My, Polacy
Zdaję sobie sprawę, że wchodzę na delikatny i grząski grunt, teren pełen zaskakujących niespodzianek. Mam na myśli uczucia i odczucia, w ogóle emocje.
Oglądasz piękny i pełen wzruszających scen film i ronisz łezkę. Pytanie brzmi: Płacze Twój rozum, czy Twoje serce płacze? Myślę sobie, że za emocje najpewniej serce odpowiada, ale może też być tak, że nie mamy świadomości, iż nasze emocje są filtrowane przez rozum.
Możliwe więc, że to rozum generuje zachowania i emocje, jednocześnie podlegając działaniom etycznych hamulców. Natomiast serce nie ma żadnych hamulców. Serce potrafi być najwspanialsze i najokrutniejsze bez granic nieomal jednocześnie. Wszystko dzieje się po to, żebyśmy się nie nudzili.
Wczorajszej nocy oglądając film poryczałem się i stąd moje dzisiejsze dywagacje. Przy jakim filmie nie powiem, ale z półki starych uznanych dzieł i na tym zakończę moje domorosłe filozofowanie.
W Polsce zaczęto ostatnio tropić każdego kto nie jest Polakiem, a pochodzi na przykład z Rosji czy Ukrainy, lub co gorsza ma dziadka z Wehrmachtu. Tu wspomnienie przywołam odległe. Dzieciństwo i młodą dorosłość spędziłem w Gdyni. Z licealnym kolegą Tadeuszem M. i jego ojcem grywaliśmy czasem w karty, w „sześćdziesiątsześć” i stary Tadka liczył po niemiecku „sechsundsechzig” tłumacząc nam: Bo wy szybko liczycie po polsku i mnie oszukujecie! Pan M. był szoferem w Wehrmachcie wziętym z powszechnego poboru. To co nazywamy dziś Trójmiastem, było wówczas Reichem.
Żydzi to osobny rozdział. Fenomen mało zrozumiały, ponieważ żydowskiej społeczności nie ma, Żydzi zniknęli z Polski. Na marginesie można tylko dodać, że ów exodus oznaczał dla Polski sporą stratę. Niestety nadal jest aktywna, nonsensowna antyżydowska matryca.
W ogóle mamy mocną tak, że jakby wrodzoną idiosynkrazję do „innych”. Wypominamy komuś inność i z niezrozumiałą satysfakcją to podkreślamy, ponieważ to nie tyle jest odczucie „obcości”, co zakamuflowanej „gorszości”.
To są sprawy bardzo trudne, gdyż „szpony” podświadomych emocji trzymają się zazwyczaj mocno i trwale. Mówiąc wprost nie potrafimy sobie poradzić z historią, z własną historią, z sobą samym.
Podejrzewam, że multikulturowość jeszcze długo nie zdobędzie w Polsce obywatelstwa i nie będzie powszechnie akceptowalna, ponieważ Polacy nie są społeczeństwem otwartym i czują atawistyczny lęk przed innością.
Bo o strachu, o podprogowym lęku mówimy. Grupka facetów, którzy skopali na moście Poniatowskiego chłopaka bo mówił z ukraińskim akcentem, zrobiła to z prymitywnego i nieuświadomionego strachu przed „obcym”. To nie zdejmuje z tych bandytów odpowiedzialności, ale współudział ma tu długi łańcuch powiązań, wątków i wieków, z pierwszym i najważniejszym ogniwem, rodzicami.
Wcale bym nie chciał, żeby moi rodacy stali się nagle „dobrymi Samarytaninami”, społeczeństwem jedzącym sobie z dzióbków, rajem na ziemi. Byliby wówczas niewypowiedzianie nudni!
Nie ma nic złego w mocnym podkreślaniu pochodzenia słowami „My Polacy!”. Ale dużo zła zniknęłoby, gdyby pod „My” kryło się, że możemy i chcemy wspólnie zrobić coś dobrego.
Andrzej Szmilichowski
