Jak nie byłem Żydem, przeżyłem wojnę i uniknąłem Marca

0
u_bm595jkkax-ai-generated-8771172

Czy można nie być Żydem, będąc – jak Wieszcz – urodzonym “z matki obcej”, z ojca też obcego? Na takie pytanie Radio Jerewań odpowiedziałoby: można, ale…

Poród był trudny, podobno – śladami rabelaisowskiego Pantagruela – wychodziłem uchem, co z początku – w myśl teorii względności – rozumiałem opacznie, ale to moim uchem naprzód się pchałem, “w poprzek”, co zgodnie z antysemicką zbitką, winno było sprawić mamie niewiele kłopotu. Jednak ciężko po mnie chorowała, i ja jako wcześniak też. No i dziadkowie, jeszcze związani tradycją, wymusili na rodzicach mój żydowski chrzest, co mi później – głównie w czasie wojny – sprawiało pewne kłopoty.

Z rodziny byłem zasymilowanej, żadnego języka poza polskim w domu nie można było uświadczyć. Ojciec chyba znał z dzieciństwa jidisz, a także rosyjski, który poznał staraniem władz carskich.

Staraniem Hitlera zmuszony byłem wraz z całą rodziną przenieść się na przeszło dwa lata poza mury getta, najpierw dużego na Bonifraterskiej (naprzeciwko kościoła i zakładu dla psychicznie chorych im. Jana Bożego), później małego na Prostej, gdzie mieścił się krawiecki szop Toebbensa, gdzie mój ojciec, jako przedwojenny mistrz igły i nożyc, zajmował jakieś eksponowane stanowisko.

Od jakiegoś czasu zacząłem dostrzegać u siebie zdolność do uników, stosowanych w niektórych newralgicznych momentach historii Polski i świata.  Tak więc w styczniu 1943 roku, czyli tuż przed powstaniem w getcie, opuściłem z rodziną mieszkanie na Prostej dzięki uprzejmości niemieckiego żandarma, który poznawszy mego ojca, znającego dobrze niemiecki z kilkuletniego pobytu w Berlinie w latach 1920., uznał za dobry uczynek swój sabotaż wobec planu Holocaustu.

W dalszym ciągu wojennych wydarzeń uznałem, wraz z rodziną, że lepiej nie być Żydem – co dawało pewne szanse przeżycia.

Już mieszkając w Szwecji, w czasie drugiej wizyty w Polsce w roku 1979, opuściłem kraj w przededniu przyjazdu polskiego papieża z pierwszą pielgrzymką do ojczyzny, która, jak pamiętamy, odegrała istotną rolę w podtrzymaniu uczucia protestu i buntu wobec rządów komunistycznych. O dekadę później opuściłem Polskę tuż po zakończeniu festiwalu krótkiego metrażu w Krakowie, a dosłownie następnego dnia Solidarność odniosła miażdżące zwycięstwo wyborcze. W dwa lata później byłem w Moskwie na festiwalu filmowym, a po paru tygodniach miał tam miejsce nieudany pucz i Związek Sowiecki przetrwał już tylko do końca roku.

Czemu to przypisać? Przypadkowi? A może podświadomie nie lubię tłoku?

W każdym razie, wyjeżdżając z Polski w roku 1964,  spowodowałem, że ominęły mnie coraz ciekawsze wydarzenia w życiu kraju, powstanie opozycji demokratycznej i wzrost oporu klasy robotniczej. Uniknąłem także wydarzeń Marca 1968 roku, które obserwowałem z bliskiej, ale jednak oddalonej szwedzkiej perspektywy, a później poznałem z drugiej ręki od przybywających do Szwecji pomarcowych emigrantów.

Uniknąłem Marca, ale czy w sumie uniknąłem również, we własnym doświadczeniu, tego wszystkiego co wiąże się z marcową problematyką?

By odpowiedzieć na to pytanie, cofnę się do lat bezpo-średnio powojennych. Tu muszę paradoksalnie podać, że w ciągu 20 lat życia w Polsce po wojnie, po prostu nie spotkałem się z objawami antysemityzmu. Parę ostatnich lat wojny przebywałem po stronie aryjskiej i po wojnie już po tej właśnie stronie pozostałem. Przybrane w czasie wojny nazwisko (z fałszywej kennkarty, którą każdy co bardziej rozgarnięty niemiecki żandarm określał mianem lipa) też pozostało, jako oficjalnie zmienione, o czym wiedział tylko odnośny urząd i może także Urząd Bezpieczeństwa. O pogromach w Krakowie i Kielcach oczywiście wiedziałem, ale jak głębokie mogły one pozostawić wrażenie na 11-latku? W mojej łódzkiej szkole wszystko było w porządku, a do gimnazjum poszedłem TPD-owskiego, gdzie być może panowała nieco inna (ateistyczna i koedukacyjna) atmosfera, niż w innych szkołach. Antysemityzm był chyba oficjalnie zabroniony, a poza tym w mojej klasie i szkole było sporo Żydów płci obojga (niektórzy w zarządach ZMP) i żadne wyskoki przeciw nim nie były możliwe ani opłacalne. Raz tylko, zapytany przez któregoś z kolegów, andrusa z Karolewa, czy jestem obrzezany, oczywiście zaprzeczyłem, aby kilka tygodni później w łaźni przy basenie usłyszeć odeń: A jednak masz obrzynka! Spodziewałem się jakiegoś mało przyjemnego dalszego ciągu, ale nic takiego nie nastąpiło i może nadal uchodziłem za Aryjczyka.

Ta mimikra trwała dalej aż do studiów. Dopiero pod ich koniec jeden z bliskich kolegów zagadnął mnie, czy jestem Żydem, na co odpowiedziałem twierdząco, pytając zarazem jak się domyślił. Okazało się, że domyśliła się jego mama, bowiem niedługo przedtem odwiedziłem jego dom i poznałem rodziców. Dalszej metamorfozy tego właśnie kolegi w okolicach Marca nie będę tu raz jeszcze opisywał; w każdym razie dopiero po wyjeździe z Polski zetknąłem się z panującym tam antysemityzmem.

Czy także na emigracji? Raczej w minimalnym stopniu. Raz pewien osobnik pracujący w OPON-ie wyraził obawę przed daniem się oszukać przy zakupie czegoś co podkreślił niedwuznacznym gestem. Jakiś czas później dowiedziałem się, że jest półkrwi Żydem, wyrażającym swą samonienawiść wobec własnej połowy.  Innym razem pewna uczona i utytułowana pani wyraziła się publicznie, że Żydzi uratowani w czasie wojny przez Polaków, nigdy nie okazują w związku z tym wdzięczności. Choć byłbym skłonny zgodzić sie z nią w przypadku Jerzego Kosińskiego, to jednak było to niebezpieczne uogólnienie. Znam też z widzenia inną panią, podejrzewającą w każdym Żydzie jakieś niecne zamiary (wobec Polski i Polaków). Chyba wystarczy.

Trzeba tylko jeszcze przez chwilę dotknąć kulis mego wyjazdu z Polski na kilka lat przed Marcem, co było falstartem dość wyraźnym. Z objawami antysemityzmu zetknęły się raczej malutkie dzieci mojej siostry i cała rodzina podchwyciła szansę łączenia się z daleką krewną w Szwecji, gdy się taka na początku lat 1960. pojawiła. Logicznym dalszym ciągiem był zamiar exodusu tamże dziadków, czyli moich rodziców, stawiających mnie, dobrze ustawionego w Polsce dziennikarza, przed dylematem: jedziesz z nami albo zostajesz tu sam. Nolens volens, a ciekawość świata też odegrała tu pewną rolę, pojechałem manewrem okrężnym do wujka-andersowca w Londynie, który również pozostawał po stronie aryjskiej, bo wychrzcił się u kapelana wojskowego w Buzułuku i dawną przeszłość etniczną – let alone religijną – pogrzebał głęboko, wnosząc również o moją dyskrecję w tej sprawie. Co najdziwniejsze, nie zmienił nazwiska ani wyglądu, ale być może antysemityzm w Wielkiej Brytanii jest mniejszy, a instynkt rozpoznawania Żydów minimalny. Mnie Brytyjczycy pozwolili zostać u siebie tylko przez trzy miesiące i odtąd była już tylko Szwecja. Tam zerwałem z konspiracyjnymi praktykami i przy nadarzających się okazjach donosiłem o swoim pochodzeniu urbi et orbi, tj szwedzkim kolegom w pracy i odwiedzającym mnie przyjaciołom z Polski. Jednemu z nich próbowałem hipotetycznie komentować, jak bym się zachował czy nie zachował w Marcu, gdyby mnie zmuszano – jako Polaka – do podpisywania apeli antysjonistycznych. Dowiódł mi naiwności, komunikując, że nikt by mnie o podpis nie prosił, bo podpisywano w imieniu całej załogi.

Aleksander Kwiatkowski
Z książki: „Vademecum nieudacznika czyli antymemuary” Polonica 2015
Foto: Public Domain