Emeryt może nad polskie morze

0

To nie plagiat tytułu znanej powieści „Stary Człowiek i Morze” którą napisał Ernest Hemingway, chociaż nieco przypomina, ale moje doświadczenie jako już dorosłego człowieka, któremu wydawało się, że zbyt bardzo nie musi liczyć pieniędzy, gdyż już wszystko w swoim życiu opłacił.

Zawsze wyjeżdżaliśmy z całą rodziną na zasłużone urlopy. Już kiedyś o tym pisałem, jak moje wyprawy wyglądały, jak się organizowaliśmy i planowaliśmy wycieczki na kampingach. Wszystko nam się udawało, bez żadnych niespodzianek, chyba że oprócz pogody, która w ostatnich latach coraz częściej nas zaskakiwała. Ale wspomnienia mieliśmy zawsze niezapomniane i, szczerze mówiąc, przepiękne.

Teraz, z racji mojego wieku, muszę się przyznać do pewnej niezbyt dobrej cechy. A mianowicie: ZAZDROŚCI. Często widywaliśmy grupy starszych ludzi, niesamowicie zorganizowanych. Widać po ich wyglądzie, że byli to ludzie starsi i na pewno emeryci. To często turyści z Niemiec, Finlandii i Szwecji. Zazdrościłem im po cichu, że stać ich było niemal na wszystko – zauważyć można to było gołym okiem. Ich autokary podjeżdżały do cztero- lub pięciogwiazdkowego hotelu. Zabierali ze sobą małe bagaże i za chwile siedzieli już w restauracji, zajadając smaczne przekąski, popijając wytwornym winem lub piwem. Myślałem skromnie, czy mnie będzie kiedyś stać na takie luksusowe przygody. Z chwilą przejścia na emeryturę, okazało się, że nie jest tak źle, że właściwie nie muszę za bardzo oszczędzać na życiu. Co miesiąc moje konto w banku się powiększa i należy zacząć życie jak prawdziwy skandynawski emeryt.

Plany wyjazdowe sabotował nam corona wirus. Parę dobrych lat wyjazdy były wręcz niepożądane. A nawet gdybym wyjeżdżał z maseczką na twarzy, nie mógłbym się cieszyć i oddychać pełną piersią. Potem pokrzyżowała nasze plany choroba mojej żony. Miała wylew krwi do mózgu i unoszenie się samolotem nie było zalecane przez lekarzy. Ale daliśmy oboje radę. Zdrowie się ustabilizowało i wreszcie czas na spełnienie planów tych zazdrośnie podpatrzonych u europejskich emerytów. Nie było łatwo zaplanować naszą wyprawę. Nie chcieliśmy wyjeżdżać charterem ani na all inklusive, bo za takimi atrakcjami nie za bardzo przepadamy. Jednocześnie dalekie podróże zaczęły nas nieco przerastać nerwowo. Niestabilna sytuacja na świeci, groźby, że może zabraknąć paliwa, spowodowały, że kierunek Polska z dobrym Spa-hotelem nas zadowoli. Po wielu dniach studiowania różnych ogłoszeń w Internecie zdecydowaliśmy się wyjechać jako bogaci emeryci do Gdańska na tydzień.

Do Gdańska zawsze mieliśmy wielki sentyment. Spacery po Starym mieście, wyprawy do Sopotu i Oliwy to niezapomniane dni. W Gdańsku jest co wybierać jeśli chodzi o hotele. Przez ostatnie parę lat architektura całego miasta drastycznie się zmieniła. Dosłownie jeden na drugim luksusowy hotel lub super nowoczesne budynki z apartamentami do wynajęcia. I właśnie to SUPER daje do myślenia. Bo z super pięknymi obiektami zawsze idzie w parze… super cena. Nie chcieliśmy noclegów w samym centrum starego miasta wśród setek restauracji i nocnych lokali. W tym czasie odbywały się mistrzostwa świata w piłce nożnej i już na lotnisku słychać było wrzaski podchmielonych kibiców z różnych krajów europejskich. Celowo nie pisze, z jakich krajów, bo niektórym z nas zrobiłoby się smutno i przykro.

Wybraliśmy celowo hotel dosłownie 10 minut spacerkiem do sławnego w Gdańsku pomnika Neptuna. Hotel czterogwiazdkowy „ze SPA i basenem – bardzo eleganckim i dostępnym do późnych godzin wieczornych. Oczywiście, dla nas jako emerytów, bardzo ważne było śniadanie w hotelu. No i teraz zaczyna się zimna kalkulacja, dyskusje i porównania. Czy to wszystko jest warte, czy nie? My wiemy, że WARTE było każdej złotówki. Ale pisze o tym, bo może nie każdego będzie stać na ten emerycki luksus.

Śniadanie w tym hotelu kosztowało niebagatelnie 110 polskich złotych. Ale o tym wiedzieliśmy i to był nasz świadomy wybór. 110 złotych to około 290 szwedzkich koron. Warto pomyśleć, czy to rozsądne. Oczywiście, można było szukać czegoś tańszego na mieście, ale ten niby luksus był zaplanowany. Jedna doba hotelowa to około 700 złotych za pokój. Śniadania – to było ono godne najbogatszych emerytów. Niesamowity „repertuar” poprzez różnego rodzaju śledzi w śmietanie i w oleju. Ten ostatni był moim absolutnym faworytem. Wędzona makrela to istne mistrzostwo świata. Oczywiście, wszystkim nam znane wędliny od polędwicy i szynki wędzonej i gotowanej. Nie zabrakło przeróżnych past na bazie ryb. Sałatka grecka i przeróżne mozzarelle i sałatka z kraba. Cała gama serów: od żółtego do tego francuskiego, który omijałem szerokim kolem, ze względu na jego specyficzny zapach. Owoce całe, jak również sałatki owocowe. Chleb polski, którego nikomu nie trzeba zachwalać. No i wielka szkoda byłoby nie wspomnieć o deserach. Co najmniej 6 przeróżnych kompozycji – i co mnie zdziwiło najbardziej, a przebywałem już w różnych hotelach w swoim życiu – kilka butelek prawdziwego francuskiego champagna, którego można było sobie nalać do kieliszka już o godzinie 8 rano. Piękny gest jak ktoś lubi i za chwile wsiądzie do samochodu. Ale ten trunek był dobrowolny i na własne życzenie. Ja sam przez pierwsze dwa dni delektowałem się tym anielskim trunkiem i, nie powiem, jakoś pasował do tego zestawu śniadaniowego. Raczyłem się nim tylko dwa dni, bo już tego wieczoru trafiłem na dyżur do szpitala i otrzymałem „końska” dawkę penicyliny.

Szybko wyjaśniam… Będąc na plaży z żoną zdjąłem spodnie i usłyszałem głośne „O, Jezu”, co cię ugryzło z tyłu nogi. Nie miałem zielonego pojęcia, żeby coś mnie gryzło w ostatnich dniach. Z tyłu uda miałem ognistą plamę wielkości małego talerzyka. Zadzwoniłem do Szwecji na numer telefonu 1177 i zapytałem się, co robić. Miałem jeszcze 6 dni pobytu w Gdańsku. Odpowiedź była natychmiastowa: Proszę się udać do szpitala na ostry dyżur. Tu dobra rada dla wszystkich: niezbędna jest Europejska Legitymacja Zdrowia. Można ją otrzymać z Försäkringskassan w Szwecji. Dzięki temu cały proces rejestracji zajmuje dosłownie chwilę. Po paru minutach byłem już w gabinecie lekarskim, u specjalisty od chorób zakaźnych. Okazało się, że to borelia po ugryzieni szwedzkiego kleszcza, parę tygodni wcześniej. Za wizytę u lekarza nic się nie płaci. Natomiast za lekarstwa w 100%. Penicylina i jeszcze coś kosztowało mnie 90 złotych. Wsiadłem w tramwaj i pomimo, że od hotelu miałem tylko jeden przystanek do z przejścia, ale z powodu emocji i zdenerwowania chętnie skorzystałem.

Za komunikacje autobusowa i tramwajowa osoby po „siedemdziesiątce” nie płacą. Natomiast na kolejkę SKM (szybka kolejka miejska) trzeba wykupić bilet za 10 zł, ważny na cały miesiąc i na całe województwo pomorskie. Bilet taki znacznie ułatwia poruszanie się między Gdańskiem, Sopotem i Gdynią. I to było bardzo pozytywne, jeśli chodzi o płacenie. Bo reszta rzeczy – to drożyzna. Tak mnie się wydawało.

Straciłem kontrolę nad cenami w Polsce jakieś ostatnie 8 lat. Podam parę przykładów. Opłata za toaletę (jeśli kogoś bardzo przyciśnie) to 5 zł. Dla smakosza piwa, jeśli kupuje się je w sklepie, to 5 zł. Jedna butelka, lub puszka. W restauracji lub kawiarni piwo kosztuje minimalnie 15 zł, a bardzo często 20. Dla nas mieszkających w Szwecji to normalne, że alkohol musi być drogi, ale znając polskie ceny sprzed kilku lat, to wzrosły one parokrotnie. Jedzenie w restauracji takie jak kotlet schabowy z ziemniakami i sałatka, to koszt 70 zł. Zarówno w Gdańsku jak i w Sopocie powstało wiele malutkich, tak zwanych jadłodajni, prowadzonych przez przybyszów z Ukrainy. Owszem, robią bardzo dobre jedzenie, takie jak pierogi, czy chłodnik. Ale ceny nie są aż tak konkurencyjne. Za obiad ukraiński trzeba zapłacić około 50 zł.

Jeśli udajesz się na plaże i chcesz wynająć leżak, to licz się z opłata 160 zł za dzień. Ale luksus musi kosztować. A jak słońce wysuszy wasz organizm, to mała butelka wody sodowej kosztuje 8 zł.
Lecieliśmy samolotem z Arlandy i lot powrotny był o godzinie 05:45. Można dojechać z Gdańska na lotnisko bez problemu komunikacją miejską. Ale nie za bardzo w tych godzinach nocnych. Oficjalnie Taxi zamawiane przez hotel to 120 zł. I tu ciekawostka. To tylko 14 km. I w nocy jedzie się około 15 minut. Nawet jak liczymy 1 zł=2,8 szwedzkich koron, to według mnie ceny są astronomiczne, a może po prostu jako szwedzki emeryt nie zasłużyłem na odwiedziny morza.

Nie żałuje tej przygody. Nie musieliśmy tego tygodnia w Polsce oszczędzać, raczej stać nas było na wszystko, cieszyliśmy się, że Polska żyje dobrze i daje sobie wspaniale radę na arenie międzynarodowej. Czy następnego roku będzie nas stać na taką wyprawę? Zobaczymy. Zawsze mamy alternatywę tańszą, a mianowicie turystyka w Szwecji.

Co się zmieniło na wybrzeżu Trójmiasta. Według mnie prawie wszystko. Oczywiście, oprócz piasku i zimnej bałtyckiej wody. Bardzo zaskoczyła nas również czystość na ulicach, której przecież jak pamiętam, nigdy nie było. Bardzo zmieniła się architektura i to nawet ta na plaży. Obok sopockiego mola powstał kompleks chińskiego hotelu. Według mnie pasuje to jak przysłowiowa róża do kożucha, a nawet jak pięść do nosa. Ale to kwestia gustu. Ci, którzy w tym widzą uciechę, to ich szczęście. Ocena jest jak zawsze indywidualna.

Emerytom, którzy kochają Gdańsk i Trójmiasto polecam ten kierunek. Ale… należy się pospieszyć, bo w następnym roku może nas już nie stać na taki luksusowy komfort.

Opuszczając hotel, pomimo że wszystko zostało zapłacone, trzeba mieć w dalszym ciągu portfel otwarty. Za każdy dzień, pobierane jest 10 złotych obowiązkowej opłaty dla miasta Gdańska. Taka dawna opłata turystyczna. Jeśli jedziemy na taką wycieczkę własnym samochodem, trzeba doliczyć jeszcze 100 zł za dzień niestrzeżonego parkingu. A więc… tylko pakować walizkę i w drogę nad polskie morze. Dla mnie największa radość to parokilometrowy spacer nad brzegiem morza, a to jeszcze wciąż bezpłatne. Do czego serdecznie namawiam.

Marek Lewandowski

Foto: Marek Lewandowski

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer