mag

„Życie proste jest, to człowiek czyni je skomplikowanym”, głosił Konfucjusz. Zakładając, że każda artystyczna twórczość jest życiem wychodzi mi, że wszystko powinno być proste. To kto komplikuje?

Myślę, że poezja wyprzedziła dziś prozę. Poezja, jako subtelniejszy odbiorca wrażeń serwowanych przez życie i nie tylko, wcześniej niż proza  uświadomiła sobie kryzys literatury i poczęła czynić starania, by znaleźć dla siebie jakieś rozwiązania.

Bogactwem poezji, w odróżnieniu od prozy opartej na scenariuszu, jest język. Tam, w subtelnych strukturach poeta szuka możliwości wyrazu. We współczesnej poezji można odczytać wysiłek ale i obawy, poeta ma odczuwalny niepokój powikłań i podejmuje nierzadko instynktownie starania, ponieważ traktuje trudny czas, szczególnie zaś swój niepokój, serio.

Ów stan niepokoju jest wyraźniejszy w twórczości poetyckiej niż prozie. Epicy piszą sprawnie swoje powieści, opierając się na tradycyjnych środkach wyrazu. Prozaicy nie walczą jak o życie i to jest widoczne w ich dziełach. W prozie nadal najważniejsze jest „to have a story” i żeby sprawnie to opisać, co potrafią robić. Prozie wiedzie się jednak gorzej jak poezji, ponieważ prozę znacznie skuteczniej niszczy telewizja.

Poezja stała się nerwowa i liryczna zarazem, ale po pierwsze potoczna. Używa języka prostego, potocznego właśnie, języka zwykłego złożonego z przypadkowych zapisków, strzępków myśli. Poezja stała się zwyczajna i w pewnym sensie nie-poetycka, pomimo tego często znakomita.

Zacząłem od cytatu wagi super ciężkiej i teraz przyszło mi na myśl pytanie: Czy książka złożona z cytatów (pamiętam ze szkoły łamigłówkę językową: powiedz szybko „cytaty z Tacyta”), byłaby bestsellerem? Nie, nie byłaby, nie miałaby u Czytelnika szans. Zbyt blisko doskonałości zatem nudno, a książka, jak wszystko, jest towarem.

Myśl musi często wypoczywać, ponieważ pobiera dużo energii w chwilach gdy się nad czymś skupia. Stąd konieczność solidnego odpoczynku, a wypoczynek wymaga przestrzeni, najlepiej wypełnionej czymś łatwym. Na przykład kiczem, pociągniętym dla niepoznaki i zatuszowanym jaskrawą szminką odważnych „sytuacji”.

Co widzisz spoglądając na świat? Jesteś optymistą czy pesymistą? Człowiek w tym względzie  skromny jest i nieśmiały, pragnie choć łutu, choćby źdźbła optymizmu, ale żeby było na stałe, gdyż jest nieomal od urodzenia pesymistą. Człowiek żyje w permanentnym niedoborze wiary, w braku światła, w obliczu słabej obietnicy, że trudno, że jest jak jest, że nieomal wszystko stracone, ale jutro może będzie lepiej.

Każdy, w dosłownym znaczeniu słowa, w tym przypadku poeta czy prozaik, czeka na swoje pięć minut. Ale jeżeli bieda, co nie jest rzadkością, jeśli talentem lub charakterem nie dość nasycony, kryterium oceny, że tak się wyrażę, przesuwa się wcale nierzadko z płaszczyzny artystycznej na polityczną. Tym zaś życiem rządzą twardą ręką demony i tak szlachetny, utalentowany acz leniwy artysta, niweczy plany Boga oraz swoje życie, nie zdając sobie z tego sprawy lub zdając, co wychodzi na jedno.

Tam gdzie kryzys osobowości i zarazem kryzys znaczeń berło dzierży surowy pan, polityka, bowiem pokarmem polityki, jej namiętnością i żywiołową radością są zastane, a jeśli brak to tworzone, kryzysy.

By the way, czy twarz Donalda Trumpa nie budzi Waszego zdziwienia? Przypomnijcie sobie twarze Obamę, Cartera, Reagana, w pierwszym i ostatnim roku prezydentury. Twarze ruiny, zapisana w każdej zmarszczce, w podkrążonych oczach, świadomość wagi podejmowanych każdego dnia decyzji. A buziaczek osiemdziesięcioletniego Trumpa ciągle jak dupcia niemowlęcia! Ten człowiek nie ma za grosz, w ogóle nie rozumie poczucia odpowiedzialności, jaka na nim ciąży. Pławi się mocą zajmowanego stanowisko i to wszystko. Chroń Boże przed kimś takim, God save America!

Andrzej Szmilichowski