Czy człowiek może uczyć się od ptaków?
Nie chodzi tu o Ikara z greckiej mitologii, który uczył się od ptaków latania. Chociaż dzisiaj wielu „Ikarów” naśladuje instynkt, który pozwala ptakom przetrwać i dopasować się do naturalnych zmian przyrody. Już wyjaśniam o co chodzi, w obawie, że ktoś pomyśli, że coś mi „odbiło” i coś jest ze mną nie tak.
Poruszę temat dość trudny ze względu na położenie geograficzne – Szwecję, gdzie parę lat temu (w niektórych przypadkach) zabronione zostało używanie pewnych, od tysięcy lat wypróbowanych słów. Jak na przykład czarny (w przypadku do człowieka). Dzisiaj należy być przyjaznym i nazywać go Afroamerykanin. Również słowo invandrare też zniknęło ze szwedzkiego słownika. Dzisiaj używamy, jak na przyjaźnie nastawione środowisko przystało, nowo przybyły. Nic się nie zmieniło ani w kolorze, ani w znaczeniu, ale tak brzmi bardziej szlachetnie…
Było to bardzo dawno temu. Kupiliśmy dom w roku 1988 w willowej i bardzo eleganckiej (w tych czasach) dzielnicy Skärholmen. Na tym terenie wybudowano 50 identycznych domków jednorodzinnych. Wzbudzaliśmy ciekawość, a może nawet pewien niepokój. Owszem, z naszym nazwiskiem, którego wiele sąsiadów nie mogło bezboleśnie przełknąć, bo Lewandowski nie tylko w Skärholmen, ale i w Szwecji, brzmiało dość egzotycznie. Na 50 rodzin niemal wszystkie nazwiska kończyły się na son, grön albo qvist. Mieszkał już jeden wojenny emigrant z Austrii, ale on był już „swój”. Moi najbliżsi sąsiedzi bardzo wolno, z ciekawości, ale skutecznie zaczęli się zbliżać do płotu dzielącego nas od nich. Co ten Lewandowski jest za człowiek? Sąsiad o imieniu Sigge faktycznie był bardzo miłym i inteligentnym człowiekiem. Poznaliśmy się i nawet odwiedzaliśmy oraz wdawaliśmy w pogaduszki. Podczas corocznego sprzątania naszej kwartery spotkaliśmy się z kilkoma jeszcze sąsiadami. Oczywiście, spojrzenia skierowane były głównie na mnie i wiedziałem, że nie uniknę standardowych pytań, skąd przyjechałem, co potrafię robić, gdzie pracuje, bo przecież to bardzo ważne, czy za swoje kupiłem ten dom…
Sigge, można powiedzieć, mój przyjaciel, szybko odpowiedział za mnie. „Nie myślcie, że ja jestem rasistą. Mój najlepszy przyjaciel, to Marek, z Polski. Ale on jest inny. Bo większość cudzoziemców to są jak ptaki. Posypiesz im ziarenek, to szybko przyleci ich kilka. Jutro będą już ich dziesiątki. A jak już im nie posypiesz, to zaatakują cię”. Przyznam, że zabolało mnie to bardzo. Nie dałem się wciągnąć w dyskusje, bo i w języku szwedzkim nie byłem za sprytny, ani nie miałem chęci zmieniać ich stosunku do ptaków.
Minęło prawie 40 lat i zupełnie o tym incydencie zapomniałem. Podczas mojego „szwedzkiego życia” dosłownie parę razy byłem nieco poniżony, ze względu na to, że Pan Bóg zesłał mnie na Ziemię w innym kraju. Kilka dni temu zacząłem myśleć nad słowami wypowiedzianymi przez Sigge, że cudzoziemcy są jak ptaki. I właściwie dzisiaj – jako już stary Szwed, no może nie jak Viking, zacząłem rozumieć głębie tego powiedzenia. Przed domem mam mały trawniczek. W paru miejscach trawa zaczęła żółknąć. Zagrabiłem te miejsca, rozsypałem ziarenka trawy i przysypałem nową ziemią. Rano, kiedy wyjrzałem przez okno, żeby podziwiać moją wczorajszą pracę, zauważyłem dosłownie kilka nieproszonych gości, właśnie ptaszków. Uwijały się, jakby nie jadły cały rok. Bezczelnie wyjadały nowo posiane ziarna trawy, które zakupiłem za ciężko zapracowaną emeryturę. Otworzyłem lekko okno i one uciekły przestraszone. Fakt, że były to małe egzemplarze i jak żarły moje ziarenka, to miały dzioby zajęte i nie ćwierkały za mocno. Można to było chwilowo zaakceptować.
Poszedłem obejrzeć to ich pole zainteresowania, czyli miejsca, gdzie rozsypałem ziarenka trawy. Prawie już nic nie zostało. Wysypałem nowe, podwójną porcję, przydeptałem, podlałem wodą i postawiłem stracha na wróble, czyli metalowy stojak, przypominający człowieka, na którym porozwieszałem stare płyty CD. One się kręciły na wietrze i tego dnia przestraszyły te głodomory. Zastanawiałem się też, dlaczego one nie polecą do lasu i tam nie polują na owady, tylko bezczelnie lądują na moim terytorium i bez najmniejszego wysiłku zajadają ziarenka trawy, w które zainwestowałem paręset koron.
Myślałem, że powstrzymałem tę watahę „nieproszonych gości”. Następnego ranka nie wierzyłem własnym oczom. To już nie było parę wróbelków, ale dziesiątki przeróżnych, czarnych egzemplarzy i przedstawicieli różnych gatunków. Nie wiem, skąd one były, ale ćwierkały i krakały w różnych formach i tonacjach. Niektóre z nich pazurami rozgrzebywały mój pracowicie odzyskiwany trawnik. Te wstrętne ptaszyska nic od siebie nie dawały. Głośno otworzyłem okno. Niektóre z nich odfrunęły, ale większość tych czarnych, z żółtymi dziobami, tylko się spojrzały w moją stronę i kontynuowały swoje darmowe przyjęcie za moje pieniądze. Szczerze je znienawidziłem.
Chwyciłem kapcie i rzuciłem w ich stronę. Tylko niektóre z nich podfrunęły parę metrów i siadły na mojej jabłoni, patrzyły się na mnie swymi przygłupiastymi oczkami i wściekle krakały. Niemal jak w filmie „Ptaki” Hitchcocka. Szybko się ubrałem i wybiegłem na trawnik, broniąc mojego, jakby nie było, terytorium. Opuściły moją działkę, ale miałem podejrzenia, że walka się nie skończyła. One sobie na pewno myślały, że dziadek Marek jest dla nich tak dobry i przygotował im przyjęcie. A ponieważ wysypałem prawie dwa kilogramy ziarenek, to starczy dla wielu osobników o różnej wielkości i kolorze piór. Stanowczo NIE darmozjady!
Teoretycznie wydawało się, że załatwiłem sprawę, ale wiedziałem, że ptaki powrócą na gotowe, może nawet w zdwojonej ilości. Kupiłem plastikową siateczkę ogrodniczą i rozwiesiłem nisko nad trawą. Ptaki zorientowały się, że nie są mile widziane i jakby przyhamowały swe konsumpcyjne zapędy. Ale… nie. Dwa złapały się w siatkę. OK. Stworzenie boskie, uwolnię je i wypuszczę na wolność. Może opowiedzą swoim braciom, że już się nie opłaca okradać moje terytorium. Miałem taka nadzieję. Paręnaście, tych większych i tych bardziej czarnych, podchodziły parę centymetrów od mojego domu i zabrały się za moje truskawki, które pieczołowicie pielęgnowałem cały rok i oszczędzałem dla mojej wnusi, kiedy przyjdzie do nas i pozbiera je do koszyczka. NIE, NIE, NIE! Zżarły niemal wszystkie. Widać, że chciały mnie również ukarać i się zemścić. Obsrały moje krzesła ogrodowe i stół. Istny sabotaż. Pojawiły się też białe ptaszyska. Widziałem je już dawno, ale dosyć daleko. To były te bardzo niebezpieczne mewy, tak zwane rybitwy. To też było niezrozumiałe. Przecież do jeziora Mälaren mają jakieś 3 kilometry stąd. Co one robią w Skärholmen? Kto je tu zapraszał i po co tu przyleciały? Usiadły na mojej jabłonce i zainteresowane jeszcze niedojrzałymi jabłkami, zaczęły je próbować. Złapałem aluminiowa długą rurkę i po cichu skradam się, żeby je odgonić. Na nowo umytym stoliku wylądowała biała ptasia kupa wielkości talerzyka do kawy…
Jakoś się ze wszystkim uporałem i przebolałem wszystkie straty. Jutro będzie lepszy dzień. Siatka szczelnie chroni mój trawnik. Widzę, że ta metoda była konieczna. Jak mur graniczny dawała mi pewne bezpieczeństwo. Przykryłem również siatką niedobitki truskawek. Myślałem, że zasłużyłem na odpoczynek. Tak, ale tylko do godziny trzeciej w nocy. Przez okno usłyszałem groźny kaliber znanych mi co roku przedstawicieli innego ptasiego gatunku. Dwa olbrzymie dzikie gołębie przygotowywały się do budowy gniazda na mojej brzozie. Czuły się jak u siebie i nawet się mnie nie bały. Siedziały bez ruchu i widziałem tylko ich oczy, które śledziły każdy mój krok. Problem jest taki, że jak zbudują gniazdo i zniosą jajka, to żal je wyganiać, a jak wyklują się małe pisklęta, to te dwa ptaszyska opanują całą moją działkę. A przecież dokładnie 100 metrów dalej mają las, park i dziką naturę i święty spokój – to ich środowisko. Czemu chcą okupować właśnie moją działkę? A może to moja wina, że zachęciłem je rozsypując ziarenka trawy i nauczyłem, że bez najmniejszego wysiłku, komfortowo, można zmienić swoje życie i zwyczaje przyrody na czyjś koszt?
Ja jestem w stanie zrozumieć. Jeśli wkoło jest beton, brak zieleni, wody i natury, zwierzęta i ptactwo instynktownie walczy o przeżycie. Ale w tym przypadku to łatwizna i pasożytnictwo i przeżycie na mój koszt. I tu wracam do słów Sigge, że cudzoziemcy są jak ptaki. Wypowiedział on te słowa 40 lat temu i tych ptaków nie było jeszcze tak wiele, jak dzisiaj. Czasami mam wrażenie, że mnie zaatakują.
Tak się właściwie już stało. Kiedy moja żona otworzyła drzwi do ogrodu, mały ptaszek z głośnym piskiem uderzył w jej głowę. Czy rozdziobią nas kruki i wrony? Tak dawno temu napisał Stefan Żeromski. Opisał on symbolicznie, rannego konia, atakowanego przez czarne ptaszyska, przez kruki. Czy Żeromski miał taką wizję, wyrocznię, że tak się może stać? Jeśli tak, to wielka szkoda, że nasi dziadowie i ojcowie nie przeczytali jego Trylogii i nie podjęli żadnych środków, żeby ratować nas. Bo te ptaki uratują się same… jak będą musiały.
Wszystkie opisane wydarzenia w tym artykule są autentyczne i niewymyślone. Proszę nie szukać w nich żadnych podtekstów i nie porównywać ich z niczym, według własnego uznania. Mnie chodziło o przyrodę i naturę oraz o zmiany, które nieprzemyślane skierowały się przeciw mnie.
Dzisiaj rano ptaszyska zemściły się na mnie po raz kolejny. Ze wszystkich niemal skrzynek na kwiaty powygrzebywały ziemię i pourywały kwiaty pelargonii. Czy można pokochać tych nieproszonych gości? Na to pytanie niech każdy sobie sam, uczciwie odpowie. Ja kocham ptaki. Ale na odległość…
Marek Lewandowski
