„Wykluwałam się ze słów…” – kilka refleksji o poezji Heleny Kupczyńskiej
Lato to dla mnie czas dodatkowych lektur i niejednokrotnie właśnie wtedy trafiają w moje ręce nieoczekiwane czytelnicze perełki. Tak było i tym razem, gdy sięgnęłam po tomik wierszy Heleny Kupczyńskiej pt. Magdalenki.
Z notki biograficznej dowiedziałam się, że ich autorka ukończyła studia z zakresu nauk behawioralnych, zawodowo zajmuje się coachingiem i prowadzi obecnie w Sztokholmie m.in. sesje rozwoju osobistego i zawodowego. Równolegle rozwija twórczość literacką, obejmującą zarówno poezję, jak i dramat.
Przyznam, że w niniejszym tomiku zaintrygował mnie już sam tytuł: „magdalenki” to słowo obciążone bogatą tradycją kulturową i literacką. Odsyła do postaci św. Marii Magdaleny oraz związanych z jej kultem wspólnot zakonnych. W historii literatury przywołuje natomiast nieomylnie skojarzenie z francuskimi ciasteczkami w powieści W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta. To właśnie one, dzięki słynnej scenie mimowolnego przypomnienia, urosły do rangi jednego z najważniejszych symboli pamięci, nostalgii i nieoczekiwanego powrotu do przeszłości.
Współcześnie „magdalenki” nabrały również nowych znaczeń. Coraz częściej funkcjonują jako metafora kobiecego doświadczenia – miłości, czułości i emocjonalności, ale także siły, odporności i zdolności przetrwania w świecie wciąż naznaczonym patriarchalnymi strukturami. Są symbolem kobiecości, której seksualność nadal bywa przedmiotem kontroli, oceniania, a niekiedy także stygmatyzacji.
Wiersze Heleny Kupczyńskiej wpisują się we wszystkie te wyznaczniki, przydając im ponadto dodatkowe wymiary. Uderzyło mnie przede wszystkim to, że są to wiersze bez tytułów. Można w wielu przypadkach uznać je za przepływ świadomości, swoisty stream of consciousness, przez co dają rozległe pole do najróżniejszych interpretacji. Brak w wielu miejscach znaków interpunkcyjnych pogłębia tylko to wrażenie. W utworach tych dzieciństwo jest często przywoływane jako swoista Arkadia – przestrzeń niewinności, czystości i beztroski. Obraz ten ulega jednak stopniowej destrukcji pod wpływem negatywnych doświadczeń związanych z dorosłością, których główna postać liryczna wielokrotnie doznaje. Tym samym dzieciństwo jawi się jako utracony świat, skontrastowany z rzeczywistością naznaczoną cierpieniem i rozczarowaniem.
Kupczyńska nie waha się przywoływać odniesień do fizjologii, zwłaszcza w okresie dorastania, gdzie poraża czytelnika nierzadko brutalizm stwierdzeń: „Pierwsze owłosienie, / miesiączka, nocne / zmazy. Będziemy seksualną rozkoszą każdego wujka i cioci”. Zwłaszcza inicjacja seksualna jest często przywoływanym motywem tych wierszy. W jednych z nich podmiot liryczny wyznaje z goryczą: „jestem mitem dziewicy, / raz, po raz, / otwiera mnie ból, / otwiera mnie kicz własnego ciała, tak, / ja się otwieram przed uderzeniem.” Stanowi to jawny kontrast do wierszy przywołujących wspomnianą beztroskę dzieciństwa, symbolizowanego, jak w innym wierszu, przez np. ukochane sandałki, skakankę czy gumę do żucia. Ale nie dajmy się omamić: dorosłość w okrutny sposób zabija beztroskę, obnażając nieubłagane brudy rzeczywistości, jak gwałt czy pedofilię.
Motywem przewodnim tych utworów jest miłość, ale miłość niesie ze sobą nieuchronnie wieczną tęsknotę – „tęsknotę za istotą”, jako że każde zbliżenie i miłosne uniesienie oznacza także ryzyko straty, nie tylko miłosnego obiektu. Strata ta obejmuje również, poprzez nierówność miłosnego związku, zatracenie własnej osobowości i własnego głosu: „Cnota pisarki jest niewiele warta” – stwierdza ironicznie podmiot liryczny, a przywołanie w tym kontekście obrazu mumii, której „nikt nie odwija z jej bandaży”, symbolizuje uwięzioną kobiecość z całą jej stłamszoną kreatywnością: „Śpiewam z dna tego grobu, do którego przybita jestem”.
Urzekła mnie bogata i oryginalna metaforyka tych wierszy, jak również bogactwo poetyckiego języka, łączącego śpiewną liryczność z kontrastującą z nią i prowokującą wręcz bezkompromisowością w świadomym doborze nierzadko wyzywająco wulgarnych słów i zwrotów, szczególnie w przedstawianiu stanów fizjologicznych oraz – przede wszystkim – intymnych zbliżeń.
Ale w tych wierszach obecna jest także sfera zupełnie innych odniesień – do wolności, „o której człowiek zawsze marzył” i która „nie czyni ani dobra, ani zła, jest tylko zalążkiem / tej samej siły, / z której są zbudowane huragany i źdźbła trawy”. Człowiek jawi się tu jako istota pozostająca w nieustannym dialogu z naturą – podlegająca jej prawom, a zarazem zdolna czerpać z jej żywiołowej energii siłę potrzebną do przetrwania życiowych katastrof. Podobną funkcję pełni muzyka: „Miles Davis jest moją wróżką” – wyznaje podmiot liryczny, sygnalizując wyjątkową więź z jego twórczością, pomagającą odnajdywać sens i pobudzać wyobraźnię.
Fatalizm i pesymizm mieszają się w tych wierszach z nadzieją na przyszłość – wbrew trudom przeszłości. Przeszłość bowiem, w przeciwieństwie do symbolicznych „magdalenek” Marcela Prousta, nie wzbudza podobnego typu melancholijnej tęsknoty, tylko raczej uświadamia wagę zaprzeszłych zdarzeń, nawet jeśli przodkowie, ci zastygli w czasie „przybysze z innych planet”, nie mają już aktywnego wpływu na przyszłość. Nie oznacza to jednak, że przeszłość całkowicie rozpływa się w świadomości, przeciwnie – jest na stałe wpisana w doświadczenia życiowe podmiotu: „Geny mojego ojca krążą po mieście, nigdy stąd nie wyjechał”.
Jest to, jak sądzę, zamierzony zabieg poetycki, polegający na odwróceniu i twórczym przekształceniu znaczeń wpisanych w symbolikę „magdalenek”. Z jednej strony przywołuje on Proustowską metaforę pamięci mimowolnej, dzięki której przeszłość powraca z niezwykłą intensywnością, otwierając drogę do odzyskania utraconego czasu. Z drugiej – odsyła do postaci Marii Magdaleny, która w tradycji zachodniej przeszła drogę od symbolu grzechu i pokuty do symbolu nawrócenia, odkupienia i nowego życia.
Lektura tych wierszy prowadzi jednak do odmiennego rozumienia obu tych motywów. Pamięć nie oznacza tu ani nostalgicznego odzyskania przeszłości, ani wyzwolenia spod jej wpływu. Przeciwnie – przeszłość pozostaje trwałym składnikiem tożsamości podmiotu, nieustannie oddziałującym na jego teraźniejszość. Poetka świadomie przekształca zarówno Proustowską metaforę pamięci, jak i symbolikę Marii Magdaleny, podkreślając, że „stracony czas” nie zostaje przezwyciężony, lecz pozostaje żywą częścią ludzkiego doświadczenia. Pamięciowe przebłyski, wbrew Proustowskiej metaforyce, nie muszą prowadzić do nostalgicznego ukojenia ani wywoływać pozytywnych emocji – mogą również odsłaniać to, co bolesne, nieprzepracowane i trwale obecne.
To oczywiście tylko jedna z możliwych interpretacji tych utworów. Ich oryginalność sprawia, że nie poddają się jednoznacznej wykładni, ale przez to właśnie przemawiają sugestywnie do wyobraźni odbiorców. Zachęcam zatem wszystkich miłośników poezji współczesnej do ich lektury.
Anna M. Packalen Parkman
