sasint-beach-1822544

Poszedłem w stronę Portu, gdzie była rzeźnia, w której pracowałem. Liczyłem na to, ze uda mi się tam wślizgnąć do pracy. Musiałem natychmiast zarobić trochę pieniędzy, od tego zależało moje życie. Byłem słabiutki, słaniałem się na nogach, jedna biała bułeczka z masłem z pewnością by mnie uratowała. Tak czy inaczej, byłem przygotowany na śmierć. Ale nie chciałem tak głupio umierać, z głodu, w centrum bogatego miasta. Gdyby tak się stało Pan Bóg okazałby się nie poważnym Wszechmogącym, ale komediantem.

Wszedłem na skarpę, gdzie kiedyś znajdowała się Rzeźnia. W tym miejscy wznosiły się teraz schludne bloki mieszkalne z czerwonej cegły. W górze skrzeczały mewy.

W oddali przesuwał się wolno po wodzie olbrzymi biały statek. Z zazdrością pomyślałem o mieszkańcach tego osiedla. Byli w Raju. Nic ich niepokoiło, mieli jedzenie, otwarte morze i spokój. Mogli zajmować się tylko swoimi sprawami.

Nie miałem przy sobie ani grosza. Nie miałem przy sobie żadnych dokumentów, które uprawniałyby mnie do pomocy socjalnej, kilku groszy i dachu nad głową. Byłem jak gdyby żywcem pochowany. W ogóle mnie nie było. Gdyby nie bolesne ssanie w żołądku, to byłbym pewien, że jestem w drodze do Nieba.

Pomyślałem o mojej Papieżycy i ogarnęła mnie złość. A nawet wściekłość. Przecież to ona obrabowała mnie ze wszystkich pieniędzy. Jako samodzielny człowiek byłem nędzarze, nie tylko w kieszeni, ale nawet w Banku nie miałem ani grosza. Ja jej zaraz pokażę gdzie raki zimują, jeszcze mnie takiego zdecydowanego na wszystko nie widziała. Powlokłem się najszybciej jak tylko mogłem, ale szło mi to bardzo wolniutko, do Parki. To znaczy do mojej komórki, żeby ja zburzyć, żeby jej zaprzeczyć.

Drzwi do klatki schodowej były zamknięte, na szczęście pamiętałem kod, wycisnąłem, zapaliło się zielone światełko i drzwi się otworzyły. Wjechałem windą na górę. Poprawiłem resztkę włosów, którymi jeszcze mogłem się pochwalić i zadzwoniłem do drzwi. Długo, bardzo długo stałem bez ruchu i nic się nie działo. Byłem pewien, że Parka obserwuje mnie przez judasza. Była niedziela, więc o tej godzinie musiała być w domu. Sprawdzała najwidoczniej, czy prezentuję się jako tako, czy moja osoba nadaje się do wpuszczenia do mieszkania. Widocznie oceniła mnie pozytywnie, bo drzwi się otworzyły i w progu ukazała się Parka, istna Papieżyca. Jak w tamtym dawnym momencie   miała na sobie białą powłóczystą suknię i biały kwiat we włosach. Zatkało mnie, nie mogłem wydusić z siebie ani słowa, chociaż tyle miałem do powiedzenia.

Chciałem jej powiedzieć, że właściwie nie mam do niej pretensji, że tylko te pieniądze, że człowiek uzależniony finansowo gorszy jest od niewolnika, ale milczałem.

– Czego sobie życzy? – ostrym tonem przerwała milczenie P.

– Nic, powiedziałem, tylko ta kasa…

– Jaka kasa? – przerwała mi natychmiast.

– Nie mam pieniędzy w Banku – powiedziałem cicho – i już od dwóch dni nic nie jadłem.

– I bardzo dobrze. Poznajesz wartość pieniądza, że z czegoś trzeba żyć. Twoje pieniądze poszły na mieszkanie. A twoje jedzenie ja płacę, z moich pieniędzy. Teraz widzisz na co się narażasz, kiedy wychodzisz na miasto tak sobie, bez mojego pozwolenia.

– Ale chciałem być wolny – wybełkotałem i powolutku wsunąłem się w środek mieszkania. Było mi zimno, padałem ze znużenia, mój los zależał teraz od kaprysu Parki.

– Człowiek może być wolny, jak ma ku temu podstawy. Dobrą prace, pieniądze, albo bogatych krewnych. A co ty masz? Tylko komórkę w której wylegujesz się całymi dniami. Gdybyś był młody i silny, to mógłbyś na Północ pojechać i drzewa rąbać, ale ty jesteś okropne chucherko. Gdybym ci nie dawała osobiście proszków codziennie, to byś już dawno chodził po ścianach jak jakiś pająk. Jestem twoja alfa i omega. Co, źle ci z tym? Nie myśl, że ja ciebie nie potrzebuję. Jestem tylko słaba kobieta i w nocy sama boję się wyjść, ale to już inna sprawa, bardziej skomplikowana.

– Rozumiem – skinąłem głową.

– Nic nie rozumiesz, bo do tego trzeba chłopa. To wybieraj… Idziesz do komórki, a ja ci zrobię trochę jedzenia, albo wynocha!

Nic nie odpowiedziałem, ze zwieszona głową poszedłem w kierunku komórki. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie jakie to smakołyki zaraz przyniesie mi Parka. A może nawet poprosi do stołu. Sensacje w brzuchu ustały i zrobiłem się świeżutki jak rydz. Przypomniałem sobie słowa dawnego Filozofa, że wolność to uświadomiona konieczność i zrobiło mi się błogo na duszy.

Parka krzyknęła z kuchni, że już obiad stoi na stole. Zwlokłem się ze swojego wyrka i poszedłem do kuchni. Stała w czerwonym fartuchu i w ręku trzymała zieloną ściereczkę. Na stole, na lnianym obrusiku stał talerz na którym parował schabowy kotlet, kartofelki i duszona kapustka. Usiadłem na krześle i zanurzyłem sztućce w kotlecie. Za oknem słońce stało w zenicie. Ludzie na ulicach krzątali się zajadle jak małe mróweczki. Spojrzałem na Parkę z sympatią, a nawet z miłością.

Michał Moszkowicz

Fragment nieopublikowanej powieści

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer