sponchia-feather-3819497

Zaczynaliśmy studia w 1967 roku. Nasz rocznik polonistyczny był zupełnie niezły — Janusz Wiśniewski, Marek Grzesiński, Jacek Gąsiorowski, Magda Umer, Antek Libera, Maciek Domański, Maciek Krassowski, Marek Zieliński, Marek Pieczara, Jacek Marczyński, Andrzej Zieniewicz, Andrzej Lenartowski, Joanna Solska, Stasio Dubisz… Są dziś znanymi osobami, niektórzy bardzo znanymi. Był też wśród nas Alek Zorkrot. We wrześniu 1968 roku cicho gdzieś zniknął. Przepadł!

Wkrótce odezwał się ze Szwecji — wyemigrował wraz z całą rodziną. Miał wtedy 18 lat i był po pierwszym roku polonistyki. Pisał wiersze. Miał fioła na punkcie założenia studenckiego pisemka literackiego. Pierwszy spośród nas stał się dumnym właścicielem maszyny do pisania, której wszyscy mu zazdrościliśmy.

W Szwecji dokończył studia. Pisał bez przerwy, z powołania. Ale kim byłby, gdyby został tutaj? — wciąż dręczy mnie to pytanie. Może jego los literacki byłby lepszy? Tym bardziej, że Zorkrot do emigracji organicznie się nie nadawał i koszmarnie przeżywał rozstanie z Polską. Był chory na polskość.

Przepraszam za te osobiste tony, ale w końcu wspominam nie tylko swego kolegę, lecz także pisarza emigracyjnego, który wydał kilka książek. Wszyscy mamy jakieś emigracyjne koneksje. A był już moment, że zdawało iż problem literatury emigracyjnej sam się rozwiązał. Przestał oczywiście istnieć problem barier politycznych i cenzuralnych, natomiast pisarz nasi – jak byli, tak i są – rozsiani po świecie. Tradycyjną emigrację zasiliły dwie kolejne fale z 1968 i 1981 roku.

Powojenni nestorzy dziś już wymierają, owiani sławą patriotycznej niezłomności. A sytuacja młodszych jest nieporównywalnie gorsza. Polityczna charyzma już nie dla nich. Etos i patos emigracji — już nie ten. Czy bez tego nadwartościowania potrafią być pisarzami? Czy zdołają — za górami, za morzami — wykształcić środowiska autorów i czytelników, czy ich emigracja ma w ogóle literacki sens?

Myślę, że to wszystko właśnie teraz gwałtownie się zmienia. Pisanie przestaje być misją narodową, a staje się sprawą ważną. I będzie przebijać się do sukcesu, jak tu, w kraju, przebijają się prywatne, osobiste wiersze miejscowych poetów. Sytuacja dorasta do normalności.

Jednym z dowodów antologia poetów polskich mieszkających w Szwecji. Ośmiu autorów, emigrantów po 68 i 81 roku. Najstarszy urodził się w 1912 roku, najmłodszy — w 1955. Krzysztof Bloch jest utalentowanym malarzem i grafikiem. Janina Cwirko-Godycka jest etnologiem i prowadzi badania na temat polskiej emigracji. Nestor, Filip Istner (zm. 1990), był więźniem gułagu, potem dziennikarzem radiowym. Także znanym w Polsce, autorem audycji muzycznych, był Eugeniusz Wiśniewski. Z muzykownia utrzymywał się Kazimierz Wirski, Andrzej Smilichowski występował w gdańskim Bim-Bomie. A Dana Platter ukończyła w Warszawie prawo, swoje utwory zdążyła już drukować w wielu krajach świata.

Co tych poetów łączy? Właściwie nic, oprócz — bagatela! — polskiego pochodzenia, losu, języka. No i tej antologii. Znakomitej, profesjonalnej. Wiersze, co zrozumiałe, utrzymane są w różnych poetykach i imaginariach, mówią na ogół o wewnętrznych przeżyciach, wymuszeniach, niepokojach, a więc o tym, o czym powinna mówić poezja. Myślę tylko, że jakoś ta rozproszona twórczość powinna trafiać na nasz rynek, tu, do właściwego odbiorcy, bo znowu przykro będzie stwierdzić po latach, że literatura polska się rozdwoiła.

Kłopot w tym, że podobnych środowisk — jak z tej antologii — jest już rozsianych po świecie coraz więcej i coraz mniej o nich wiemy.

Leszek Żuliński

ANTOLOGIA. Wiersze. Antologia polskich autorów mieszkających w Szwecji, opracował Tadeusz S. Nowakowski, Polonica Förlag,  Stockholm 1994. s.112
Tekst z: Wiadomości Kulturalne, nr 23, 30 października 1994