. Wielu nie przeżywało podróży przez Atlantyk. Zachowały się dramatyczne wspomnienia pasażerów statków, którzy przeżyli pogrzeb swoich bliskich, których ciała wrzucano do oceanu. Do Danii Polacy przybywali głównie do pracy sezonowej w rolnictwie. Pozostawali tam najczęściej na okres od wiosny lub lata do późnej jesieni. Przybywali koleją oraz statkami.

O polskich pracownikach rolnych w Danii usłyszałem po raz pierwszy od dyrektora gminy Brørup (obecnie gmina ta nie istnieje, w roku 2007 została włączona do gminy z siedzibą w Vejen). Historia ta bardzo mnie zainteresowała. Był to początek lat 90., kiedy Internet był w powijakach i praktycznie nie można było znaleźć w nim informacji na ten temat. Również w lokalnej bibliotece nie natrafiłem na materiały dotyczące polskich robotników. Dopiero w bibliotece miejskiej w Ribe odnalazłem czasopisma z początku XX wieku, takie jak „Jyllands-Posten”, „Social-Demokraten” i „Politiken”, w których publikowano artykuły poświęcone trudnym warunkom pracy polskich robotników sezonowych w Danii.

Pierwsi przybysze z terenów Polski przybyli do Danii w kwietniu 1893 roku. W tym czasie w Danii dynamicznie rozwijała się uprawa buraków cukrowych. O wysokiej zawartości cukru w burakach wiedziano od drugiej połowy XVI wieku. Jako pierwszy zwrócił na to uwagę francuski agronom Olivier de Serres, który opisał swoje obserwacje w dziele Théâtre d’Agriculture (w wydaniu z roku 1605 na str. 530). Nie znano jednak jeszcze technologii pozyskiwania cukru z buraków na przemysłową skalę. Pierwsza cukrownia wykorzystująca tę technologię powstała sto lat później w śląskiej wsi Konary dzięki francuskiemu uczonemu F. K. Achardowi, który mieszkał w Prusach, i finansowemu wsparciu króla pruskiego F. Wilhelma III. Od tego czasu areał upraw buraka cukrowego systematycznie zwiększał się w Europie Środkowej i Północnej. W Danii brakowało rąk do pracy, a miejscowa ludność nie była zainteresowana pracą przy uprawie buraków. Była to wyjątkowo ciężka fizyczna praca wykonywana niemal wyłącznie ręcznie, której mało kto mógł podołać.

Polacy trafili początkowo na wyspy Lolland, Falster, Fionia, Møn, a później także do innych regionów Danii, między innymi do południowej Zelandii oraz do wschodniej i południowej części Półwyspu Jutlandzkiego. Pochodzili oni głównie z Galicji. Początkowo przybyło ok. 400 osób, przy czym preferowano zatrudnianie młodych kobiet. W 1914 roku w Danii pracowało już ponad 14 tys. Polaków. Szacuje się, że w latach 1893 – 1914 przez duńskie gospodarstwa przewinęło się ok. 100 tys. polskich pracowników. Wielu z nich wracało do Danii przez wiele kolejnych lat. Sami Duńczycy dziwili się fizycznej wytrzymałości polskich kobiet, które od rana do późnego wieczoru sadziły buraki, później pieliły je, aż wreszcie jesienią wyrywały dojrzałe korzenie. Kobiety były zakwaterowane w bardzo prymitywnych budynkach nazywanych po duńsku polakkaserne (pol. polskie koszary). Polacy stanowili nisko opłacaną siłę roboczą. Najczęściej jedyną zapłatą były tylko ziemniaki i mleko. Nad pracą Polek czuwali nadzorcy, którzy nie pozwalali nawet na krótką przerwę w pracy. Wśród Duńczyków krążyła opinia, że Polki mają więcej kręgów w kręgosłupie, dzięki czemu były w stanie wygiąć plecy w pałąk i pracować w tej pozycji cały dzień. Powszechnie nazywano je po duńsku roepiger (pol. buraczane dziewczyny). Jako pierwsze w obronie wyzyskiwanych polskich robotnic stanęły związki zawodowe i niektóre lewicowe partie polityczne. Po wielomiesięcznych dyskusjach duński parlament uchwalił w 1908 roku ustawę o pracownikach cudzoziemskich. Ustawę tę nazwano polakloven (pol. prawo polskie), ponieważ dotyczyła ona głównie pracowników z Polski. Prawo to szczegółowo regulowało kwestie zatrudnienia i zwalniania pracowników, wynagrodzenia, zakwaterowania, opieki medycznej, postępowania w razie wypadku przy pracy itp. Był to pierwszy na świecie akt prawny regulujący pracę obcokrajowców.
Polakami w Danii dość szybko zajął się kościół katolicki. Katolickie duchowieństwo w Danii wówczas stanowili głównie Niemcy, ale także Holendrzy, Belgowie i Austriacy. Podjęto starania sprowadzenia polskich księży, którzy mogliby odprawiać msze po polsku, jednak żaden polski duchowny nie przybył do Danii. Polakami zajmował się jedynie duński ksiądz E. Ortved, który w stopniu podstawowym znał polski. Nie zorganizował on jednak szerszej pomocy dla polskich pracowników. Koncentrował się głównie na zbieraniu funduszy na budowę kościoła Brygidy w Maribo. Zamiast opieki duszpasterskiej, miało miejsce łupienie biednych polskich katolików.

Po pierwszej wojnie światowej duńska gospodarka weszła w okres spowolnienia. Coraz mniej opłacało się przyjeżdżać do Danii do pracy sezonowej, a w 1930 roku kraj ten ostatecznie zaprzestał przyjmowania pracowników sezonowych. Wielu Polaków pozostało jednak w Danii. Niektórzy dzięki ciężkiej pracy i oszczędnościom zdołali nabyć niewielkie gospodarstwa rolne, zakładali warsztaty rzemieślnicze. W 1925 roku w Nakskov powstał Związek Robotników Polskich w Danii. Rok później powstały kolejne oddziały Stowarzyszenia w Nykøbing Falster i Maribo, a w roku 1928 w Næstved i Kopenhadze. W miarę wzrostu liczby niezależnych rolników i rzemieślników wśród Polaków w Danii, nazwa organizacji przestała odpowiadać rzeczywistości. W 1933 roku, podczas nadzwyczajnego posiedzenia Rady Naczelnej w Nakskov, zmieniono nazwę na Związek Polaków w Danii (APD). W spotkaniu uczestniczył sekretarz Polskiego Poselstwa w Danii, późniejszy wybitny pisarz J. Iwaszkiewicz. Organizacja rozwijała się dynamicznie. Do 1938 roku posiadała 22 oddziały i ponad 1200 członków w całej Danii. W latach trzydziestych XX w. podjęto inicjatywę budowy Domów Polskich. Rozpoczęto zbiórkę pieniędzy oraz rozdano certyfikaty darowizn i obligacje. Pierwszy Dom Polski powstał w przejętym hotelu w Nakskov w 1933 roku. Kolejne powstały w Nykøbing Falster (1934) i Maribo (1936). Domy te nie zachowały się do naszych czasów, ponieważ lokalne organizacje nie były w stanie pokrywać kosztów ich utrzymania. W 2018 roku w Maribo wyburzono ostatni istniejący Dom Polski.

O losach polskich kobiet pracujących w duńskim rolnictwie wiedzielibyśmy dziś znacznie mniej, gdyby nie działalność duńskiego dziennikarza T. Elsvora. W 1984 roku w Tågerup na wyspie Lolland zainicjował on renowację budynku (tzw. polskiego baraku), który wybudowali właściciele majątku ziemskiego w Lungholm. Inwestycję sfinansowali Duńczycy ze zbiórek publicznych. Rozpoczęto też gromadzenie przedmiotów związanych z życiem i pracą polskich robotników sezonowych. Odnowionemu barakowi nadano status zabytku, a następnie zorganizowano w nim muzeum pod nazwą „Polakkasernen” (http://www.polakkasernen.dk/pl/). Ponadto w 1940 roku na rynku we wsi Sakskøbing postawiono pomnik „polskim buraczanym dziewczętom”, dłuta rzeźbiarza G. Eickhoffa. Znajduje się na nim również tablica, ufundowana przez Ambasadę RP w Danii w 2015 roku, z informacją komu poświęcony jest pomnik.

Kiedy zdobyłem informacje na temat polskich robotnic, postanowiłem pojechać do Tågerup i Sakskøbing. Wyprawa okazała się niełatwa, zwłaszcza bez własnego środka transportu. Nie wiem jak działa obecnie komunikacja publiczna w Danii, ale na początku lat 90. nie było przystanków autobusowych, pasażer prosił kierowcę o zatrzymanie się w dowolnym miejscu. Nie było też rozkładów jazdy. Miejscowi wiedzieli, o której mniej więcej godzinie przybędzie autobus. Wyprawa zajęła mi cały dzień, a trasę w większości pokonałem autostopem. Do muzeum w Tågerup musiałem jeszcze dojść pieszo kilka kilometrów. Jednak mimo tych trudności, warto było odwiedzić to miejsce.

W muzeum zrekonstruowano izby mieszkalne polskich robotnic. Można w nich zobaczyć liczne eksponaty, zwłaszcza o charakterze religijnym: obrazy, figurki, ołtarzyk, krzyże, sztandary, modlitewniki. Wśród zgromadzonych pamiątek znajduje się również książka pt. Polsk-Dansk Tolk (Rozmówki polsko-duńskie). Dużą część kolekcji stanowi wyposażenie gospodarstwa domowego: sztućce, zastawy stołowe, nożyce, instrumenty muzyczne i inne. W muzeum prezentowane są także stroje ludowe, narzędzia rolnicze z tamtych czasów. Wiele spośród zgromadzonych przedmiotów miało dziś już trudne do odgadnięcia przeznaczenie. Ekspozycję uzupełniają fotografie związane z polską szkołą zorganizowaną przez miejscową społeczność polonijną.

Wielu polskich robotników i wiele polskich robotnic pozostało w Danii na stałe. Większość ich potomków nosi dziś duńskie nazwiska, ponieważ częściej pozostawały w Danii kobiety, które wychodziły za mąż za Duńczyków. Mimo to wielu potomków tych emigrantów pamięta o swoich polskich korzeniach i angażuje się w działalność polskich organizacji oraz stowarzyszeń. Dwa lata temu poznałem mieszkającą w Sztokholmie starszą kobietę, której dziadkowie byli pracownikami sezonowymi w Danii. Zawarli oni małżeństwo i zostali w Danii. Jej matka wraz z nią, jako małą dziewczynką, odwiedzała w latach 60. rodzinę mieszkającą w Polsce, w Zielonej Górze. Ona i jej siostra chciałyby napisać książkę poświęconą losom swoich dziadków. Zebrały sporo dokumentów, jednak nie wiadomo czy uda im się zrealizować ten projekt. Obie są już po siedemdziesiątce, a czas biegnie nieubłaganie. Być może jest to ostatni moment, aby ocalić od zapomnienia niezwykłą historię „buraczanych dziewcząt”.

Migracja zarobkowa nie jest zjawiskiem nowym, jest stara jak świat. Bez niej wiele państw nie może rozwijać się. Polska również zmuszona jest dzisiaj przyjmować migrantów ekonomicznych. Na ogół przynosi to korzyści zarówno państwu przyjmującemu, jak i migrantom.

Gdy popatrzymy na los polskich robotnic rolnych, zobaczymy, że dla wielu z nich Dania stała się nowym domem i szansą na nowe, lepsze życie. Historia migracji do Danii ma również współczesne odniesienia, szczególnie w kontekście dyskusji politycznych o uchodźcach wojennych z Ukrainy i migrantach zarobkowych w Polsce. Na fali kryzysu w stosunkach polsko – ukraińskich, wywołanego różną oceną i interpretacją wydarzeń historycznych, wybrzmiewają postulaty wydalania Ukraińców z Polski lub zamykania dla nich rynku pracy. Dochodzi również do aktów nienawiści wobec Ukraińców na tle narodowościowym. To bardzo smutne zjawiska. Warto pamiętać, że sami Polacy nieraz spotykali się z podobnym traktowaniem za granicą. Chociażby w Holandii nikt nie kryje się obecnie z okazywaniem niechęci Polakom. Z drugiej strony nie można przemilczać, że zarówno migranci polscy za granicą, jak i ukraińscy w Polsce często swoim skandalicznym zachowaniem prowokują postawy ksenofobiczne naruszając prawo gościnności i przyczyniają się do budowania negatywnych stereotypów o migrantach.

Emigracja ma swoją cenę. Nie wszyscy migranci to „anioły” i część z nich popełnia przestępstwa. Jednak przepływ siły roboczej jest niezbędny w starzejącej się Europie. Państwa dysponują skutecznymi narzędziami prawnymi do pozbycia się przestępców, takimi jak deportacje, ograniczenie wolności czy wieloletnie zakazy wjazdu do kraju, a nawet do całej Strefy Schengen. Inna sprawa czy państwa dostatecznie wykorzystują te narzędzia. Jednak zamknięcie granic przed wszystkimi migrantami lub masowe ich deportacje wydają się jednak rozwiązaniem skrajnym i mało racjonalnym.

Kiedyś Polacy wyjeżdżali za chlebem do Brazylii, dzisiaj Brazylijczycy marzą o przyjeździe do pracy w Polsce. Nigdy nie wiadomo, jaki los nas spotka, a role mogą łatwo się odwrócić. Polscy pracownicy sezonowi wnieśli ogromny wkład w rozwój przemysłu cukrowniczego w Danii. W latach 90. XX wieku polskie cukrownie zakupione przez duński koncern Danisco przerabiały polskie buraki cukrowe. Współpraca ta przynosiła obu krajom ogromne zyski.

Politycy są często krótkowzrocznymi manipulatorami, nie dostrzegają skutków, jakie może przynieść ograniczenie migracji ekonomicznej. Poza tym hasła antymigracyjne są obliczone wyłącznie na przypływ głosów w wyborach dla skrajnie prawicowych partii. Najłatwiej bowiem jest oskarżyć migrantów o wszelkie zło w kraju. W Polsce mogłoby to doprowadzić do problemów w niektórych gałęziach gospodarki i wywołać poważne zawirowania ekonomiczne. Polskie społeczeństwo kurczy się demograficznie, liczba zgonów przewyższa liczbę urodzeń. Ponadto kilka milionów Polaków przebywa za granicą i nie zanosi się na ich szybki powrót, ktoś musi ich zastąpić na rynku pracy. Jak dotychczas polska gospodarka rozwija się, co wzbudza podziw na świecie, ale ekonomiści ostrzegają przed niepokojącymi zjawiskami (m. in. nadmierny dług Polski, zarówno dług publiczny, zagraniczny jak i gospodarstw domowych), które mogą zachwiać dynamiką rozwoju kraju. Odpływ emigrantów zarobkowych nie poprawi sytuacji ekonomicznej, natomiast może przyczynić się pogłębienia negatywnych tendencji gospodarczych. Zanim więc politycy podejmą jakiekolwiek decyzje, muszą zastanowić się, czy ograniczanie migracji rzeczywiście będzie korzystne dla Polski.

Andrzej B. Lewkowicz

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer