Lenistwo niweczy plany Boga
Zgrabna i wygodna myśl. Szkoda, że nie moja. Czytam wiersze, moje stare wiersze powstałe w innym, nieomal zapomnianym dziś świecie. Czytam z przyjemnością a chwilami zdumiony, byłbym aż tak zapętlony?
Co oznacza: dzień stracony, a co: nie stracony? Nie wiadomo, ja nie wiem, ale z tego, co się wokół dzieje prawie nic mi nie odpowiada. Ewentualnie bardzo mało. Z propozycji składanych przez los żadnej nie odczuwam jako wyłącznie moja własność. Teraz się zgubiłem i nie wiem, co chciałem dalej powiedzieć. Może nie chciałem powiedzieć nic więcej? Wcale się nie zgubiłem tylko po prostu nie mam nic więcej do dodania?
W głowie od rana do nocy, także przez sen, kawalkada myśl, w tym wiele niewydarzonych. Wszystko w porządku, wyczekiwane świetne myśli same z siebie nie przychodzą, by się ujawniły wymagają wysiłku, konsekwencji, zaangażowania.
Prawie wszystko z tego, co mi pozostało jest do chrzanu, zaczyna mnie ogarniać głupota. W takim przypadku podobno osiąga się niezłe wyniki sięgnąć do dzieł klasyków. Niektórzy z nich wyjątkowo skutecznie odgłupiają. Ten rok (sen miałem) może być rokiem uwolnienia na jawę ukrytych tęsknot. Przepraszam, w moim wieku?
Nie wiem, co gorsze, zwątpienie czy negacja? Wysilam się, a jednocześnie odczuwam jałowość wysiłków. Czy przesilenie może polegać na poszukiwaniu modus vivendi między „jestem” a „umiem”? Najpierw jestem człowiekiem, a dopiero potem ewentualnie artystą? Z tym się nie zgadzam, artystą jak i człowiekiem się bywa.
Doskonalenie? Jeżeli życie miałoby polegać tylko na dążeniu do doskonałości, byłoby czymś okropnym. Najlepiej byłoby, gdyby człowiek żył „po swojemu”, podparty „swoją logiką” i nie obnosił się ze „swoją doskonałością”. Bez wątpienia geniusz numer jeden dwudziestego wieku Albert Einstein pisał: „Dożyliśmy takich czasów, w których ucisza się ludzi mądrych, żeby to co mówią nie uraziło głupców”.
Nie zostałem uszlachcony wybujałą inteligencją. Nie otrzymałem boskiej pomocy bym inteligentem był jak się patrzy, człowiekiem kulturalnym, mądrym, dobrym i stale się udoskonalającym. Zostałem umieszczony w tym a nie innym miejscu i ponoszę tego – zasłużone czy niezasłużone bez znaczenia, konsekwencje.
Nauczyłem się wypowiadać swoje zdanie w miarę ucywilizowanym i nie prostackim językiem, ale wyłącznie na piśmie. Powiedzieć, że publiczne mówienie jest moją słabością, to nic nie powiedzieć, katastrofa. Pocieszam się biblijnym słowem, że królestwo moje nie jest z tego świata. Czy przemawia na moją korzyść, że potrafię inteligentnie milczeć?
Andrzej Szmilichowski
